30 grudnia 2012

Rzeczy się mają...

.....tak, mianowicie, że choć ja tu nie zaglądam- Wy zaglądacie regularnie. Blog zaczął żyć własnym życiem. Cóż, taka jest właśnie kolej rzeczy tak zwana, z dziećmi podobnie. Żyją swoim życiem. Oby nigdy naszym;)

..... również tak, że im mniej mnie tutaj, tym więcej Tam. Zwłaszcza w ostatnich dniach grudnia. I do tego stopnia, że dziś opanowało mnie tak błogie lenistwo, że już nie pamiętam, kiedy sobie na podobne pozwoliłam. Dość, że o 21:00 zaległam obok Ignasia i sen mnie morzył, morzył, zwodził na migdałowe manowce, kuszącą ciszą + wiatru śpiewem nawoływał.... aż wyskoczyłam z pieleszy i wskoczyłam Tutaj, bo kiedyś w końcu trzeba wrócić, prawda?:)

.....niezaciekawie, możnaby rzec krótko, gdyż w święta Ignaś zachorował pierwszy raz w życiu na pełnoobjawowe zapalenie oskrzeli. Z antybiotykiem w tle, szmerami różnej maści i gradiencji oraz podejrzeniem zapalenia płuc (w obserwacji tak zwanej). Otóż obserwujemy go, a jutro na wizycie kontrolnej Pani Doktor osłucha ponownie i ponowny wyrok wyda, jaki- okaże się. Candida już puka do naszych jelit... mam przeczucie.

.....cudownie, a jakże- też. Ignaś w dniach świątecznych i późniejszych również, mimo choroby i osłabienia, powoli raczkuje! Po kilka "kroczków" na razie robi, ale w zależności od motywacji jest w stanie pokonać na rączkach i kolankach od kilkudziesięciu centymetrów do kilku metrów podłogi nawet! Jest BOSKI!!! Bez dwóch zdań!!! Z niekłamaną radością oznajmiam tym samym, że- jako, że rok 2011 był dla nas najcięższym rokiem w życiu, to 2012- kończący się właśnie- jest wypełniony po brzegi wzruszeniem i radością!!! Dziękujemy Ci, Ignasiu:)

A na zakończenie tego lakonicznego wpisu, dwa rarytaski.

DLA WSZYSTKICH WIERNYCH KIBICÓW NASZEGO WSPANIAŁEGO SYNKA!

Dla tych, którzy , nawet gdy mnie tu nie ma;)

Dla tych, którzy myślą o nas, ładując naszą stronę w swoim komputerze i tym samym sprawiają, że otacza nas ocean życzliwej energii, nawet wtedy, gdy w nas samych tej energii jakby mniej:)

Dla wszystkich, którzy klikali wiernie i zapamiętale wtedy, gdy prosiliśmy o klikanie.

Dla tych, którzy przekazali nam swój procent podatku, być może nie wierząc nawet do końca, że ma to jakieś znaczenie, a z którego uzbierała się miarka.

Dla tych, którzy swoim towarzyszeniem nam sprawiają, że nie tracę sensu zamykania naszego świata w słowa- dziękuję.

I proszę- TO DLA WAS:

Do Siego Roku 2013!

22 grudnia 2012

O rany!!!!!!

Wygramoliłam się ze sterty skrzynek, napakowanych różnościami, podniosłam zmęczony krzyż znad sterty nie malejącej prania, odkleiłam dłonie od odkurzacza i postanowiłam wytchnąć. Cóż - Święta- każdemu się należy.

Podkradłam iPhona Taty i w zupełnych ciemnościach pokoju średniego syna zaklikałam tu i tam. A właściwie to od razu na bloga własnego, bo przecież tak długo mnie tu nie było, że zaczęłam odczuwać już mały niepokój i duże wyrzuty sumienia.

A tu co?

Patrzę: 8 komentarzy- to ewenement. Cóż takiego ostatnio wypisałam, że aż tyle?- w głowę zachodzę.
I co się dowiaduję?????


Że dostałam wyróżnienie za Ignacową opowieść w konkursie!!!
Od Kapituły! (ależ to brzmi).

Bardzo to miłe. Jak zapach świeżo upieczonego piernika przed Wigilią.
Jak przechadzanie się po nowych przestrzeniach naszego nowego lokum.
Jak przyglądanie się całej rodzinie w komplecie o godz.22:00 przy cichych dźwiękach Diany Krall i na prędce zorganizowanej kolacji....

Jak widok Ignasia, podciągającego się na uchwycie od szuflady w kuchni i stającego na kolankach!!!!!!
(chociaż nie- ten widok jest jednak słodszy i milszy:))


I wreszcie - jak widok Ignasia klęczącego w pozycji do raczkowania i cudownie chwiejącego się w przód i w tył na rączkach, z głową przypominającą balonik szarpany podmuchami wiatru.

Bo, Moi Drodzy, Ignaś SZYKUJE SIĘ DO RACZKOWANIA!!!!!!!!!!!!!
I jestem pewna, że przed 36 miesiącem życia będzie śmigał po schodach w naszym domu - który jest nota bene prześliczny w naszym odczuciu, i który tak nas pochłonął, że nie było czasu na pisanie, serfowanie, komentowanie i ogólnie istnienie w innej, niż realna, rzeczywistości.

Jeszcze na okres Świąt daję sobie labę- muszę się zregenerować- wiecie co to przeprowadzka, prawda?:)
A potem postaram się nie ociągać i wywiązywać.

Bardzo dziękuję! I Tym, którzy mnie poinformowali o wyróżnieniu (to było wyjątkowo miłe i zaskakujące) swoimi miłymi komentarzami do poprzedniego wpisu, i Tym, którzy czytali mojego bloga przez ten czas z uwagą oraz Tym, którzy jako ciało Kapituły postanowili ocenić moje pisanie na zasługujące na wyróżnienie.
Przerosło to moje oczekiwania. I super!

Pozdrowienia od Ignasia! Ponieważ jeszcze ogarniamy klamoty- fotki wkleję poświątecznie.
Cicha noc.... ciemna noc....

15 grudnia 2012

Dwa końce i nowego początek

Symbolicznie 15 grudnia kończą się dwa etapy w naszym - Ignacowym i moim - życiu.

Dziś koniec głosowania w konkursie "NA jednym wózku" organizowanym przez Fundację Promyk Słońca.
Sporo to było emocji, sporo wahań, czy się przyłączyć, sporo nowych doświadczeń i znajomości.
Dziś do godz 24:00 można jeszcze oddać głos na każdy blog, biorący udział w rywalizacji (choć ta chyba ma najmniejsze znaczenie dla jej uczestników- tak przynajmniej dziś to widzę, z perspektywy tych kilku miesięcy). To nie ona była najważniejsza. Sedno tkwi gdzieś indziej. Sedno tkwi w historiach, które poznałam, w mailach, które wymieniłam, w słowach, które otrzymałam, w poczuciu jakiejś subtelnej więzi i wspólnoty pewnego spektrum doświadczeń i przeżyć.
Dziś wiem, że da się żyć i da się nawet cieszyć tym życiem. Że Ignaś idzie do przodu jak burza i w niczym nie przypomina tego maleństwa wiotkiego sprzed roku. Że eksploruje świat i cieszy się z każdego zdobytego nowego terytorium. A tych mu niebawem nie braknie.... bo.....

15 grudnia to też koniec naszego rodzinnego rozdziału życia spędzonego w przytulnym mieszkaniu w małym miasteczku. Naszym własnym, wyjątkowym, ale już trochę przyciasnym:) A to wszystko za sprawą Ignasia. Gdyby nie jego pojawienie się w naszym gronie, nigdy nie mielibyśmy wystarczającej motywacji do wykonania jakiegoś ruchu, zmiany. Cieszylibyśmy się tym co jest i może troszkę utyskiwali na to czy tamto.
15 grudnia 2012 r nasz Dzielny Tata z Ekipą Pod Wezwaniem przenosi całe nasze życie (i wszystkie szpargały mniejsze i większe) do nowego (choć de facto starego) domu. I wiecie co?

Strrrasznie się cieszę!

A Mama z chłopcami wyjechała do Cioci, u której na okres burz i sztormów przeprowadzkowych znalazła cichutkie, cieplutkie i i przytulne schronienie.

O dalszych ciągach tej i innych historii mam nadzieję jeszcze opowiedzieć, ale teraz pora śniadania.

Wszystkim naszym kibicom, czytaczom i osobom, które systematycznie bądź niesystematycznie klikały w banerek po prawej bardzo DZIĘKUJEMY. Ja dziękuję. To naprawdę ważne, że Ktoś Jest przy mnie, przy nas i interesuje go to, co tu opowiadam. Obecność jest ważniejsza niż słowa.
Pa.



07 grudnia 2012

Zdrowe żywienie

Zima trzyma. Chciałoby się rzec- nareszcie.

Ignaś gulgocze. Twardziel, wytrzymał najdłużej, nim dał pokonać się chorobie, która z charakterystyczną dla niej tkliwością, stopniowo otaczała ramieniem poszczególnych członków naszego klanu. On opierał się najdłużej, ale w końcu skapitulował. Na razie ratujemy się wapnem, witaminą C i sporadycznymi inhalacjami (Iggi nie jest przekonany do tej warczącej maszyny, która na dodatek nie wydziela z siebie żadnego przyjemnego zapachu), licząc na cudowne ozdrowienie.

Poza tym wszystko mu dopisuje. Zwłaszcza apetyt i ciekawość świata...



Ale skarby! Jadalne? Niejadalne?.....
Let's try...
Próba zakończyła się niepowodzeniem- z wiadomych względów. Ale ciekawości to nie wygasiło bynajmniej.......


Sinlac okazał się zdecydowanie bardziej strawny i pożywny...
Ogólnie ostatnio- przełamując w sobie barierę przed nieznaną teksturą na rzecz poznawania smaków świata, w Ignasia dossier pojawiło się również kosztowanie soli wprost z pojemnika, cukru- prościzna;) i ryżu... Kilka miesięcy temu ciekawość wygasała tuż po pierwszej próbie. Szok dotykowy był silniejszy. Zmiany jednak zataczają szerokie kręgi i dziś już chęć eksplorowania świata dominuje i nabiera rozpędu.

A tak poważnie, podobnie, jak MamaFrania, niekończąco zastanawiam się nad wagą naszego Trzeciego Skarba. Już różne sztuki wypróbowujemy, a wagi jakby to zupełnie nie wzruszało. Ot, może nieco wahnie się w górę, by znów niezmiennie z uporem wskazywać 10 na cyferblacie. I tylko Mama- Tragarz zachodzi w głowę, skąd ten ciężar przy przenoszeniu Synka z różnych lokalizacji w inne. Moja lewa ręka powoli kapituluje. Prawa- szczęśliwa, że dominująca, chętnie zajmuje się innymi sprawami. Ogólnie mam wrażenie, że oporność w przybieraniu na wadze to jeden z charakterystycznych objawów różnych dzieciaczków z kłopotami zdrowotno-rozwojowymi. Przynajmniej nie czuję się osamotniona w troskach...

MamoFrania! Jeśli możesz- podziel się proszę ze mną wnioskami z Poradni. My pewnie załapiemy się na jakąś wizytę za kwartał bądź później... A mięśnie paść trzeba, żeby nóżki nosiły po świecie...

