07 grudnia 2016

Edukacja włączająca czy też Learning to include

Dziś się przyczepię. A niech tam ;)

Czy w słusznej sprawie i zjadliwej formie- oceńcie sami.


Po co nam edukacja włączająca?- spytacie... Być może nawet dla wielu z Was termin ten obcy i dziwny się zdaje. Ok. Też tu byłam. Z tego brzegu na świat patrzyłam. Chleb jadłam. Kawę piłam. Rozumiem ;)

Być może po to, kontynuując wątek, by nie budził nadmiernej ekscytacji tudzież zdziwienia czy infantylizowania siebie i rozmówców fakt, że w osiedlowym sklepiku (takim, wiecie- 5 metrów na 10) obsługuje nas kobieta z Zespołem Downa. Na przykład.

Tudzież po to, by moja Znajoma (a być może i Wasza), idąc z dzieckiem do kina wieczorem, nie usłyszała od Pani kasjerki zdumionego komentarza pod hasłem: "Naprawdę? Nie widać po Pani!". Jako riposta do prośby: "Jeden normalny i ulgowy, dla osoby niepełnosprawnej, proszę"...


Pod koniec listopada, czyli całkiem niedawno, sieć obiegł "rewelacyjny i wzruszający" film "zmieniający świat", zbierający "ochy" i "achy" szerokiej publiczności internetowej (blisko 621 tys wyświetleń).  Ukazywał on jeden dzień w pracy młodej kobiety (?), dziewczyny (?) z zespołem Downa, debiutującej w roli sprzedawczyni w osiedlowym sklepiku (właśnie). Eksperymentalnie- jak się domyślamy z wypowiedzi bohaterów.
Klienci, odwiedzający sklep owego dnia, prześcigali się w uprzejmościach, inicjowali pogawędkę, byli życzliwi i serdeczni, chwalili (!) w porywach zwracając się do sprzedawczyni prawie jak do dziecka, zdrabniając pieniążki, chlebek i masełko, aż mi z tym wszystkim zrobiło się nieswojo. Tak troszkę ;)

O co się czepiasz, Babo?- powiecie. Ludzie chcieli dobrze, byli mili, uśmiechali się przecież. Cierpliwi. Życzliwi. Wyrozumiali. I .. właśnie...

Ano, o to, że właśnie byli tacy, jacy byli. Lekko nienaturalni. Ociupinkę nad wyraz. Kurtuazją starając się pokryć swoje zdumienie? zaskoczenie? onieśmielenie?... I cóż się im dziwić? Jak często spotykamy w sklepach niepełnosprawne sprzedawczynie?...


Otóż, wg mnie odpowiedź jest prosta:  Po to.

Po to właśnie, by, gdy kolejnym razem Jurek z zespołem Downa, albo Michał z zespołem Aspergera, czy też Ola z niepełnosprawnością umysłową w stopniu lekkim, Tomek z autyzmem, albo Malwina z mózgowym porażeniem dziecięcym, oraz nawet i Ignacy z nie-wiadomo-czym, staną za ladą sklepową, usiądą za biurkiem urzędniczym, zadzwonią do drzwi z pocztową torbą przerzuconą na ramieniu lub pizzą, tudzież zamówią w restauracji kawę, koniecznie bez mleka, lecz z cukrem... trzasną zbyt mocno drzwiami albo za głośno się powitają z personelem lodziarni....

...by każdy z nas miał w sobie ten margines wiedzy i doświadczenia, który pomoże mu zachować się w takiej chwili naturalnie, swobodnie i miło. I by nie było kwestią zasadniczą tolerować li tylko, a akceptować inność drugiego człowieka. Którego wciąż jeszcze rzadko, ale w przyszłości być może częściej nam się zdarzy, spotkać na ścieżkach wydeptywanych co rano, co wieczór, po okolicy lub pracy. Nie- w jakiejś tam Warszawie czy Gdańsku. Ale w zwykłej Skokowej, Radzyniu, Kowarach czy Jaśle... Albo w Bukownie, Bukowinie, Bukówce, Buczynce i Tucznie :)

Po to jest właśnie potrzebna edukacja włączająca.
By ze sobą nas oswajać wzajemnie.


I również dlatego w ubiegłą sobotę (nomen omen Międzynarodowy Dzień Osób Niepełnosprawnych, 3 grudnia) wzięłam udział w spotkaniu, które stało się niejako kontynuacją kilku wątków w moim życiu.

Wątek pierwszy i główny- jak się domyślacie- to Ignaś.
Bez niego nic by się takiego w mojej głowie i sercu nie zadziało.

Wątki poboczne, choć niemniej istotne, to- kolejno:
- znajomość z Agnieszką i Anią  (mamami naszych blogowych kolegów, które/ którzy odcisnęły/-li w naszych sercach stały, wyrazisty ślad na zawsze);
- książka (wyjątkowo potrzebna i piękna, choć również fragmentami trudna emocjonalnie) Duże Sprawy w Małych Głowach,  autorstwa Agnieszki Kosowskiej;
- spotkania warsztatowe dla uczniów lokalnych przedszkoli i szkół, które pod wpływem tych trzech wcześniejszych inspiracji realizowałam wolontaryjnie przed wakacjami w tym roku (piszę o nich skrótowo tu: Spotkania ).

Z miksu tych czterech powodów zgłosiłam się "na ślepo" do drużyny ochotników (a właściwie ochotniczek, którą również zorganizowałam po części- dzwoniąc i mailując do moich serdecznych koleżanek "po fachu", czyli wykształconych psycholożek), która będzie realizować szkolenia dla nauczycieli w ramach projektu Learning to Include (możecie poczytać o nim  tutaj: http://dswmg.pl/projekt-wychowanie-do-edukacji-wlaczajacej/), a których spotkanie szkoleniowe odbyło się właśnie w minioną sobotę we Wrocławiu.

Jakie było to spotkanie?
Głównie inspirujące i wesołe (choć chwilami również poważne, adekwatnie do tematów, o których rozmawialiśmy). Na okoliczność którego poznałam nowych ludzi, objadłam się ciastkami, powiększyłam i utrwaliłam swą wiedzę, przejrzałam na oczy w kilku kwestiach, podejrzałam zestaw interesujących ćwiczeń warsztatowych i teraz tę mieszankę powoli przetrawiam w sobie, układam. A potem ruszę. W świat szkół i przedszkoli z okolic Wrocławia. Po feriach.


Tymczasem, kilka bardziej udanych niż moje, fotek z tego spotkania,  znajdziecie na stronie "Dużych Spraw..." (klik, klik)

Reszty Wam nie zdradzę, lecz wspomnę, że ogrom tego, o czym dyskutowaliśmy na warsztatach, pojawia się regularnie wśród tych wpisów, które czytacie, a w których zamęczam Was niekiedy moimi dylematami, przemyśleniami czy jękiem. Choć tego ostatniego ostatnio jak na lekarstwo, na szczęście ;)