05 października 2017

Dać czas...

Kiedy rok temu, właśnie w okolicach września- października, na naszym stole w jadalni pojawiały się pojedyncze kartki z tak zwanymi zadaniami domowymi dla naszego przedszkolaka, akcja zawsze kończyła się tak samo... Mogę nawet uczciwie napisać, że wręcz tak samo się również zaczynała.

W przedszkolu, do którego chodzi Ignacy, jedną z metod edukacyjnych i zarazem wdrażających dzieci do nauki szkolnej jest właśnie metoda zadań domowych. I choć od wielu lat mam do tej metody nastawienie mało entuzjastyczne, żeby nie napisać- jestem jej przeciwniczką, z racji tego, że nie muszę mieć zawsze racji- staram się jednak dostosować. Nie mówiąc już o dostosowywaniu się do niego naszych dzieci, które- jak wiadomo- przejmują postawy od rodziców ;)

Otóż... gdy w ubiegłym roku- jak wspomniałam- Ignacy pod naszym rodzicielskim nadzorem i przy naszej pomocy, miał przystąpić do wykonywania zadań domowych, a umówmy się- nie były one nadmiernie skomplikowane jak dla pięcio-sześciolatka (sprawnego w pełni oczywiście)- zaczynał się horror.

Spięta matka, a później to już tylko niemniej spięty ojciec i oporujący do granicy możliwości Ignacy toczyli bój o trzy linie, cztery kropki tudzież pięć powtórzeń jakiegoś prostego wzoru. Nie wspominając już różnych, wątpliwych z punktu widzenia kształtowania motywacji do zdobywania wiedzy i samodzielnej nauki w dziecku, metodach zachęcania albo przekupstwa (czyli potocznie zwane w żargonie psychologicznym "nagrody"), które miały nam pomóc, a totalnie zawodziły.

W sumie w tamtym czasie Ignacy "wywiązał się" z przedszkolnego "obowiązku" może łącznie pięć razy? a może przesadzam? Może trzy?  Za to niemal zawsze po terminie...

Atmosfera w domu gęstniała jak gorący budyń w garnuszku, tata kipiał, matka bulgotała, Ignacy był wkurzony lub zblazowany ostentacyjnie i chyba z przekory (bo kto go tam wie tak naprawdę), po raz czternasty z rzędu sięgał po zieloną kredkę w chwili, gdy polecenie brzmiało "weź czerwoną kredkę i zaznacz"...., albo pokazywał niebieskie kółeczka, podczas gdy miał wskazać czerwone kwadraty... I to nie, żeby tata albo mama zostawiali go samego na pastwę tych kwadratów lub kółek! Cierpliwie mu tłumaczyliśmy, pokazywaliśmy, szukając w jego oczach oznak zrozumienia, po czym on znowu pokazywał na opak. Uśmiechu czasem nie zdradzając najmniejszego.

Łatwo się więc zniechęcić i odpuścić dziecku i sobie. Relacja ponad wszystko- jak mówią nowoczesne koncepcje wychowawcze- i  przyznaję: raczej się z nimi zgadzam.... Zaprzestaliśmy więc ich wykonywania (po uczciwym poinformowaniu Pani wychowawczyni, że nie będziemy wykonywać tychże zadań w domu, gdyż kosztuje nas to ogromną ilość frustracji wzajemnej i nic z tego pozytywnego nie wynika dla nikogo). I mieliśmy błogi spokój...

No, może nie tak do końca błogi, bo jak wiecie, Ignaś do maluszków już nie należy, edukacja czeka i wzywa go z daleka, a może nawet bardziej z bliska. W tym roku przecież stuknie mu siódemka. A tu taki impas...

Nawet podczas badań w poradni psychologiczno-pedagogicznej na okoliczność procedury odraczającej Ignaca od obowiązku szkolnego w tym roku panie specjalistki nie raz zadawały mi pytanie o to, czy Ignacy na pewno zna te kolory, czy jednak ich nie zna? Bo wcale to takie jednoznaczne dla nikogo nie jest. Raz bowiem zna, a innym razem, chwilkę później, już wskazuje błędnie.