I na koniec krótkie obwieszczenie: w obliczu dwukrotnego wyłożenia się systemu podczas pisania tego posta, nie mogę składać ŻADNYCH obietnic w sprawie kolejnych wpisów:( Należy mieć jednak zawsze nadzieję, więc mam...
....na rychłe spotkanie w Wielkiej E-Iluzji....

04 grudnia 2012

Kosi kosi łapki

Wychodzę z założenia, że żeby pisać, trzeba mieć o czym. A czy my mamy? Chyba aktualnie nie za bardzo.

Normalnie jakoś u nas. Bez wzlotów i upadków. Może trochę z gulgotem w gardle lub w jakichś niższych okolicach, ale bez dramatu. Kaszelek jakiś baaardzo rzadko, ale się odzywa, ale raczej się z niego cieszę, bo to oznaka, że w środku Ignaś aż taki wiotki nie jest. Kaszleć potrafi.

Kąpiel przebiegła też prawidłowo, no może z takim wyjątkiem, że Ignaś coraz swobodniejszy w tej wannie, tu się przekręci, tak wywinie a nie utonie, to na kolanka się podciągnie, trzymając brzegów wanny. Samodzielny coraz bardziej i stabilny. Jak przez mgłę już wspominam czasy, gdy przelewał się w rękach i nie sposób było go wykąpać, bo dwóch rąk nie starczało do ogarnięcia jego ciała w środowisku, gdzie tarcie jest jakieś takie znikome... Więc też przez kilka pierwszych miesięcy życia Ignaś korzystał z tego dopustu rozpusty dość sporadycznie, co zapewne nie pozostało bez wpływu na jego wrażliwość zmysłów. Ale to już było, i niech nie wróci więcej. Dziś kąpiele coraz bardziej przypominają te sprzed 11 czy 8 lat, z braćmi jego.


A pisałam, w co Ignaś potrafi się bawić? I nie wiadomo, kiedy i w jakiś okolicznościach się tego nauczył? Podejrzewam po cichu, że "przy okazji"- najbardziej popularną metodą wśród dzieci:).
Otóż, jego repertuar ostatnio poszerzył się o stukanie rączką w różne powierzchnie (tradycyjne "puk,puk"), robienie papa, akuku (polegające na zasłanianiu własnoręcznym twarzy przez Ignasia podręcznym ręcznikiem, sweterkiem, szalikiem i oczekiwanie na okrzyk zdziwienia typu "gdzie jest Ignaś", po czym tryumfalnym opuszczeniu zasłony i uśmiechu pełnym zadowolenia). O wyciąganiu talerzyków i ściereczek, bądź też spodenek pieczołowicie układanych uprzednio przez mamę w szafce nie wspomnę. Ani też o waleniu gdzie popadnie metalowym oprzyrządowaniem kuchennym służącym w normalnych okolicznościach do mieszania zupy w garnku.


I tak sobie powolutku żyjemy. Nie licząc naszej wielkiej rewolucji lokalowej, która od nas o krok. Udajemy, że jej nie ma i świetnie się z tym czujemy:)

A dla najwytrwalszych Klikaczy pocieszająca nowina- do 15 grudnia jeszcze tylko 11 dni. Powoli chyba już entuzjazm opada, ale jeśli macie chęć- klikajcie nadal. Nadal będzie mi niezmiernie miło.


02 grudnia 2012

Skuteczność gwarantowana:)

Miało być tak:
5 dni tamtego tygodnia na turnusie we Wrocławiu.

Już w poniedziałek, gdyśmy się stawili ochoczo, choć nie do końca punktualnie (Ignaś przymknął oko tuż przed metą, aż żal go było budzić), dowiedzieliśmy się, że z uwagi na ważne sprawy Instytutu, będziemy ćwiczyć do czwartku, bo zaproponowany nam piątek po południu nie pasował nam akurat:) Ok. Zgoda. "Nie ma tego złego, co by na dobre...."-  sami wiecie....

A jak się skończyło?
Ano, skromniutko. Na dwóch dniach z rzędu i gorączką oprotestowującą wysiłek i nadmiar wrażeń na dzień trzeci, czyli we środę:) Tak, tak, Ignaś o swoje interesy i zdrowie psychiczne zadbać potrafi. Gdy już o krok do przeciążenia jest, lub dwa, daje znać na właściwe sobie sposoby, żeby zwolnić, odpuścić, zaniechać, oddech złapać. Bo gdyby tak mama zagorączkowała, to kto wie, czy zajęcia by się nie odbyły? Wcale to nie jest takie pewne. Od lat półki w aptekach uginają się od magicznych specyfików, gorączkę nokautujących za jedną pigułką, więc efekt wcale nie byłby tak pewny. Ale jak Ignaś zagorączkuje....... no, to sprawa wygląda zupełnie inaczej. Z domu na piędź się nie ruszymy, to jak w banku wiadomo, chyba, że do lekarza jedynie.

Tak więc z 5 dni zostały dwa, a kolejne dwa- przeniesione na za tydzień i dwa. Już tak powolutku. Wplecione w nasze rutynowe zajęcia.
A gorączka? Przepadła. Bez wieści. Jak tylko mama odwołała, przestawiła, odpuściła- zniknęła!:)
To się nazywa skuteczność w osiąganiu swoich celów! Pozazdrościć:)
 


29 listopada 2012

W sprawach "nie-prywatnych" (?)

Rzadko się przyłączam do różnych akcji w sieci. Ale ta sprawa też sieje we mnie niepokój i sprawia, że czuję się nic-nie-znaczącym obywatelem naszego kraju. Dlatego pozwalam sobie (również w imieniu Ignasia i jego przyszłości, i przyszłości wszystkich naszych Dzieci) wyrazić swoje niezadowolenie z tego, co dzieje się na szczytach władzy, ponoć w naszym imieniu. To nie jest w moim imieniu! O żywności GMO i o stanowisku naszych "mądrogłowych" więcej przeczytacie u Mamy Laury w tym wpisie. Ja nie mam takiej lekkości pióra w zajmowaniu stanowiska w sprawach ogólnych i publicznych....
Za to z przyjemnością podsyłam wam obrazek....
Kliknijcie, zajrzyjcie, podpiszcie.... może to coś zmieni?

PS. Tuż po napisaniu tych kilku słów, naszły mnie refleksje, czy aby na pewno nie jest to moja sprawa? prywatna? Czy nie podobnie było ze szczepionkami skojarzonymi  i nie-skojarzonymi, zawierającymi rtęć, wstrzykiwanymi naszym dzieciom i reklamowanymi bez mrugnięcia oka (oczywiście z wykorzystaniem psycho-manipulacji)? Dlaczego w Czechach nie można ich było kupić, a u nas- tak? I to za "grube pieniądze"? Czasem ma wrażenie, że ufać można jedynie sobie samemu.
Ciekawe, co Wy o tym wszystkim myślicie?....


27 listopada 2012

Wszystko dobre, co się kiedyś kończy;)

Mama odpoczywała, odpoczywała, odpoczywała, aż dziś od pewnej zaprzyjaźnionej Osoby usłyszała, żeby się wreszcie do roboty wzięła:)

A zatem, zakasała rękawy, rozgrzała palce i stuka.

Od wczoraj jeździmy na terapię (uwaga, uwaga!) neurosensomotorycznej (uff, nie zgubiłam żadnego elementu) integracji odruchów. Zajęcia bardzo przyjemne są. Przez 2,5 godziny przemiła Pani o pięknym biblijnym imieniu gładzi Ignasia po całym ciele, delikatnie uciska jego mięśnie, stawy, policzki, czółko, cały czas podążając za nim cierpliwie (w czym dopatruję się tajemnicy ich dobrej relacji i sukcesu terapeutycznego), podśpiewując, deklamując wierszyki, dialogując z nim radośnie i za grosz nie okazując irytacji bądź znużenia tym, co wspólnie robią. Pani nie ma parcia na wykonanie tego czy innego ćwiczenia, nie upiera się przy swoim, nie gniewa, gdy Ignaś wdrapuje się na moje ramiona i odmawia chwilowo współpracy. Ona go rozumie! Cudowne jest to obserwować. Dziękujemy Pani o przepięknym imieniu:)

Nie wiem w związku z tym, dlaczego Ignaś po takich zajęciach dosłownie pada. Zasypia w ciągu pierwszych 5 km podróży powrotnej, a i potem w domu energią nie tryska. Czy jest to spowodowane wydatkiem energetycznym przerobienia takiej ilości bodźców neurologicznych, podanych w tak miły sposób, ale jednak obróbki wymagających? A może to te bite 2 godziny aktywnej zabawy z mamą? W domu jednak Ignaś ma więcej "czasu dla siebie", nikt nie towarzyszy mu tak blisko, ma więcej swobody i to raczej on dopomina się towarzystwa w swoich domowych podróżach, niż ktoś idzie za nim krok w krok? A może jakiś inny powód tego jest, tak czy inaczej ostatnie dwa dni jednak sporo go wysiłku kosztowały. Jak tak dalej pójdzie- zrobimy pauzę i spytamy, czy możemy odrobić w następnym tygodniu, co by Jegomościa nie zamęczyć nowym.

A ponieważ ostatnio pisałam o siadaniu, to teraz czas nastał na.......ta dam! ta dam! ta dam! - kolejną nowinę:  Ignaś zaczyna szukać podparcia gdzie się da i podciąga się na kolanka!!!! Dowód? Proszę bardzo:

Spać, Mamo? Nie żartuj, proszę!
Jak te jego chudziutkie nóżki to utrzymują, to sama nie wiem???? Ale daje Chłopak radę, oj, daje! (Jak tam, Ciocie, zadowolone z wieści????).

Chyba wierzycie już, że położenie spać Bąbla, to już szyta na miarę Sztuka. Choćbym padał na nos w kuchni, łazience i pokoju, w łóżeczku energia mnie nie opuszcza! O proszę:

Porozmawiamy, Baby?

I tak ze 150 razy. Padnij, powstań, padnij, powstań, padnij, powstań.... bęc.

Ponieważ Mamę też dopada zmęczenie, mimo weekendowego wypasu, dom nasz przypomina pobojowisko. Chłopcy chorzy- nie mam sumienia gonić ich do porządków, Tata zajęty milionem ważnych spraw, a Mama- znalazła sobie nowe życiowe motto (do obejrzenia tutaj - nie ręczę za tekst, ponieważ nie mam siły go czytać, tylko obrazek mnie uskrzydla i odgruzowuje z poczucia winy:)).

Ściskam wszystkich Czytających i klikających (tych nie klikających również) serdecznie. Bęc.

23 listopada 2012

Mama odpoczywa

Jest taki weekend w roku, bądź trzy, gdy Mężczyźni (wszyscy czterej) Wyjeżdżają.

Mama wtedy siedzi sama w domu, najczęściej do późna (choć zdarzyło jej się też paść po "dobranocce" i spać do rana) i się delektuje:) A to ciszą, a to nic nie robieniem (albo robieniem w swoim tempie jedynie), a to umilaniem sobie tego czasu, by zagłuszyć tęsknotę, która budzi się w niej 5 minut po wyjeździe Towarzystwa, na różne sposoby. Generalnie odpoczywa. Można by ją posądzić o samolubstwo, egoizm, wyrodność, lenistwo i inne takie paskudne przywary, ale po co?

I oto znów taki weekend nastał, dzięki Dobremu Sercu Taty, i mama się regeneruje. Głównie poprzez:
- samotną wizytę w kinie na "Zakochanych w Rzymie"- ach, włoski klimat....
- nurkowanie w dzbanku herbaty z imbirem i miodem......
- wędrówce po sieci, w poszukiwaniu nowych inspirujących historii i włączaniu ich do listy ulubionych blogów......
- studzenie wody w wannie, oczekującej od godziny na kąpiel (zaplątałam się w sieci;))....

