31 maja 2012

Papierologia...

...i bieganie po urzędach czeka mnie w czerwcu w sprawie Ignasia. Każdy rodzic niepełnosprawnego dziecka wie, jak wiele papierkowej roboty przybywa mu, by zaopatrzyć dziecko w niezbędne dokumenty, uprawnienia, wspomaganie rozwoju. Obok wszelakich poradni medycznych dochodzi PCPR z orzeczeniem o niepełnosprawności, PPP (poradnia psych-ped) z orzeczeniem o wspomaganiu rozwoju, a do obu tych placówek dodatkowe zaświadczenia lekarskie, dokumenty, wnioski, prośby. Jeśli ktoś korzysta z np. zasiłku pielęgnacyjnego (bo dlaczegoby nie korzystać, zawsze to starczy na 3 paki pampersów w miesiącu), musi pójść do odpowiedniej placówki, złożyć wniosek (kolejny papier:)) itd, itd.

Mały włoski akcencik sakralno- wenecki:)
U nas ta procedura zaczęła się rok temu i teraz trzeba to wszystko uaktualnić, więc ponownie składamy wniosek na komisję, jedną, drugą, potem czekamy na termin, który czasem przewraca nasze plany do góry nogami:) a następnie musimy oboje z Ignacym stawić się na takiej komisji i prezentować, opowiadać, ewentualnie prosić ( w tym roku chcę uzyskać naklejkę na samochód dla osób niepełnosprawnych- nie zadbałam o to w zeszłym roku, bo nie wiedziałam, że mogę, nikt nie podpowiedział, a nosić go muszę na każde zajęcia, więc postanowiłam skorzystać z tego udogodnienia. Czy je otrzymam???).

Nie przepadam za tym, jak łatwo się domyślić, bo to dodatkowe obowiązki, terminy, czas. Ale przejść przez to muszę. Choćby dla Ignasiowych zajęć logopedycznych.

A propos zajęć logopedycznych. Koniec urlopu wypoczynkowego. Wracamy z Igim w harmonogram ćwiczeń. Nie tak napięty, jak poprzednio, ale jednak wracamy. Z trochę inną filozofią, teraz dobieramy uważniej rehabilitantów i osoby, z którymi Igi ma pracować, bo same uprawnienia nie zawsze wystarczą dla dobrej współpracy. A bez niej nic się nie dokona. Tak więc moje kolejne zmagania, żeby wszystko dograć, pogodzić, wyważyć, ułożyć czasowo chyba też zakończyły się sukcesem. I tak, jeśli znów coś nie rypnie, to nasz plan będzie wyglądał następująco (do wakacji, bo one też wszystko pewnie znów postawią na głowie):
- poniedziałek - rehabilitacja w domu (cudne, cudne, cudne!)
- czwartek- rehabilitacja we Wrocławiu (też super, bo z ulubioną Panią)
- piątek- logopeda (na miejscu, też z przemiłą, wrażliwą i dobrze przygotowaną Panią:)).
 Gdzieś między tym, jak się uda, nie będzie kaszlu, kataru- basen, ale trudno tu mówić o regularności.
I tak jest świetnie. Nie za dużo, nie za mało, lecz w sam raz;)
Pa.

29 maja 2012

Normalność...???

Co to dla nas teraz znaczy? Czy zdołaliśmy przedefiniować to określenie po narodzinach Ignasia? Czy tęsknimy za nią, kompletnie nie akceptując aktualnego stanu rzeczywistości?

Chyba jednak mamy z tym wciąż problem. Nie łatwo przestawić się ze zdrowej rodziny, na chorą. A niestety kłopoty Ignasia przekładają się w różnym stopniu na nas wszystkich, tylko na każdego inaczej. To tak, jak chmura, zasłaniająca słońce. Na nikogo nie świeci ono już bezpośrednio.

Tym niemniej staramy się powrócić do aktywności sprzed 2011r. Choćby w stanie szczątkowym, ale jednak. I tak, przymierzamy się właśnie do kupna fotelika rowerowego dla Ignasia. Oczywiście nie ominie nas konsultacja z rehabilitantami, ale nie chcemy rezygnować z rodzinnych wypraw, zwłaszcza, że Igi jest w dość dobrej kondycji. Ma to być fotelik typu "full-wypas", czyli z rozchylanym oparciem i ogranicznikami na główkę. O kasku nie może być mowy (bo by go chyba nie utrzymał:)), ale może uda nam się wspólnie trochę pojeździć w pozycji półleżącej? Zwłaszcza, że chłopcy już tęsknią za rodzinnymi rowerowymi wyprawami w nieznane. Mówili o tym ostatnio....