Układanie puzzli w tamtym czasie to temat na kolejną litanię użalania się. Jeśli chciałam sobie ekspresowo zepsuć dobry nastrój i poczuć zniecierpliwienie do własnego dziecka, wystarczyło bym zaproponowała mu tonem niekoniecznie przyjmującym odmowę wspólne układanie jakiejś prostej układanki- 6 lub 9 elementowej.
Świnka Peppa wydawała się tu najbardziej atrakcyjna, bo to ona wiodła prym w Ignacowej play liście. 
I- wierzcie lub nie- zawsze, zawsze kończyło się to chmurą napięcia między nami. Po kilku próbach odkryłam jednak, że Ignacy o wiele lepiej sobie radzi z tym zadaniem, gdy siedzą obok niego pozornie kompletnie nie interesując się jego pracą, nie udzielając podpowiedzi, nie oczekując niczego, a nawet tracąc całkowicie zainteresowanie tym, czy ułoży tą Peppę czy nie. I zdarzało się, że układał! Zupełnie sam, poświęcając na to prawie 20 minut, mozolnie szukając odpowiednich elementów i po raz setny dopasowując je do jakiegoś fragmentu, cóż, że bez sensu.... Finał był jednak jego i satysfakcja ogromna. A moje zdumienie i zawstydzenie, że chciałam mu narzucić swój sposób myślenia lub działania jako lepszy....- nie mniejsze.

W tym roku jest zupełnie inaczej... :)

Odkrywam to z niemałą pokorą, wzruszeniem, radością i satysfakcją. Ale też z ulgą...
Gdy w ubiegły piątek otrzymaliśmy na odchodne od Pani wychowawczyni trzy karteczki z prostymi zadaniami do wykonania, sprawy potoczyły się raczej nadspodziewanie gładko.
Fakt 1: w tym roku sama czuję, że "czas najwyższy"...
Fakt 2: Ignacy radzi sobie już zgoła lepiej z takimi poznawczymi wyzwaniami (w moim odczuciu, a może i w obiektywnej ocenie również- muszę o tym porozmawiać z kadrą nauczycielską i terapeutyczną w przedszkolu).

Gdy więc w sobotę rano, tuż po śniadaniu, nawet nie czekając, aż wszystkie talerze znikną ze stołu, zaczęliśmy "odrabianie pracy domowej", poszło nam jak z płatka!
Zniecierpliwienie Ignasia w skali od 1 do 10:  2.
Zniecierpliwienie matki w skali od 1 do 10:  0.
Ilość wykonanych uników przed wysiłkiem w skali od 1 do 10:  1.
Ilość błędnych odpowiedzi.... no dobrze.... nie będę już przesadzać, kilka się zdarzyło, ale co tam ;)


Grunt, żeby cierpliwie zaczekać na dziecko. I chyba słuchać swoich wewnętrznych podszeptów intuicji. Nie bagatelizować ich.
Przy wieloobszarowych brakach i niedociągnięciach, przy tak opóźnionym rozwoju różnych sfer u dziecka, nic nie będzie szło jednym rytmem, łatwo i zgodnie z przewidywaniami. Niewiele da się narzucić czy wydobyć, gdy dziecko nie jest gotowe. Na wszystko być może przyjdzie czas, ale być może ten czas nie przyjdzie. Nikt gwarancji nam nie da. 
Za to jednego to chyba mogę być pewna po tych wielu latach: frustracja zwykle utrudnia. Wszystko. 
Frustracja przeszkadza w rozwoju. W kontakcie. W relacji. I w budowaniu przekonania, że potrafię i mogę... potrzebuję tylko więcej czasu.... Jak widać ;)

A Ignaś? Cóż... jest zdecydowanie bardziej zainteresowany światem i zjawiskami, które w nim zachodzą. Chętniej rozwiązuje proste zagadki. Słucha z zainteresowaniem książeczek. Ogląda swoje ulubione programy motoryzacyjne w tv. Podśpiewuje sobie przed snem. Sam (!) zasypia w swoim własnym pokoju (nie pisałam tu o tym, ale podczas wakacji przeprowadził się do prawdziwego pokoju dziecięcego po swym starszym bracie i dość szybko się w nim zaaklimatyzował). Buduje coraz okrąglejsze zdania (ale o tym to akurat już pisałam;)). I od kilku dni wychodząc do przedszkola powtarza:  

- Mogę wziąć mój plecak? Idę do szkoły, mamo! :)