Jeszcze w zanadrzu i planach ma co nieco, bo sobota i niedziela przed Mamą się wdzięczą...

Tymczasem Ignaś odwiedza babcie i rodzinne strony rodziców w doborowym towarzystwie i szykuje się- jeszcze oczywiście niczego nieświadom, Biedaczek, na nowe wrażenia i doświadczenia turnusowe od poniedziałku. Trzymajcie za nas kciuki. Mogą być potrzebne.

Ach. No i grypy nie ma. Za to antybiotyk i owszem...

20 listopada 2012

Damy radę....

Ignacy zdecydowanie zmienia swoje nawyki i coraz bardziej upodabnia się do typowego dwulatka:)
Okazuje się, że jedna drzemka w zupełności wystarczy, gdy śpi się rankiem do godziny 10:00:) A i z usypianiem w łóżeczku już tak łatwo nie idzie, bo świat taki kuszący i ciekawy, że szkoda czasu na sen:)

W przyszłym tygodniu czeka nas turnus w instytucie dr Masgutowej- dziś potwierdzaliśmy, i jeśli taka tendencja się utrwali- z jedną drzemką i większą wytrzymałością Iggiego, to widzę to raczej w jasnych kolorach. Damy radę.

Podobnie jak daliśmy radę z Candidą, w co jeszcze trudno mi uwierzyć, ale ostatnie badania pokazały, że sobie poszła w las od Ignasia! Obyż to była prawda na dłużej, bo już miałam mordercze zamiary wobec niej i nie zawahałabym się ich zrealizować, gdyby była taka potrzeba:)

Musimy co prawda powtórzyć badanie gdzieś za miesiąc, bo może "próbka była czysta, ale cały organizm niekoniecznie uwolniony", ale na razie cieszmy się tym co mamy, a nie martwmy na zapas.

Pomagam mamie:)
A mnie jakoś dziwnie plecy łamią i jakaś niemoc dopada.... grypa?... oby nie:)!

19 listopada 2012

Łańcuszek


Nie wiem, czy powinnam się przyłączyć do tej blogowej zabawy, ale z szacunku do Mamy Dzielnego Franka postanowiłam kontynuować łańcuszek. Byłoby niegrzecznie;) gdybym zignorowała.
A tak jest miło;)

A nie wiem, ponieważ nie mogę wytypować aż 11 blogów, bo aż tylu nie oswoiłam. A część z tych, które oswoiłam, otrzymało już zaproszenie- więc ponownie zaprosić ich nie mogę. I jestem w kropce:)

Tym niemniej, zrobię co  w mojej  mocy, by ktoś kolejny poczuł się zaproszony, wyróżniony, przyjemnie zaczepiony. Jest to wyraz uznania dla pisania i dzielenia się sobą. A każdy taki gest prowadzący do zmniejszania się dystansu między ludźmi jest cenny.  Więc biorę udział na swój niepełny sposób, ale najlepszy z aktualnie dla mnie możliwych.

Łańcuszek "Liebster Blog" polega na wytypowaniu 11 blogów, budzących nasze emocje i zaproszeniu ich Autorów do udzielenia odpowiedzi na 11 pytań mniej lub bardziej osobistych w sposób mniej lub bardziej osobisty. Zaproszeni przed wytypowaniem (lub po) swoich blogowych sympatii, odpowiadają na otrzymane pytania od osoby, która zaprosiła ich do zabawy.

Z pierwszego warunku (typowania) mogę wywiązać się częściowo- jak rzekłam- i niniejszym czynię to następująco:
- zapraszam Babcię Kubusia
- zapraszam Mamę Frania
- zapraszam Mamę Laury
- zapraszam Mamę Adasia.
Chętnie zaprosiłabym również Mamę Szymona, Ojca Karmiącego, Monikę ze Świata Żyrafy oraz rzeczoną już wcześniej Mamę Dzielnego Franka, ale Oni Wszyscy już otrzymali zaproszenia od innych osób, więc nie będę im zawracać głowy:)

Pytania dla Zaproszonych mogą brzmieć następująco:
1. Jaki Czas ma dla ciebie sens?
2. Wolisz dzieci "posiadać" czy kochać?
3. Wybierasz góry czy morze?
4. Wolałabyś dorastać teraz czy wtedy?
5. Co daje ci poczucie mocy?
6. Zielona herbata czy kawa z mlekiem i miodem?
7. Sky Fall czy Robin Hood?
8. W czym żyje ci się najlepiej: w "dawno temu" czy "tu i teraz", czy raczej "już wkrótce"?
9. Twoja pasja to...?
10. Twoja "antypasja" to...?
11. Twoja "szewska pasja" to...?

No i etap najtrudniejszy, czyli rozliczenie się z pytań dla mnie:)
 1. Jakie jest Twoje największe marzenie?
Obecnie?- Zdrowie całej naszej rodziny- cóż za banał, prawda:)? Ale marzę również o udziale w koncercie Petera Gabriela w wersji rockowej i o powrocie do Włoch...
Cała reszta już się spełniła:)....

2. Jaki jest Twój ukochany smak?
Łosoś w maśle orzechowym, niezapomniany..... a na co dzień- tak jak w życiu;)- słodko-kwaśny...

3. Czy masz jakąś ukochaną rzecz?
Nie. Rzeczy przemijają (może wolniej niż my sami), ale bez każdej prędzej czy później nauczyłabym się funkcjonować, a po żadnej nie rozpaczałabym dłużej niż 2,3 dni.

4. Co Cie doprowadza do pasji?
Bezsilność moja własna:(

5. Z czego śmiejesz się najczęściej?
Z nieprzewidywalnych skojarzeń i ripost moich Synów, dowcipów zasłyszanych od Znajomych i Męża, i dziecięcych przeuroczych przejęzyczeń, które udowadniają, że można rzecz zwykłą i banalną nazwać pięknie i nieszablonowo, bo się jeszcze tych szablonów nie nałożyło na wyobraźnię:)

6. Jaka jest najmniejsza najcenniejsza rzecz dla Ciebie?
Znów rzecz? Hmmm.  Może klucze do domu albo samochodu?... nie wiem......

7. Jakie najdziwniejsze pytanie w życiu zostało Ci zadane?
"Nie pracuje Pani, prawda?"- za każdym razem, gdy staję na komisji PCPR z Ignasiem...

8. Co nadaje sens Twojemu życiu?
Świadomość, że jestem tu na chwilę, przedtem byli tu inni, a po mnie przyjdą następni. Razem tworzymy jakiś większy Sens.

9. Co jest dla Ciebie synonimem chaosu?
Bałagan w pokoju i szafach dorastających chłopców;)

10. Jaka jest Twoja ulubiona część garderoby?
Szale, szaliki, szaliczki i sukienki z dzianiny- nic wtedy nigdzie nie uciska;)

11. Jaka jest Twoja ulubiona książka?
Ojjojoj:( Jakie trudne pytanie! Ulubiona jest ta, którą właśnie czytam, która nie zniechęca mnie po 4 rozdziałach, do której chce mi się wracać.... by ją doczytać do końca... Ale taka jedna jedyna? NIemożliwe do odpowiedzi dla mnie, przepraszam.

Uff. Ignaś już rozmawia na górze- muszę lecieć. Pozdrawiam poniedziałkowo:) 


16 listopada 2012

Różne "myśli nieuczesane"

Kołaczą się w głowie różne myśli, którym brak jakiegoś przewodniego wątku, jakiegoś punktu styku, przecięcia. Jeśli nie uwzględniać oczywiście faktu, że z której strony nie patrzyć, to zawsze w centrum jest Ignaś:)

Pozbierałam je więc, nanizałam pstrokate, o nieregularnych kształtach i wielobarwne i oto są.
Nim je jednak wyślę w świat, podzielić się pragnę największą naszą radością ostatnich dwóch dni. A zatem:

Ta dam! Usiadłem sam!
Znów siedzę! A kuku!

Ignacy robi to już nałogowo:) Siada gdzie leżał jeszcze przed sekundą, po chwili znów leży by usiąść z niekłamaną satysfakcją w oczach. Naszym oczom zaś jawi się zupełnie nowy Chłopczyk, takiego go jeszcze nie znaliśmy! Jest Cudny! Niewymownie! A spróbujcie go teraz położyć na poobiednią drzemkę! Ha!
Leżenie jest przecież taaaakie nudne;) Pion to dopiero coś!

A teraz reszta.


Jakiś czas temu otrzymałam (figurując na liście tak zwanej mailingowej) propozycję. Nie byle jaką, kuszącą, intrygującą i natychmiast wzbudzającą pewien wewnętrzny konflikt (kiedyś mówiono o tym dysonans). Rzecz dotyczyła możliwości skorzystania z terapii z samą doktor S. Masgutową. Ci i owi na pewno wiedzą, o kim mówię. Jakby nie patrzeć to największy autorytet w terapii, opracowanej przez właśnie tę Panią. Więc nie lada gratka- pomyślałam. Propozycja nie zawierała jednak żadnych szczegółów, prócz daty ewentualnego spotkania i miejsca, rzecz jasna. Natychmiast posłałam zapytanie z prośbą o ich podanie. I chyba żałuję, że to uczyniłam pod wpływem chwilowej emocji. Żyłabym sobie spokojniej, nieświadomie może, ale spokojniej bez wątpienia:)
Okazało się, że terapia obejmuje 1 godzinę z Panią Doktor, w trakcie której odbędzie się diagnoza, ćwiczenia oraz otrzymam zalecenia do pracy z Ignasiem w domu. Koszt? Bagatela. 450zł.
I cóż- mam mieć dylemat? Sama nie wiem.....


Nie wiem kiedy liczba na naszym liczniku odwiedzin przekroczyła 12.000 wejść. Wciąż robi to na mnie ogromne wrażenie i nie wątpię, że duża to zasługa konkursu, do którego dołączyliśmy. Z tego punktu widzenia nasz blog już wygrał. Zaistniał. Pozwolił mi ośmielić siebie samą i zaglądać do innych. Nauczył mnie komentować- wiecie jaką barierę psychiczną (nieśmiałość czyli;)) trzeba przejść w samym sobie, by napisać komentarz do czyjejś wypowiedzi, czyjegoś kawałka świata, życia?:) Pewnie wiecie:)
Na domiar tego uwielbiam zaglądać w zakładkę, w której śledzić można z jakich kawałków świata ludzie klikają w nasze progi. I co jakiś czas pojawiają się na tej mapie nowe lokalizacje. Są tam już: Polska rzecz jasna, Francja, Stany, Niemcy, Szwajcaria, Wielka Brytania, Irlandia, Włochy, Japonia (!), Rosja, Holandia, Ukraina, Turcja, Izrael, a dziś nawet ktoś z Nigerii do nas zajrzał (może przez przypadek...). Niewiarygodnie wielki jest Świat, który nas otacza i niewiarygodnie rzadko o tym reflektuję, krążąc pomiędzy domem, Wrocławiem, rehabilitacją, zakupami i pracą:)


Ostatnia wizyta u neurologa, którą zapowiadałam dość tajemniczo w tym wpisie, przyniosła mi wiele zamieszania. Jak łatwo się domyślić, Pani Doktor zanegowała całe dotychczasowe leczenie przeciwpadaczkowe Ignasia bez rozpoznania samej padaczki (też o tym już kiedyś wspominałam przy różnych okazjach- na przykład tutaj czy tutaj).
Niejednokrotnie wcześniej zastanawiałam się, czy jest sens podawania Sabrilu gdy nie ma objawów wskazujących na epilepsję i przy podwójnie dobrych wynikach EEG. Wątpliwości przełknęłam gorzko już na pierwszej wizycie u neurologa, zarekomendowanego nam przez znajomych, ale nie mogłam wtedy pojąć po co leki aż takie? Lekarz tłumaczył, że mają być osłoną przed padaczką po wprowadzeniu Cerebrolizyny, z której do dziś nici, bo Pan doktor nie zdecydował  się na jej wprowadzenie.
Ech... Dużo by pisać, a mnie sił brakuje, więc tylko wspomnę o wnioskach z wizyty (które mnie przekonują):
- mamy zrobić Ignasiowi kolejne, kontrolne badanie EEG u wrocławskiego epileptologa;
- jeśli zapis będzie znów prawidłowy- szykujemy się do odstawiania leków p/padaczkowych;
- dobrze, że nie podałam jeszcze Smykowi Depakine- na razie jest to nieuzasadnione, a leki raczej przytłumiają, a nie przyspieszają rozwój (??? i bądź tu mądry człowieku);
- należy dobrze go odżywiać, podawać olej lniany i dbać, chuchać, dmuchać i kochać niewymownie:)
- przyczyną opóźnienia mogło być samo zapalenie wątroby w I półroczu życia Ignasia;
- choć nie wykluczona jest faktycznie jakaś bardzo, bardzo rzadka choroba metaboliczna.
Pass.


