Fałszywy doradca?

Zanim do meritum, trochę pobłądzę po czasie już przeszłym, choć wcale nie tak odległym....
Jeszcze niespełna 4 dni temu spacerowaliśmy po drobnym, nadmorskim piasku... O tak:

 Potem żmudna podróż zwieńczona została przecudnym widokiem szczęścia i wybuchu radości Ignasia, gdy przekroczyliśmy próg domu. Iggi wydawał się być upojony szczęściem, natychmiast przewrócił się na brzuch, dźwignął wysooooko głowę, i po raz pierwszy w swoim życiu ŚWIADOMIE cieszył się z powrotu do domu! Wiele już razy wracaliśmy z różnych eskapad, wyjazdów, nieobecności w domu poszpitalnych. Ale nigdy dotąd, ani razu, ani ciut ciut nie pokazał tak wyraziście i bezpretensjonalnie swoich emocji związanych z tym wydarzeniem. To był CUDOWNY widok.

Ogólnie Ignacy zachwyca. Mnie i najbliższych. Nieprzerwanie. Swoją wolą życia i niespożytą (jak na niego) energią. Sprawdzają się słowa rehabilitantów, że niebawem jego ulubioną pozycją spędzania czasu będzie brzuszek i głowa wystawiona jak peryskop:) lustrująca otoczenie, wrażliwa na każdą melodię, szept niemal, warkot czy głosy, które rozpoznaje. Nie pamiętam już prawie, jak długo o tym marzyłam, żeby zobaczyć go tak zaabsorbowanego życiem... Ale się doczekałam:) Doczekaliśmy:) Wszyscy:)

Po powrocie szybko wskoczyliśmy w utarte ścieżki codzienności i już wczoraj "zaliczyliśmy" wizytę u neurologa. Kontrolną. Pan doktor WIDZI postęp! Wynik EEG nie wskazuje na nieprawidłowości! Możemy rozważać farmakologiczne wspomaganie mózgu (przez zastrzyki o złowrogiej nieco nazwie, jak na mój gust: Cerebryzyna (?)- chyba, bo cytuję z pamięci). Zastanawiamy się, bo to jednak dla Ignasia ból i stres... Ale ponoć nie mogą zaszkodzić. Czy jednak pomogą? Irytuje mnie taka niepewność, metody prób i błędów na takim kruchym, wrażliwym organizmie. Decyzje nie są łatwe, bo skazują nie mnie, ale jego na ewentualne cierpienie.... Więc myślimy, ja myślę na razie, ale niezbyt intensywnie, niespiesznie, bez zadyszki:) Bo Tata (o nim tu jeszcze nie wspominałam chyba wyraziście) ....... w Afryce:)
Mam nadzieję, że u Niego wszystko w porządku i że niebawem się do nas odezwie:)...

Za to u nas w sukurs Babcia H:) Pomaga ogarnąć rzeczywistość wcale nie prostą i banalną. Bo to: z jednym basen, z drugim rehabilitacja, z trzecim jutro koncert, do tego jeszcze to tu to tam kawałki pracy zawodowej (chwała jej za to, że taka elastyczna:) i że ogólnie jest:)), co rusz jakieś zakupy, prezent na urodziny kolegi trzeba kupić, zawieźć na tenisa, przywieźć skądinąd, odebrać ze szkoły. Dobrze, że Pani Wychowawczyni  jest taka wyrozumiała i serdeczna, że po pierwsze uwierzyła w to, że "tata wyjeżdża do Afryki" i po drugie zaproponowała telefon zamiast obecności na zebraniu, które akurat w czasie basenu wypadło:) Bardzo serdecznie dziękuję i pozdrawiam Panią:)

A dzisiaj... No właśnie... dzisiaj (jakie śmieszne słowo-zobaczcie sami:)). Pierwsza rehabilitacja od dwóch tygodni. Zgroza. Dramat. Już samo położenie Ignasia na materacu sprawiło, że spiął go lęk a do oczu napłynęły łzy. PRAWDZIWE. Potem było już tylko gorzej. Iggi nawet nie dał się dotknąć Pani Rehabilitantce. Od razu płakał, żalił się, oznajmiał całemu światu, że to gwałt na jego psychice, poczuciu komfortu i bezpieczeństwa. Za nic w świecie nie chciał być dotykany w najmniejszym skrawku ciała przez obce ręce! Nie było na niego sposobu, choć sposobów wykorzystała Pani całe mnóstwo. Nic. Katastrofa.
I znów stanęłam przed dylematem (na szczęście nie ja sama, bo Ta* Pani od Rehabilitacji również je artykułowała), czy zmuszać i kochać, czy kochać i ochraniać?  W tym dylemacie najgorszy jest LĘK. To on mnie paraliżuje, kręci mną, odbiera pewność i mnoży wątpliwości. No bo jak tu go nie rehabilitować? Ignasia? Chłopczyka, który w wieku 17 miesięcy dopiero przewraca się na brzuszek i podnosi główkę w podporze? Który samodzielnie nie siedzi, nie siada (ale już się wyrywa z fotelika, napina ramionka i próbuje siłą mięśni brzucha wyciągnąć ciało z oparcie i złapać nogi!!!!! Tydzień temu tego nie było!:)), nie chodzi, nie biega i właśnie odkrył urok nowego dźwięku "buuuuu"? BARDZO TRUDNA SPRAWA. Z każdej strony na to patrząc. Niby nie powinnam mieć ŻADNYCH wątpliwości, ale.... Właśnie Ale. Bo przy KAŻDEJ przerwie w rehabilitacji (choćby tygodniowej) Ignacy robi jak na niego geometryczny postęp. Jakby cała siła z jedzenia przerabiana była na rozwój. Więc to dopiero jest dylemat. Lęk versus intuicja? szalony pomysł nieodpowiedzialnej, naiwnej, tkliwej matki?! Jak tu się ustrzec przed poczuciem winy? Nijak. Nie da się. Bo przyczajone jest ewentualnie wszędzie.
Ale chyba zaryzykuję. Tak cichutko się na razie do tego przyznam, że zamierzam zaeksperymentować i zrobić Mu urlop (czyt. krótką przerwę w żmudnej walce o pełną sprawność). A niech tam. Najwyżej stracimy miesiąc życia. Trudno. Ale będę wiedziała.
Jak do tej pory wiem na pewno jedno- decyzje dyktowane lękiem okazywały się po prostu złe. Ale ile odwagi trzeba, żeby GO nie słuchać?!

Pozdrawiam....
 Na osłodę Ignaś raz jeszcze...
 i jeszcze.....
Yo, Brothers!



*"TA Pani od rehabilitacji" oznacza moją do niej wielką sympatię i wdzięczność za wcześniejsze wsparcie i podsunięte rozwiązania:) Dziękuję....



Komentarze

Inni czytali też:

Ta cała "zabawa" w emocje...

Niczego nie żałuję?

List do Terapeuty

JUŻ JEST! - Sala Doświadczania Świata

Maria i Biedronka- czyli doczytajcie do końca!