Rozważaliśmy też przyczepkę, ale ona jest szeroka i nie wszędzie wjedzie, a poza tym wydaje mi się, że bardziej w niej rzuca dzieckiem i nie ma opcji "leżanki". Wiem, że nie dla nas już 40 km dystansy, ale nawet przy 5 km Igi musi mieć wygodnie.

Zakup planujemy w czerwcu, który ogólnie obfity w okazje prezentowe jest w naszej rodzinie. Dzień Dziecka, o którym wszyscy wiedzą, już wkrótce (Igi dostanie dwie drewniane układanki- wyciągaczki, żeby ćwiczyć paluszki:)). Do tego dochodzą 3-krotne urodziny, z czego 2/3 to chłopcy:) Więc wydatków i powodów do radości sporo....

Niełatwo jest, oj, niełatwo. Ale Ignac naprawdę podciąga dupkę do góry leżąc na brzuchu (widziałam to dziś wyraźnie i omal się nie popłakałam ze wzruszenia). Mimo to pobiadolić czasem trzeba, żeby zrzucić balast:)

Miłego dnia.


28 maja 2012

Pierwsza wizyta domowa

Bogaty we wrażenia był dzisiejszy dzień. Najpierw przyodziałam Ignacego w Theratogs. Lament był i niezadowolenie, że ho,ho. Ale wytrzymał 1,5 godziny, a potem kategorycznie domagał się zdjęcia z siebie tego ogranicznika:)

Później pojechaliśmy na wizytę do Pana Doktora Neurologa, z którym rozmawialiśmy o wprowadzeniu leczenia Cerebrolizyną. Okazało się, że najpierw powinniśmy osłonowo-przeciwpadaczkowo zacząć podawać Igiemu w minimalnych dawkach Sabril (zamiast Depakine, która działa na wątrobę). Ponoć nie powinno dawać to żadnych ubocznych skutków, a raczej pomóc Ignasiowi. Ale na pytanie, jak pomóc? Pan doktor nie potrafił określić precyzyjnie. "Ogólnie na rozwój". Ponieważ jednak ufamy, będziemy podawać, i bacznie obserwować. Około początków lipca powinniśmy zacząć kurację właściwą, ale oczywiście nie opuszczają mnie wątpliwości, zwłaszcza, że będzie mieć postać zastrzyków...
Inną kwestią jest poziom witaminy B12, której nikt nie zalecił Ignasiowi, a która przecież wpływa na mielinizację. Jak to jest, że lekarz sam z siebie nie zaproponuje przeprowadzenia takich badań i kuracji, tylko rodzice muszą sami dopytywać, prosić, sugerować? Chyba coś jest postawione na głowie w tej sprawie. Wiadomo, że dziecko ma problemy z mielinizacją, wiadomo, co wspomaga te procesy, ale nikt nie proponuje leczenia, wspomagania, pomocy "od wewnątrz". Strasznie to męczące i wyczerpujące, uwierzcie. I nie nastawia optymistycznie, ani nie buduje zaufania.
Dostaliśmy też skierowanie na badanie EEG (powtórne)- mamy termin na sierpień, oraz skierowanie na ambulatoryjny rezonans (będę dopiero się umawiać, ale też nie prędzej niż na sierpień, wrzesień).
Ignasiowa "żaba" nie przestraszyła Pana doktora. Wprawdzie jest to etap u dzieci 3-miesięcznych (!), ale jeśli próbuje się zbierać do podporu, to ok.

No i najważniejsze z dzisiejszego dnia. Odbyła się pierwsza wizyta domowa Pani Nowej Rehabilitantki. Ma na imię Agnieszka, jest bardzo młoda, ale w pierwszych minutach rozmowy i jej pracy można rozpoznać, że zna się na rzeczy. Chyba naprawdę spotkaliśmy Kogoś Właściwego. Ignaś nawet pozwolił sobą popracować. Pani była bardzo delikatna, uważna, dokładna i nie zniechęcała się protestami (niezbyt mocnymi na szczęście). Dała wskazówki do codziennej pielęgnacji, powyjaśniała dużo spraw i zadeklarowała, że podejmie się pracy z Ignacym. Baaaardzo nas to cieszy. To zupełnie inny rodzaj rehabilitacji, jeśli odbywa się w domu. Ogromny komfort, spokój, bezpieczeństwo. Rewelacja.

Dopada nas zmęczenie materiału.







Euforia powyjazdowa ostygła. Pozostała tylko nostalgia i tęsknota za tymi cudownymi chwilami, które niestety już za nami...