A propos oleju lnianego. Już mieliśmy z nim kiedyś przygodę pozytywną. Czas wrócić do naszego przyjaciela:) I znów gwiazdy podsunęły mi (przypadek?) ulotkę akurat teraz, a nie wcześniej ani później, firmy, z której zaopatrywaliśmy się wcześniej w ten specyfik. W aptece rzecz jasna się na nią natknęłam:)
A ja osobiście ... wierzę gwiazdom:)
Dobranoc.

15 listopada 2012

Po drugiej stronie lustra....

....była piękna słoneczna pogoda. Powietrze przejrzyste i rześkie, łaskotane promieniami słońca przywodziło na myśl pierwsze wiosenne migawki, co krew w żyłach poganiają i wypełniają serca nieuzasadnionym, zdawać by się mogło, uniesieniem. Taki marcowy haj nas dzisiaj złapał niespełna 30 km od naszego domu, podczas, gdy przekraczając niewidzialną granicę naszego miasta, wyznaczoną łagodnie naturalną rzeźbą terenu, zanurzyliśmy się w gęstym mlecznym oparze i temperaturze wprost z samego środka grudnia.
Mordor. Wypisz, wymaluj.

Wyprawa nasza dziś niestandardowa była, nie ograniczająca się li tylko do Centrum, gdzie Ignaś w hiperaktywnym nastroju będąc, podważył na dzień dobry wiarygodność Matki, uprzedzającej, że rzeczony gość jest właśnie zmęczony.  Bo teoretycznie i powołując się na dotychczasową naszą praktykę, po 3,5 godzinach czuwania powinien ów padać na twarz, marudzić, lamentować i współpracy okazywać tyle, co nic.
Tymczasem Ignaś tryskający energią, rzucił się na zabawki, wstawał jak nakręcony na własne nogi obute w buty i rozwalał ustalony ład i porządek oraz niektóre sprzęty, które wpadły mu w ręce. Przyprawiał to wszystko porządną szczyptą śmiechu, zaraźliwego na wszystkie strony i za nic miał sobie naszą konsternację i tzw. "święte przekonanie", że oto coś wiemy bądź na czymś się znamy (czyt.: na jego nawykach i zwyczajach). Zamatował nas (mnie) na cacy.

Dżokej:)
Zanim tam jednak dotarliśmy, wjechaliśmy do samego serca Wrocławia, by krew dostarczyć i tym samym procedurę mikromacierzy puścić już w ruch na poważnie, podbitą przelewem na odpowiednie konto i mailem do Pana Doktora, że jesteśmy naprawdę gotowi. Ignacy uważnie rozglądał się na wszystkie strony, podziwiając miasto, jego ruch, dynamikę, światła, zmieniające się widoki i ani myślał zmrużyć oka. Mamy plan padł w gruzach. Mimo to postanowiłam zaryzykować i dowieźć go jednak na rehabilitację, a w przypadku awarii poinformować, że kończymy, bo jegomość nie spał ani minuty od rana i jest zmęczony. Co jednak z tego wyszło, już wiecie i żadna interwencja wyjaśniająco-ratunkowa potrzebna nie była.

Po ćwiczeniach zajechaliśmy na rybkę- ale nie pytajcie, dokąd, bo dwulatkowie takich posiłków spożywać zdecydowanie nie powinni. Nasz jednak czasami spożywa i to z wielgachnym apetytem, a że w rybkach omega jest ukryta, więc czujemy się usprawiedliwieni, bo mózg doładowujemy dobrym. Z uwagi zaś na lichą tkankę mięśniową naszego syna, otyłości jego na razie nie przewidujemy i się nie obawiamy, więc tylko wątroba mogłaby nas powstrzymać i opamiętanie na nas sprowadzić.
Ta jednak- wątroba, rzecz jasna- w znakomitej kondycji jest ostatnio (o czym świadczą wykonane we wtorek badania, z których wynika jednoznacznie, że zapalenie to już wspomnienie). Więc była rybka, a jakże, mniam.

Z pełnym brzuchem i głową pełną wrażeń powinien już paść Ignaś zmożony na fotel, ale nic bardziej błędnego. Do kolejnego naszego przystanku dotrwał Szkrab nienaruszony, nieznużony i wyraźnie ożywiony, gdy otworzyłam drzwi z jego strony, wyławiając go z fotelika. Byliśmy w nowej siedzibie Fundacji, złożyć dokumenty, ale zabraliśmy je niezwłocznie  z powrotem, bo jak na nowicjusza przystało, porobiłam w nich sporo błędów i teraz wszystkie poprawić muszę. Ignaś pozwiedzał z poziomu podłogi biuro Fundacji, na skutek czego rączki miał czarne jak górnik wracający z szychty, ale szczęścia mu to nie pomniejszyło ani odebrało, wręcz dodało, jak sądzę.

Ale to jeszcze nie koniec rewelacji dnia dzisiejszego, o nie.

Drzemnąwszy się pół godzin, wybudzony przez brata ładującego się po drodze ze szkoły do auta, Ignaś postanowił nie zasypiać już więcej przed wieczorem, bo każda próba położenia go do łóżeczka kończyła się niezmiennie tym samym:
IGANCY NAJPIERW SAMODZIELNIE SIADAŁ W ŁÓŻECZKU, A NASTĘPNIE CHWYTAŁ SIĘ SZCZEBELKÓW I KLĘKAŁ UŚMIECHNIĘTY OD UCHA DO UCHA!!!!!!
Spać, Mamusiu? Oszalałaś?! W takim dniu?!!!! I myk, znów na kolanka, siadanie i uśmiechy tryumfu rozsyłane dookoła!

Tak, tak, Kochani- 15 listopada 2012r to kolejny milowy krok w jego i naszym życiu! Hip, hip! HURRRRA!

A o tym, co u neurologa jak również o tym, co na hipoterapii (skąd zdjęcie niniejsze) być może napiszę niebawem. Dziś post już tego wszystkiego nie pomieści:)

Klik-klik?

13 listopada 2012

Same wielkie dni u nas:)

Dziś kolejny.
Wielki, bo Tata w domu! I nie żeby rozleniwił się czy rozchorował. Nie- żeby nagle po weekendzie znów jakiś weekend się nadażył.
Dziś Tata z nami w domu, bo jedziemy do lekarza, do Głogowa samego, więc na taką wyprawę Mama potrzebuje wsparcia. Do 50 km radzi sobie sama, ale dalej, to już dobrze mieć jakąś dorosłą bratnią duszę w pobliżu.

Ignaś właśnie pojechał na pobranie krwi do badań wszelakich i różnorodnych. To też Tata obstawia, bo Mama po szpitalnych traumach już nie pomieszcza w sobie łez, stresu i napięcia. A to Ignasiowi nie pomaga w takich trudnych chwilach, więc na posterunku stoi Tata w takich okolicznościach. Dlatego też trochę nam się przewlekała ta sprawa, bo Tata- jak to Ojcowie w dzisiejszych czasach- późno wraca do domu, żeby nas na powierzchni finansowej utrzymać, a nie sposób jechać z dzieckiem o 19:00 godzinie na pobranie krwi, jeśli to sprawa życia i śmierci. Co by o nas pomyślały Panie Pielęgniarki?:)

A dziś nadarzyła się idealna okazja, więc prędko ją wykorzystaliśmy. Chwytaj chwilę- taki kiedyś temat na języku polskim mieliśmy- pamiętacie? To chwytamy;)

Jak dobrze się poukłada, we czwartek dowiozę krew do Wrocławia i badania ruszą, mam nadzieję.

A urodziny Ignasia?
Sama nie wiem, co by to było, gdyby nie nasi cudowni Bliscy. Każdy coś podrzucił, jakoś się zaangażował kulinarnie i dzięki temu brzuchy nam pękały od pyszności niebywałych. Ignaś był wniebowzięty. Tyle uwagi nie dostawał od wieków. Ciocie, babcie, wujkowie..... Wrażeń miał co nie miara i to chyba cudowniejsze niż najpiękniejsze, najwymyślniejsze prezenty. Choć te- owszem- fantastyczne i przemiłe były.

A teraz już znowu życie nas popędza, pogania, zasypuje drobiazgami do ogarnięcia, zadbania, załatwienia i dłubiemy tą codzienność, dziergamy cierpliwie, przyglądając się z zadziwieniem i zachwytem, choć czasem okiem zmęczeniem zasnutym, wzorzystemu patchworkowi, co spod palców wyłazi.

Do U. Lub Zob.
:)
A jeśli nadal klikacie, to dzięki serdeczne wam posyłamy. Bardzo to podziwiamy i doceniamy. Systematyczność to cnota, której wielu z nas brak. Tym bardziej więc, prócz pamięci, wasze zaangażowanie i stałość właśnie wielbimy:)
Howk.

09 listopada 2012

09.11.2010/2012

Dziś wielki Dzień!

Ignacy kończy dwa latka!

Już pięć razy odśpiewaliśmy mu rodzinnie "sto lat", a on przyglądał nam się zadziwiony i zaskoczony:)

Ponieważ w domu czas żmudnych przygotowań do rodzinnej uroczystości, która jutro od rana, dziś tylko tak napomknę właśnie.

A torcik już się robi:)

Pozdrowienia dla wszystkich Maluszków, które przyszły na świat razem z Ignasiem w różnych stronach świata i zakątkach Polski:)

05 listopada 2012

Od przybytku głowa (nie) boli!

Ten poniedziałek zaczął się feralnie.
Był czarny i szewski jednocześnie.
Pani od rehabilitacji przeniosła godzinę spotkania, wcześniej ustaloną i uwzględnioną w naszym rozkładzie jazdy na 11:00. Ignaś obudził się o 7:00 i przy normalnym rytmie nie miał szans na wyspanie się przed ćwiczeniami. Mama wysłała sms-a z prośbą o wcześniejszą wizytę. Mamę bolała głowa. A Ignaś nie chciał spać w ramach tradycyjnej drzemki. Mamie za to spać się chciało bardzo mocno. Jak Ignaś już usnął, to obudził się nadspodziewanie szybko. Tak szybko, że się mama przestraszyła, że mu energii do 13:00 (rehabilitacja rzeczona, umówiona) nie wystarczy i ją całą przepłacze i zmarnuje. Poza tym mamie chciało się spać dalej.
Ignaś wygrał- znowu (to mu niechybnie wróży przyszłe mistrzostwo świata w jednej z najtrudniejszych sportowych dyscyplin:)). Z dalszego wylegiwania się pod ciepłą kołdrą nici. Mamę głowa zaczęła boleć jeszcze mocniej. W instynktownym odruchu chronienia swoich dzieci przed sobą samą w odmianie "black" zapobiegliwie wykonała jeden "telefon do przyjaciela" i wyekspediowała synka na spacer w kimś, kto w tym dniu pałał zdecydowanie większą miłością do świata i bliźnich....


I wtedy właśnie sprawy przybrały inny obrót.

Mama zadzwoniła do fundacji. W końcu to już listopad- pomyślała. Może już można pytać? I zapytała.
I dowiedziała się (co zresztą przeczuwała, ale zawsze to lepiej mieć ciasteczko, niż oglądać je przez wystawową szybę), że BARDZO WIELE, WIELE OSÓB odpowiedziało na  nasz apel o przekazanie 1% na rehabilitację Ignasia!!!!!

I głowa od razu przestała ją boleć:)
Z serca spadł kamień, który narastał od jakiegoś czasu, zwany cichą niepewnością o wydolność naszego finansowego rodzinnego systemu, w który wpleciona jest rehabilitacja małego dziecka. Każdy budżet w końcu by się zapadł. Ale teraz ta zmora prysnęła z widnokręgu i nie zasłania nam już perspektyw na przyszły rok.
Wasze wpłaty pozwolą na kontynuację ignasiowej podróży do sprawności przez kolejne miesiące kolejnego roku!

JESTEŚMY PRZEOGROMNIE WDZIĘCZNI i WZRUSZENI!

  Ten "debiut"  (o którym pisałam 8 miesięcy już temu! jest tutaj dla odświeżenia pamięci:) był naprawdę znakomity!

Dziękujemy wszystkim Słuchającym Sercem Ludziom, którzy w czasach gdy często pośpiech przeplata się z obojętnością, gotowi byli wspomóc nas i naszego syna w naszych zmaganiach z Niewiadomą.
Jesteście wspaniali! Naprawdę!

03 listopada 2012

Testy na wytrzymałość

Dziś Ignaś występował w roli eksperta i przeprowadzał na nas swoje testy na naszą wytrzymałość:)

Miłość cierpliwa jest.....
Nie unosi się gniewem....
Nie pamięta złego....
Wszystko przetrzyma....

choć czasem musi się baaardzo starać:)
Mam nadzieję, że zdaliśmy, choć ciężko było.

Takiego wrzasku wściekłości z takiego małego gardła jeszcze nigdy nie słyszałam! I na dodatek nie wiadomo o co, bo tego kodu jeszcze nie rozkodowaliśmy.....

Dość, że zakończyliśmy już nasze podróżowanie, osiedliśmy w domu, nagrzaliśmy w kaloryferach. Upiekłam chleb, ugotowałam kompot (jabłka w tym roku obrodziły przepięknie)... A Ignaś wreszcie zasnął:)

Jutro będzie  zdecydowanie lepiej;)

Skierowanie już załatwione. Musimy w tym tygodniu pobrać Ignasiowi krew i dostarczyć doktorowi. Za jego- jak się okazało- pośrednictwem, przeprowadzimy resztę procedury. Zgody podpisane, probówka klekocze się w torebce....

Co nam to da? Jeśli poznamy wynik, będziemy w mniejszej czy większej kropce? I czy to jakoś symptomatyczne, że ponownie tuż przed świętami grudniowymi możemy spodziewać się wyniku? Ostatnie święta, prócz grypy, złamały się pod natłokiem naszego strachu i rozpaczy (po niefortunnej interpretacji MRI głowi Ignasia jednej z Pań neurolog, która za dużo nadziei nam wówczas nie zostawiła- chciałabym widzieć jej minę teraz:))....

Jutro w Chicago o 11:00 w jednym z polskich kościołów odbędzie się msza w intencji Ignasia. Dziękujemy wszystkim, którzy będą się za niego modlić.... Dziękujemy Cioci A., która o to zadbała:) Modlitwa ma MOC.
Dobrej nocy.

31 października 2012

Gdybym była Ignasiem.....

Droga Mamo. Kobieto, którą spotykam codziennie, gdy otworzę oczy. Z której brzucha mnie wyciągnięto kiedyś.
Chcę ci coś powiedzieć. Że:
Zupełnie niepotrzebnie..... Nie rozumiem, czym się zamartwiasz? Po co ta presja i dylematy? Po co te depresyjne nastroje i euforyczne wzloty? Przecież jestem. I to wystarcza. Pojawiłem się tu między wami i jakby nie było- jest. Jestem. To wszystko.
A że  nie taki, jak inni? Nie taki, jak oczekujecie, że powinienem być? Nie taki, jak cię świat przekonuje, że powinienem być?
Jakie to ma znaczenie? Dla mnie żadne.
Budzę się, spotykam was, coś zjem lepiej lub gorzej.... pobawię się albo pomarudzę. Tak po prostu...
Czy ma to naprawdę zasadnicze znaczenie?
Nie cierpię. Raczej się uśmiecham. Czy to nie wystarcza?. Może nie będę fizykiem jądrowym ani wziętym lekarzem. Może nie będę nawet budowlańcem, ani hydraulikiem. Ani nauczycielem, ani biznesmenem.
Czy to ważne? Skoro już jestem, to może to właśnie ma znaczenie. Nawet nie wiem, po co się pojawiłem tu między wami. Jakaś siła to sprawiła i tyle. Nie miałem nic do powiedzenia, tak samo jak ty nie miałaś nic do powiedzenia w kwestii tego, jaki będę, kim będę i czy wreszcie- w ogóle będę. I inni ludzie też w tej kwestii za dużo do powiedzenia nie mieli i nie mają.
Bo mogłoby mnie na przykład nie być. A jestem:)
Ładnie to brzmi, prawda?: jestem owocem waszych uczuć do siebie nawzajem z tatą. Coś tak chciało, może Ktoś tak chciał, a może to zupełny przypadek...
A teraz przestań już pisać i przyjdź do mnie na górę, bo się obudziłem i chcę cię znów zobaczyć:) Mam nadzieję, że tak samo jak ty chcesz znów zobaczyć mnie. Ignaś.


To tak w kwestii nastrojów zaduszkowych i poszukiwanie jakichkolwiek odpowiedzi na różnorakie pytania:)

30 października 2012

Luźniej

niż przypuszczaliśmy i planowaliśmy zapowiada się ten tydzień. Ze względu na wolne dni i wszelakie podróże, wypadły nam zajęcia z rehabilitacji i logopedii. Jakoś tę lukę staraliśmy się zapełnić, umawiając zastępczo i dodatkowo, ale jednak nie udało się uniknąć niespodziewanych zmian i np. dodatkowo przepadną nam konie w tym tygodniu:( Szkoda.

W ogóle zastanawiam się nad zwiększeniem godziny rehabilitacji w tygodniu o jedną (wówczas Ignaś ćwiczyłby pod okiem i ręką profesjonalisty znowu 4 razy w tygodniu, a nie- jak teraz 3). Wydaje mi się, że jest coraz bardziej aktywny, żądny przygód, silniejszy i warto to wykorzystać z korzyścią dla niego. O tempie i ilości rehabilitacji rozmyślam od czasu do czasu, bo to kwestia wielce indywidualna i dylematotwórcza. Niekiedy przetrawiam wątpliwości, czy nie powinniśmy więcej i czy "więcej" w rzeczy samej oznacza "lepiej"? Wiem, że inne dzieciaczki ćwiczą intensywniej... i popadam w kompleksy złej matki:) Niewystarczającej:)
Nie o moje jednak tu kompleksy chodzi, ale o dobro i korzyść Ignasia i tym trudniejsze te decyzje.
Tym niemniej gdzieś wewnątrz czuję, że warto spróbować. Może to właśnie TEN czas? Ignaś naprawdę jest w zwyżkowej formie. Nigdy dotąd nie widziałam go tak kontaktowego, uśmiechniętego, rozentuzjazmowanego. Wydaje się, że tak wiele rozumie, świetnie się komunikuje (oczywiście na miarę swoich "aaa.." "eee...", "u..." i specjalistycznie dobieraną mimiką;)). Motywacja do ruchu aż z niego kipi! Szkoda byłoby to zaprzepaścić ze zwykłego lenistwa...

Tylko gdzie wbić tę czwartą godzinę w mój życiowo-rodzinno-zawodowy harmonogram:)?! Pomyślę...

A Ignaś wczoraj rozbił wszystkich (zwłaszcza mamę) jedną prostą rzeczą....
i kolejną, która wzrusza mnie do łez:
i kolejną:


Że zwyczajne i banalne? Owszem. Ale nie dla nas. Nie dla Ignasia!
Rok temu- dla pamięci- Ignaś nie ruszał rączkami, nie kontrolował główki, nie przewracał się z plecków na brzuch! Mając taki materiał porównawczy, inaczej patrzy się na życie, świat i swoje dziecko:)

A dziś....
Dziś jedziemy po skierowanie na badanie z wykorzystaniem mikromacierzy... Słowo się rzekło i plany zaczynają się realizować:)




28 października 2012

Dlaczego?!

Z zimy już okruchy zostały, choć to właściwie jej preludium:)
Czas przesunięty. Życia jakby ubyło.

Dlaczego Pani go ćwiczyła Vojtą?

Usłyszałam wczoraj to pytanie, podszyte wyrzutem i niezrozumieniem i aż mnie trachnęło!

Dlaczego?

Bo SIĘ BAŁAM!
Bo rzecz dotyczyła MOJEGO DZIECKA. A ja byłam zagubiona i przerażona nieobliczalnością tej sytuacji- jego kłopotów, apatii, "maltretowania" w szpitalach, wycofania, bezradności świata medycznego, dezinformacją, poczuciem winy.... można wyliczać bez końca.
Bo kilku LEKARZY, ponoć DOBRYCH, bez wahania podało taką konieczność.
Bo znam kilkoro dzieci "wyprowadzonych" tą metodą ze swoich kłopotów.
Bo tego uczyli mnie na studiach, które swego czasu ukończyłam ("najlepsza metoda") - o Bobath'ach nikt wtedy nie wspominał....
Bo przeszukiwane strony w internecie wciąż mówiły stronniczo- dziś to wiem, o dobroczynnych skutkach tej trudnej metody.
Bo nagłośniane są społecznie te historie dzieci, którym Vojta pomogła.
Bo we Wrocławiu jest pewna presja na jej stosowanie.
Bo nie wiedziałam, czego się spodziewać.
Bo nie wiedziałam, że to takie okropnie trudne, okrutne, miażdżące czułość i ciepło.
Bo nie przyszło mi do głowy, że to MOŻE ZASZKODZIĆ!

Jak w ogóle można matce zadać takie pytanie? Będąc matką?

Dziś wiem, że nigdy więcej. Nigdy w życiu! Nie polecę. Nie zachęcę.
Bo dramatycznie niszczy to psychikę, atmosferę, poczucie zaufania dziecka do świata i najbliższych. Demoluje poczucie bezpieczeństwa.

Nie może być inaczej!
Dziecko NIE ROZUMIE, że Matka musi je ćwiczyć dla "jego dobra" (brr- jak to obrzydliwie brzmi w tym kontekście)... Dziecko ma POTRZEBĘ BEZPIECZEŃSTWA i BYCIA KOCHANYM. Dziecko jest kompletnie zdezorientowane i przerażone. I nie pozostaje mu nic innego, jak wycofać się z tego okrutnego świata... Aż ten świat jakoś się nie zmieni...
Pozdrawiam niedzielnie:) Uf.

27 października 2012

Totalna zima

Za oknem- rzecz jasna:) U Was też tak jest? Sypie, jak w środku stycznia, w narciarskim kurorcie jakimś:)
Ot, jakie cuda widzieliśmy dziś jadąc "na koniki".



To zadziwiające, że pierwszy śnieg z reguły wyzwala pozytywne emocje, z zachwytem w czołówce i pewną ekscytacją. Wow- coś się zmieniło! Cud się dokonał! Bez naszego udziału świat toczy się utartymi ścieżkami. Mamy się na czym oprzeć...
Dopiero po kilku sekundach dociera z mózgu impuls, pożeracz radości, że oto znów ślisko, zimno, rachunki za gaz wzrosną, z nosa będzie kapać.

My jednak się temu nie poddajemy. To cudne, że zima się pojawiła. Bo jakkolwiek będzie dla nas uciążliwa, po niej znów (o ile doczekamy;) nadejdzie piękna wiosna, a w kolejce ustawią się lato i jesień:)

Dziś Ignaś zachwycony nie był perspektywą przejażdżki konnej. Może to kwestia wybudzenia z krótkiej drzemki, w którą zapadł w czasie jazdy, zamiast regularnej porannej, w swoim własnym łóżeczku? A niewątpliwie jest to też echo pierwszych doświadczeń z tymi zwierzętami podczas turnusu rehabilitacyjnego. Pisałam o tym w tym poście- wieki zdawałoby się temu;), jak w mgnieniu oka z postawy ufnej i zaciekawionej, z chwiejnego jeszcze ale już obecnego poczucia bezpieczeństwa, wyrwało go jedno, niespodziewane, gwałtowne rżenie konika, które w niwecz zamieniło wysiłki i starania Pani rehabilitantki na długie godziny. No i teraz właśnie zmagamy się z tymi zaszłościami- bo Ignaś tak zakodował sobie, że to zwierzę może go przestraszyć, że jak tylko skojarzył, co go czeka (rozpoznając budynek, osobę, kask zakładany na główkę), rozszlochał się sromotnie i przywarł do mnie jak magnes do lodówki.

Zdecydowałam więc, że pstryknę kilka fotek dla tzw. Szerszego Ogółu i wycofam się z pola widzenia, bo moja obecność tylko mu w sercu ranę powiększa, że jak to? mama? nie wyratuje mnie? No i faktycznie- Ignaś zdany sam na siebie i Panie rehabilitantki, nieco się wyciszył, uspokoił, ale pochlipywał do końca cichutko, zrezygnowany. A jak tylko wpadł mi znów w ramiona- wydał z siebie salwę żalów, łzy kapały mu kaskadami, z noska też ciekło.... Biedaczek. Ale i Zuch Wielki. Znosi to wszystko z godnością dwulatka, którego już tyle w życiu niemiłych niespodzianek spotkało.... Będzie dobrze. Jestem święcie przekonana, że się Iguś przyzwyczai i może nawet zacznie czerpać z tego przyjemność. Tylko trochę cierpliwości musimy sobie okazać na wzajem z koniem, który użycza mu swojego grzbietu.
Tymczasem Ignaś wzmacnia się z tygodnia na tydzień. Nie wiemy, czemu to przypisać, ale cieszy nas to ogromnie. Właściwie, prócz pobytu na turnusie, nic się w naszym życiu nie zmieniło, jeśli chodzi o rehabilitację (hipoterapia trwa na razie za krótko, by zaczęła od razu przynosić takie spektakularne efekty). Bączek zaczyna kombinować, jak tu się z pozycji leżącej wyzwolić najszybciej, jak tu usiąść z leżenia na brzuchu, jego rączki są już o wiele sprawniejsze, ramiona silniejsze, okręca się wokół osi to wsparty na jednej, to na drugiej ręce i boku. To naprawdę niebywałe postępy, bo Ignaś w ten sposób osiąga nowe płaszczyzny ruchu. Potrafi też samodzielnie, pokracznie i słodko przenieść ciało z siadu do leżenia na brzuchu i to coraz częściej bezkolizyjnie:) Jak nic, za rok będzie chodził! Czuję to wszystkimi komórkami ciała!
Konsekwencją tego wszystkiego jest fakt, że już nie przewraca się do tyłu z siedzenia bezwładnie i bez kontroli i coraz częściej można go zostawić siedzącego samego, bez obawy, że fiknie bezwładnie na plecy i głowę. To cudowna zmiana i niemniej zachwycający widok.

Kończąc tą relację nadmienię tylko, że wczoraj (i w sumie dziś także) odbyłam dwie rozmowy z rehabilitantkami dotyczące najogólniej ujmując postawy osób ćwiczących z dziećmi i metod rehabilitacji do dzieci właśnie i rodziców pośrednio. Nie teraz będę się nad tym rozpisywać, ale postaram się podzielić tymi refleksjami niebawem.
Tymczasem- prowadzona aromatami z piekarnika- zaczynam organizować ekipę na obiad:) Miłej soboty życzę wszystkim odwiedzającym nas akurat:).

25 października 2012

Horrorrr orrrrtograficzny;)

Po trzech kulawych ocenach z dyktanda naszego Średniaczka, w domu zapanowała ortograficzna panika, ręce podtrzymujemy sobie na wzajem by nie opadły i wspólnymi, kilkupokoleniowymi siłami staramy się bańkom zaradzić. Co oczywiście nie spotyka się z entuzjazmem i zrozumieniem u głównego zainteresowanego:). No cóż- uroki dzieciństwa...

A u Ignasia prócz gulgotów- już więcej niż pewne, że rezonans musimy w tym roku odpuścić- humor kwitnie na całego. Radość i energia go nie opuszcza, zasuwa po podłodze jak mała torpeda (no- przesadzam trochę, ale po miesiącach stagnacji jego ruch teraz przypomina prędkość światła) i ponoć dziś na rehabilitacji Pani Kasia stawiała z nim pierwsze kroki (tata był- opowiadał). Tymczasem ja już prawie zakończyłam październikowy obchód po lekarzach (jeszcze tylko genetyk nam został....).

Wczoraj neurolog, zamiast wycofać- przepisał Ignasiowi inny lek (Depakine) na padaczkę, której ja nie widzę, ale on- dyskretne objawy dostrzega. Nie wiem, co o tym myśleć. Ale w końcu to lekarz. Kazał mi być spokojną o to leczenie, najważniejsze, że Ignaś się poprawia, a przy pełnoobjawowej padaczce jego rozwój o ile by się nie cofnął, to na pewno zatrzymał. A tego nie chcemy, oj, nie. Więc zaczniemy mu podmieniać te leki w najbliższym miesiącu , by ostatecznie odstawić Sabril i zostać na Depakinie.


Dziś wizyta u dr Barg. Szybko, sprawnie i na temat. Wyniki prawie ok, ale jednak jeden parametr tarczycowy jest nieco obniżony i  Brzdąc dostał delikatne wspomaganie. Zaczynamy od jutra. W styczniu mamy przyjść do kontroli.

A na koniec- wbrew mżawce za oknem- ostatnie promienie słońca z zeszłotygodniowej dostawy (i dwaj bohaterowie dzisiejszego posta na deser):



Nadal prosimy o klikanie w banerek- klik,klik.

22 października 2012

Ha- ironia losu...

Ha! Mamy termin, na który tak długo czekaliśmy, a im on bliżej, tym ciemniej to widzę.
W naszym domu rozpoczęło się.... pokasływanie.
Najpierw Średni syn, jakoś od piątku, po uganianiu się po podwórku w krótkim rękawku...
Potem Starszy syn- ból głowy znokautował go dziś centralnie i biedaczek padł przed 20:00.
No i tata- co 10 sekund cichutko pokasłuje i udaje ... że to nic i że jest całkiem zdrowy.
Ignasiowi wczoraj znów gulgotało, ale łudzę się jeszcze, że to jakieś moje omamy..

No bo chorego dziecka nikt nie znieczuli do badania MRI głowy. A takie mieliśmy wykonać w przyszły poniedziałek....

Pech? czy zrządzenie losu?
Zobaczymy.

Tymczasem obdzwoniłam tzw. Instytucje, najpierw w poszukiwaniu kodu procedury badania z użyciem mikromacierzy, żeby następnie w NFZ dowiedzieć się, jak to jest z refundacją w naszym kraju? Ale nawet nie zdążyłam do tego NFZ zadzwonić, bo Pani z IMiD'u poinformowała mnie, że nie ma nic takiego jak refundacja tego badania. Że owszem- NFZ czasem dopłaca niecałe 40% kwoty, ale płacą za to badanie szpitale, które na nie kierują, przeznaczając na nie swoje "oszczędności z innych pacjentów". Rozumiecie coś z tego? Mnie to było trudno objąć umysłem, dość natomiast żeby się zniechęcić i na razie odpuścić poszukiwanie refundacji....

Robimy komercyjnie i basta!

Chcę też nawiązać do posta o mikromacierzy, w którym zwracam się do Świata z prośbą o wsparcie.
Z moich dzisiejszych informacji: udało nam się zebrać, dzięki Waszej hojności i Sercu około 600 zł na to badanie. To już prawie połowa. PRZEOGROMNIE DZIĘKUJEMY WSZYSTKIM, którzy odpowiedzieli na nasz (mój) apel. Jesteście Wielcy!
Jeszcze tylko wizyta u genetyka po skierowanie i wysyłamy kaskę i krew. A potem.... wielkie czekanie.

Dziś dzień mglisty był i najogólniej niewyraźny mocno.  Również w naszych domowych nastrojach. I choć Ignaś płaczliwy był i markotny (bo chyba mu się nudziło przeokrutnie) to uderzyło mnie z całą siła, jak bardzo jest emocjonalny! Jak różne są jego grymasy twarzy na smutek, na żal, na przykrość, na strach, na ból. Nie potrzeba ani jednego słowa, żeby go w takim stanie zrozumieć. I tylko gryzie mnie przeokrutnie boleśnie po kostkach...... brzdąc jeden. I ma z tego niezłą frajdę:)- w przeciwieństwie do mnie....

Ach. I byłabym zapomniała.... Ostatnio przekopywałam się po stronach Polskiego Radia w poszukiwaniu czegoś... Oczywiście, tego, czego szukałam, nie znalazłam:) Ale znalazłam co innego.....
Pomyślałam, że może inni Rodzice, zwłaszcza żyjący z autyzmem swych dzieci, mogą skorzystać jakoś z tego krótkiego artykułu... Jakoś niezręcznie mi myśleć, że badania były na myszach, ale może daje to jakąś nadzieję.....? Link do artykułu tutaj.
Pozdrawiam.

20 października 2012

Dla innych Rodziców:)

Urzekł mnie ten tekst.
To dla Was -  wszystkich podobnych do nas:)
Rodzicom zmagających się z lękiem i chorobą swojego dziecka.
I nie tylko:)


"Toż to zwykły lęk
Rudą warstwą wżera się
Korodujesz dzień za dniem
Uniwersum jest
Stąd do zawsze ciągnie się
Na Twój obraz podobieństwo Twe

Jesteś cenny tak jak ja
Jesteś piękna tak jak ja
Jestem dzielna tak jak Wy
Niebezpiecznie wręcz (...)"

HEY, "Do Rycerzy, do Szlachty, do Mieszczan"

Utworu można posłuchać tutaj bądź tutaj:)

Pozdrawiam letnio, leniwie, słonecznie i popołudniowo.

18 października 2012

Mam kłopot z tytułem.
Więc będzie bez.


Czwartek jak czwartek, jak poniedziałek, jak piątek, jak środa.... Nic szczególnego, prócz totalnych nowości, które wciąż i wciąż pojawiają się w naszym życiu. Za sprawą Ignasia oczywiście. To on otworzył mi drzwi do wszelakich gabinetów rehabilitacji, obznajomił z nowymi terminami specjalistycznymi, poszerzył wiedzę medyczną, zwrócił uwagę na fakt, że istnieje inna radość, niż radość płynąca z normalnego biegu spraw.  Radość z długo wyczekiwanego gestu, miesiącami oczekiwanego widoku dziecka stojącego na własnych nogach, wzruszenie z rozdziawionych do całusa usteczek, z wyciągniętej na do widzenia rączki.

Ile Ignaś rozumie z naszego życia? Z naszej normalności? Tak bacznie się jej przygląda, obserwuje. Ale ile rozumie? 
Rozmyślałam   nad tym dziś podczas jesiennego spaceru, szurając wzrokiem po dywanie z liści, opadłych zapewne na skutek pierwszych, niezauważonych przez nas przymrozków, lub czegoś na ich kształt, kompletnie kontrastujących z dwudziestostopniowym ciepłym powietrzem popołudnia w małym miasteczku.
Gdyby Ignaś nie spał, ale też gdyby nie stało się to co się stało, pchając wózek po wybojach ziemistej ścieżki, trelowałabym mu coś w rodzaju: "Zobacz Ignasiu, jakie piękne liście. Jesień do nas przyszła. Jesienią liście opadają z drzew, ale najpierw z zielonych przemieniają się w rude, pąsowe, żółte, brązowe..." itd, itp.
Ile z tego, że zmieniają się pory roku, rozumie przeciętny dwulatek? Czy to nie dopiero w grupie "Krasnali" czy "średniaczków" dzieciaki nieporadnie próbują wyliczać z pamięci "lato, zima, wiosna, jesień, zima"? A opanowanie umysłem wszystkich tych przemian, przeistoczeń, kolei rzeczy, zmienności spraw i leżących pod nimi procesów? Zajmuje kolejne dwa? trzy lata?
Więc co z tego Ignaś by zrozumiał?- gdyby oczywiście akurat smacznie nie kołysał się we śnie po wybojach? Przykryty po czubeczek nosa? Albo i wyżej?:)
Nie wiem... Wiem tylko, że od niedawna stara się naśladować kosi, kosi łapki (z zaciśniętymi piąstkami), dawać buziaka rozdziawiając usta od nosa po brodę, wyciągać rzeczoną rączkę w geście pożegnania i... uwaga!uwaga!.... wpychać rączkę do rękawka bluzy i kurteczki (o ile robi to intencjonalnie- bo na razie trudno mi to orzec z całą pewnością).

Tym niemniej dziś Ignaś STAŁ. Stał na własnych nóżkach, a matka walczyła obustronnie: ze wzruszeniem z jednej, a z pokusą pstryknięcia kolejnego zdjęcia z drugiej strony. Ale aparat fotograficzny totalnie go rozprasza podczas ćwiczeń. Jak tylko łypnie okiem na to ustrojstwo, natychmiast się dekoncentruje i zmienia swoje priorytety:) Z ćwiczenia nici.


















 








No i były BUTY.
Osławione na łamach niniejszego bloga jakiś miesiąc temu bez mała, w końcu doczekały się uwiecznienia na odpowiednim nośniku wspomnień. I oto są! Czyż nie jest to cudny widok? Jest! Uwierzcie! Jest!




Jest jeszcze jedna radość z dzisiaj. Ale czy ją opisywać?        ??             ??            ???






Podczas kąpieli (Ignaś zawsze kąpie się z "towarzystwem", czyli kimś, kto pełni rolę asekuracyjno- podtrzymującą w wannie), rozemocjonowany smyk, z uporem starający się złapać to, co zwykło przeciekać przez palce, zaczął klękać o własnych siłach, by dziubkiem zaczerpnąć trochę wody kapiącej cienką strużką z kranu. Zdjęcia nie będzie- wybaczycie, prawda:)?

I to jest ta radość sprowadzona w nasze życie przez tego małego bąka, którego nosiłam w brzuchu 9 miesięcy...

Dobranoc.

PS. To niebywałe: wy wchodzicie do nas na stronę, a ja w tym czasie spokojniutko uzupełniam sobie wpisik;) I jaki ruch się zrobił przemiły. Tylko może choćby jeden znak, że KTOŚ czyta...
i klika, oczywiście;) Ściskam wieczornie wszystkich Czytających;)











17 października 2012

Hip, hip....

Rozpoczęliśmy hipoterapię.

Pogoda przepiękna, złota, słoneczna. Ośrodek skromniutki, niecałe 20 km od naszego domu, ale aż pachnie fachowością. Przy badaniu Ignasia Panie rzucały takimi hasłami, że miałam wrażenie, iż mówią po chińsku:) No, nie do końca, trochę rozumiałam;)

Ignaś poradził sobie wspaniale. WSPANIALE! Co nie znaczy, że nie obyło się bez płaczu i lamentu pod tytułem "ja chcę do Mamy!!!!", Ale ogólnie było ok. Nie musi być upinany w żadne kombinezony, sam świetnie sobie fizycznie daje radę, co oczywiście mnie cieszy. Zawsze dobrze słyszeć takie słowa:)

Niestety konika nie dotknął:( To dla niego zbyt wiele. Na razie. Ale fakt, że prowadziła go znajoma Pani chyba sporo zdziałał, bo łkanie było przetykane chwilami ciszy (musiałam wyjść z hali, bo nie dałoby rady utrzymać go na grzbiecie konia... podsłuchiwałam przez drzwi.

No i tak ogólnie, pierwsze lody przełamane. Zobaczymy jak pójdzie później.


Mamy też już opinię/orzeczenie o wspomaganiu rozwoju (nareszcie- czekaliśmy na nią ponad dwa miesiące, niestety). W wolnej chwili zeskanuję, wkleję, pochwalę się Wam nią....
A teraz zmykam .....

Klikajcie proszę, jeszcze trochę- do 15 grudnia;)! Thanks.

14 października 2012

Czekoladowy Joe

Na niedzielę to smutów nie ma co uprawiać. Więc antydepresyjnie (bo jesień też wyzwala takie minorowe nastroje w niejednym z nas) zamieszczam fotkę naszego czekoladowego Ignasia.
Zrobić mu ostatnio zdjęcie graniczy z cudem. Ignaś jest tak zainteresowany wszelkimi osiągnięciami współczesnej techniki, że natychmiast domaga się "zetknięcia" z rzeczonym urządzeniem i po "efekcie zdjęciowym" ślad nie zostaje. Zadziwiające to skądinąd. A siła jego ciekawości jest tak wielka, że wczoraj telefon mamy o mało nie skonał na skutek oślinienia/zagryzienia i lądowania na twardej posadzce w przerwach w degustacji.
 Na szczęście sam się cudem reanimował i nauczył Matkę tego i owego:)

Ignaś dziś jest "jedynakiem z odzysku", gdyż pewna nasza Cudowna Ciocia (o której tu już nie raz było pisane) sprezentowała nam wieczór i większość niedzieli bez naszych dwóch Starszych Synów, zapraszając ich na nocleg weekendowy do siebie i Jej Synów. I tak oto, wszyscy szczęśliwi upajają się odskocznią od rutyny w życiu naszym wszechobecnej.

A Ignaś tym samym zyskał rodziców na wyłączność - co się wcale tak często nie dzieje w jego życiu, (pomijając okres szpitalny) przynajmniej na tę krótką chwilę. Dziękujemy Ci, Ciociu Olu! Jak to można pomagać na wszelakie sposoby(?!?!), wcale takiej wielgachnej intencji nie mając pierwotnie, i pomoc jest niejako "skutkiem ubocznym":) Piękne, zaiste.

A skąd czekoladowy nasz Joe się zrobił? Ano, czas jakiś temu postanowiłam w ramach akcji domowego SI zaopatrzyć się w kilka pudełeczek aptecznych, napełnić je różnymi aromatycznymi substancjami z gospodarstwa domowego i wzorem Pani Moniki od Logopedii stymulować Ignasia powonienie i ciekawość świata. I tak włąśnie Iggi dorwał dziś jedno z pudełeczek, z najpierw stopioną, a następnie zastygłą czekoladą i co było dalej- domyśleć się można bez trudu.

Jestem ogólnie zachwycona jego ostatnio coraz większą sprawnością, przejawiającą się w rosnącym repertuarze wykonywanych przez niego ruchów i przyjmowanych pozycji ciała (sama niektórych bym po prostu nie wykonała!). Wczoraj Ignaś, siedząc samodzielnie na rodziców łóżku- wiadomo obszernym- samodzielnie przeszedł bezpiecznie, książkowo, cudownie, niesłychanie z siadu do leżenia na brzuchu! Zachwycające to było. Wierzycie?!

No to miłej niedzieli wam życzę i o klikanie nadal sumienne proszę (do 15 grudnia nieustannie! z wszelkich dostępnych urządzeń, posiadających niezależne IP!). Dla ułatwienia banerek poniżej;)



Ranking blogów kampanii społecznej Na jednym wózku
 Dziękuję niedzielnie, bezbrzeżnie;)..... Klik!

12 października 2012

Wątpliwości cała garść...

Wiecie, jak trudno napisać apel o pomoc? A jak trudno go potem gdzieś wysłać?

Zielonego dotąd pojęcia o tym nie miałam.

I pewnie nie wpadłabym na to sama.

Chociaż - przy zakładaniu konta w Fundacji mówiono mi, żeby tak robić. Zapomniałam o tym na rok. Wyparłam. Za trudne to było. I nadal proste nie jest. Coś na granicy wstydu? skrępowania? upokorzenia? Okropne.

Jedynie myśl, że to dla Ignasia. Że mu potrzebna rehabilitacja i nie wiadomo jak długo jeszcze będzie musiał ćwiczyć (3,5,10 lat?)...Ale też, że daje efekty... Że  jest coraz silniejszy, coraz więcej potrafi, chce, może.

A wiecie, co jest jeszcze trudniejsze? Gdy inni tego nie rozumieją, albo- rozumieją na opak... To boli chyba bardziej, niż nasza szara pracowita codzienność, tony spraw do załatwienia, telefonów do wykonania, spraw do ogarnięcia, krzyków, płaczów, marudzeń, buntów przy ćwiczeniach... Boli bardziej, niż widok sprawnych dwulatków, biegających po placu zabaw, budujących babki z piasku i krzyczących na całe gardło: "mamaaaaaaa".

Najśmieszniejsze jest to, że sama odpowiadam czasem na apele. Regularnie wspieram Arkę, bo to dobra inicjatywa - zajrzyjcie, jeśli chcecie; nigdy nie zapomniałam o 1% podatku.... A teraz... Wsłuchuję się w siebie i za każdym razem zadaję pytanie: czy to ok? czy powinnam? czy chcę? czy już teraz? czy zaczekać?...

Na szczęście wiem, że jest taka grupa ludzi- wcale niemała, która na "tym samym wózku" jadąc, rozumie mnie i moje dylematy. Że oni nie ocenią negatywnie, nie zarzucą manipulacji, oszustwa. Już nie- bo znają TĄ rzeczywistość.

Ignaś dziś miał humory. Logopeda i rehabilitacja, to trochę wysiłku na jeden dzień. I chyba nie chciało mu się już, pod koniec tygodnia, pracować. Więc marudził, dopominał się uwagi, chciał "wiać do mamy". Ale cieszy, że coraz silniejszy jest. O "prawidłowości wzorców ruchowych" możemy sobie pomarzyć, ale potrafi z leżenia na brzuchu przekręcić się na bok i podeprzeć na przedramieniu, rozglądając dookoła. Może niebawem zacznie tak siadać? Jak tylko wzmocnią mu się rączki? Z siadu tak pokracznie, że krew w żyłach zastyga, przenosi się do pełzania. Już pokonał lęk, ale nie pokonał swojego ciała. Jak człowiek patrzy na to, co on wyprawia, to boi się, że zaraz zwichnie staw biodrowy albo rozbije sobie nos. Ale on z zapałem nie daje się ograniczeniom i dąży do swoich celów. Może powinnam brać z niego przykład?

Znacie kogoś, kto potrzebuje kojec dla dziecka? Mamy na zbyciu.... Ignaś i tak woli podłogę:)


KLIK? KLIK:)

11 października 2012

Wizyta u ortopedy przebiegła nadzwyczaj i niespodziewanie. Sprawnie, rzeczowo i uprzejmie.
Nic z moich przewidywań i kolejce na poczekalni się nie sprawdziło. Ot, przyszliśmy i weszliśmy:)
Otrzymałam zaświadczenie o braku przeciwwskazań do hipoterapii Ignasia, ale z maksymalną ochroną kręgosłupa. Tak więc pierwsze "koniki" już umówione na przyszłą środę. Zobaczymy jak będzie.

Poza tym dzięki uprzejmości i życzliwości Mamy Franka, dowiedziałam się, że mamy możliwość przeprowadzić badanie z mikromacierzą taniej, niż wcześniej myśłałam/pisałam. Dzwoniłam do Instytutu Matki i Dziecka i dowiedziałam się, że badanie takie w wariancie komercyjnym, tzn. bez refundacji, kosztuje u nich 1600,00 zł (a nie 2.200,00 np). Pani powiedziała, że aby dostać skierowanie (co jednak jest możliwe! o czym nie powiedział nam nasz genetyk...), trzeba znaleźć szpital, który ma z nimi podpisaną umowę na takie badania- ale tych jest niewiele, albo być pod opieką IMiDowej Poradni genetycznej w Warszawie, Co dla nas oznacza rozpoczęcie nowej procedury, wyjazdy do stolicy i brak gwarancji, że po jednej wizycie zostaniem zakwalifikowani do takich badań. Z Wrocławia w każdym razie Pani, która wykonuje w/w badania nigdy nie spotkała się z refundacją- tyle mi powiedziała... Dlaczego? Dlaczego NFZ nie refunduje Dolnoślązakom takich badań? A inne oddziały NFZ-refundują????
Zatem przygotowanie do mikromacierzy w toku, będę jeszcze dzwonić po szpitalach i pytać o umowę z IMid'em. Zadzwonię też do poradni w IMiDzie i może spytam lekarki, czy uhonorowałaby dotychczasową ścieżkę diagnostyczną, żeby nie zaczynać wszystkiego od początku?
Bo jeśli mamy jeździć tak na 3 kolejne wizyty, żeby w końcu otrzymać (albo nie?- to wg uznania lekarza) skierowanie, to już lepiej zrobić to badanie komercyjnie- na jedno wyjdzie, a zaoszczędzi czasu...


Klikacie może? Dziękuję:)

09 października 2012

Mamy termin!

Hura! Już niedługo uda nam się przeprowadzić kontrolne badanie MRI głowy- mamy wreszcie wyznaczony termin badania na 29 października br. Sprawa była o tyle trudna, że zależało nam na ambulatoryjnym przeprowadzeniu akcji, a nie na hospitalizacji. Zawsze to trochę mniej stresu związanego z obcym miejscem, obchodami, no i ogólnie- atmosferą szpitalną.
Teraz tylko musimy dmuchać i chuchać na Ignasia, żeby się nie zaziębił do tego czasu, bo wówczas z badania będą nici.

A sam Ignaś zmienił swoje upodobania ostatnio bardzo wyraziście, co w pierwszym momencie mnie zaskoczyło i zupełnie na to nie wpadłam, ale metodą prób i błędów odgadłam, co stara mi się przekazać tym protestem i płaczem. Rzecz się tyczy zasypiania, które dotąd regularnie i rytualnie odbywało się w jego łóżeczku przy dźwiękach kołysanek bądź Mozarta (poważnie, nie czaruję- ponoć ma dobry wpływ na psychikę i sferę poznawczą, więc skoro posiadamy w swojej płytotece, a on to toleruje- czemu nie?:), sam w pokoju będąc, czasem tylko popijając sowicie przed samym zaśnięciem.
Natomiast od kilku dni- powtarzalnie- na próbę położenia go spać zgodnie z powyższym schematem, Ignaś buntuje się, płacze i za nic nie chce zasnąć bez obecności mamy bądź taty i to najlepiej na naszym łóżku! Jedynie Mozart i kołysanki pozostały niezmienne. Tym samym upodobnił się toczka w toczkę do swych starszych braci sprzed ładnych kilku i kilkunastu lat!
A tu Ignaś ze swoją najlepszą zabawką na świecie! Co chłop to chłop:)

W repertuarze Ignasia pojawiły się również nowe zabawy, które wychodzą mu coraz zgrabniej i które trenuje z niekłamanym entuzjazmem (w chwilach, kiedy akurat się nie nudzi). Należą do nich: "śpiewanie na zawołanie"- dość oględnie nazwane śpiewem odgłosy wydawane przez niego, którym musi towarzyszyć jakieś podrygiwanie mamy bądź taty, przypominające taniec- wówczas zabawa jest najlepsza!

Ponad to- "kosi kosi łapki"- wprawdzie na zaciśniętych piąstkach, ale już trafiając dłonią w dłoń!

oraz banalnie- rzucanie piłeczką do starszego brata, który akurat ma ochotę poświęcić Ignackowi trochę swojego cennego czasu:) I wygląda to na próby prawdziwego łapania piłeczki i  odrzucania jej w kierunku towarzysza tej zabawy.

Czekamy na więcej. A teraz- fiuuuu, do ortopedy!
I poproszę o klik, klik:)

08 października 2012

Plany, plany....

Ignaś właśnie wypoczęty i rześki, obudził się na przedpołudniową rehabilitację, która dziś wyjątkowo o 11:30 a nie o 18:30. Może lepiej będzie mu ją znieść?

A ja już planuję kolejne miesiące pod znakiem turnusów (podniesiona na duchu opowieścią Mamy Dzielnego Franka, który chyba podobnie jak Ignaś zmaga się z opóźnieniem rozwoju i robi piękne postępy).

I tak- w listopadzie zaklepałam już turnus w Instytucie terapii Dr. S. Masgutowej. Będziemy jeździć codziennie przez 5 dni do Wrocławia (na szczęście blisko i można codziennie wrócić do domu).

W maju mamy rezerwację turnusu w znanych już nam 3 Koronach.

Zastanawiam się czy nie poszukać jeszcze czegoś w międzyczasie, bo może faktycznie trzeba chwytać każdą okazję przed 3 rokiem życia Ignasia?

Muszę też popytać inne mamy, jakie są możliwości odbycia turnusów refundowanych przez NFZ. Może o nich po prostu nie wiem.....

Jutro wyjeżdżamy do ortopedy po pozwolenie na hipoterapię!

Oj, dzieje się i będzie się działo! Oj.

07 października 2012

Tęczowy atak

Jako dziecko wierzyłam głęboko, że zobaczyć tęczę to przynosi szczęście. I każdorazowo było to głębokie przeżycie i nieopisana radość. Tęcza zwykle pojawiała się- jak to ona- po deszczu i najlepiej widać ją było z okna balkonowego w naszym mieszkaniu na jednym z miejskich blokowisk (wtedy jeszcze to określenie nie osadziło się na stałe w naszym języku i nie miało takiego negatywnego wydźwięku)...

Dziś, w niedzielne chłodne popołudnie wybraliśmy się rodzinnie na spacer (odkleić dzieci od kompa to sztuka, zwłaszcza gdy na dworze 10 st.C). A Ignasia chyba coś bierze, bo na różne sposoby jego organizm daje znać, że niedomaga biedaczek, ale gorączki nie ma, z nosa nie kapie, kaszel nie dusi (ot, pojawia się sporadycznie), więc nie ma co siedzieć w domu. Kto wie, kiedy spadnie pierwszy śnieg?;) brrr...

No i spójrzcie, cośmy ujrzeli- bez deszczu wprawdzie, ale za sprawą burzowych chmur, które bawiły się z nami w ganianego:)

Ignac opatulony, nic a nic nie rozumiał- czym my się zachwycamy, bo podejrzewam, że tak daleko nie potrafi ufiksować wzroku. Ale był radosny i zadowolony i bez tego i nawet nie poddał się napierającej na niego senności około godziny 18:00 i zuch wytrzymał dziś na jednej drzemce i właśnie smacznie chrapie.

 Poza tym wczoraj- w ramach odstresowywania się od codzienności, należącego się również Całej Rodzinie trafiliśmy- na specjalne życzenie chłopców, do Czajowni we Wrocławiu. Znacie? Warto poznać. Herbatki w różnych odsłonach, niepowtarzalny klimat, baldachimy, relaksująca muzyka i ten nastrój wyciszenia, który w zderzeniu z miastem... Jakby się wychodziło z jakiejś bajki:) Chłopcy uwielbiają Czajownię- samą mnie to dziwi, bo równie mocno uwielbiają McDonalda:) więc czemu by nie zarazić Ignasia naszymi rodzinnymi kręćkami? Jemu też się podobało, zwłaszcza, że pod baldachimem można się turlać, czołgać i siedzieć pupą na podłodze. I herbatka mu smakowała... - dla dzieci polecam Wspomnienie z Bombaju "z miodkiem i mleczkiem, Mamo". Dla dorosłych- spokój.

A jutro? 11:30 rehabilitacja i znów w koło Macieju praca, praca, praca. Rozważam także odstawienie Sabrilu i właśnie z tego powodu czekają nas dwie konsultacje neurologiczne - jedna aż w Głogowie, gdzie dostaliśmy namiar na "poleconą i sprawdzoną Panią neurolog", głównie po to, by zweryfikować przypadek Ignasia. A czemu odstawienie? Bo się dowiedziałam ostatnio, że Sabril uszkadza nerw wzrokowy! Podajesz dziecku lek, a wychodzi z tego trucizna... Mieliśmy mu dawać tę Cerebrolizynę, ale nie dajemy, bo lekarz się wstrzymał z decyzją, za to podajemy Sabril przy dwóch prawidłowych zapisach EEG. Oszaleć można, prawda? Więc nie dziwota, że ludzie błąkają się po lekarzach jak szaleni....

Ranking blogów kampanii społecznej Na jednym wózku