 Na osłodę kilka włoskich detali (powyżej)... I Ignacy "po włosku". Dobrej nocy.

25 maja 2012

Vitaminka

Mamy wynik poziomu aktywnej witaminy D3 u Ignasia. Faktycznie jest poniżej normy (wynik- 17,4 ng/ml, norma 20-60). . Domyślam się, że będzie suplementacja i zalecenie jak największej ilości spacerów.

No i znalazłaby się przyczyna słabszych kości...

Ignaś zaciekle ćwiczy wygibasy podczas harców i zabaw w domu. Od wczoraj, zgodnie z zaleceniami, ćwiczy też chwyt paluszkami i wybiera smaczne kąski z miseczki. Wczoraj gotowana marchewka. Dziś truskawki:) Mniam. Większość wciąż ląduje na podłodze lub w głębi fotelika, ale "nie od razu Kraków zbudowano".
A w ramach poznawania świata rankiem mieliśmy pierwszy regularny seans teletubisiowy. To wciąż za wiele dla koncentracji Igiego, ale przecież od czegoś trzeba zacząć. Tata ściągnął na IPhona kołysankę o sówce i gwiazdce i zachwyt Ignasia nie ma granic:) Aż miło na to patrzeć...

PS. A pisałam, że we Włoszech przeżyliśmy prawdziwe trzęsienie ziemi, które (mimo, że epicentrum było około 100 km dalej) zdołało nas wybudzić w nocy i trochę zdezorientować....? Nie? No, to piszę:)

24 maja 2012

Wspomnienia

Muszę je uwolnić, bo zalegają we mnie i nie mogę przestać o tym myśleć:) Ale niech zrobią to za mnie obrazy:)
Padwa- Bazylika Świętego Antoniego. Od tego zaczął się nasz zachwyt, a potem doszło wzruszenie. Przy grobie nie sposób oprzeć się pokusie, by o Coś nie poprosić. Wiadomo, o co, bo i o cóżby innego...

Przed Bazyliką:)

Ignaś usnął z pomocą Taty na jednym z wewnętrznych dziedzińców "przybazylicznych" (jak to miło, że można tworzyć słowa-dziwaki).

Ale bez pomocy prawdopodobnie by się to nie udało, bo natłok wrażeń nie pozwalał się mu samodzielnie wyciszyć...

Potem ruszyliśmy na spacer, gdzie nas stopy i oczy poniosą. Takie zwiedzanie uwielbiamy najbardziej (żadne wycieczki zorganizowane, z przewodnikiem. Zachwyt pojawia się tylko tak, gdzie naprawdę coś nas porusza:)). Po drodze wyłuskiwaliśmy różne widoczki i zakątki, które nas urzekały.













Przez zupełny przypadek (o ile takie istnieją:)) trafiliśmy na przygotowania do rajdu wyjątkowych samochodów. Tata oszalał z radości, napstrykał stos fotek, ale  mnie wystarczy ta jedna:)





Poziom hałasu naturalnie się podniósł i Igi postanowił się obudzić w samym sercu pięknego placu. Zrobiliśmy więc pauzę w sercu miasta...







Były też padwańskie sukiennice z takimi rarytaskami:) To tam natknęliśmy się na Parmezan...











Osobiście nie potrafię przestać podziwiać takich mariaży cegły i listowia:) I te wszechobecne okiennice...




Verona powitała nas równie obficie i hojnie:) Już w podziemnym garażu coś nas zatrzymało na chwilkę) Skromny duecik, o  którym Igi nie ma jeszcze bladego pojęcia, ale już się Tata o to postara, by w przyszłości miał:)
















Była też trudnym dniem, po ciszy padwańskiej, tu- rzeka turystów i jeden wielki pasaż handlowy. Być może to spowodowało rozdrażnienie Ignaca i moje... Ale trafialiśmy też w odleglejsze zakątki, gdzie ruch turystów już tak nie osaczał. Nie mogłabym skończyć tego posta, gdybym chciała zamieścić wszystkie zdjęcia.....

Trzeciego dnia po prostu musieliśmy zwolnić i do południa snuliśmy się po Noale, Igi w spokoju przespał się w wózku i wybudził się w znakomitym nastroju.....
Pierwszy raz (zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, jak sądzę) leżał na lufie:)



Jeśli będziecie na tyle cierpliwi, jeszcze kiedyś wrócę do relacji z naszych krótkich wakacji.

A dziś z teraz: na rehabilitacji Pani znów chwaliła Ignaca i podziwiała jego spontaniczne postępy. A należą do nich:
  • próby pełzania do tyłu- na razie jakby przypadkowe, ale powoli- musi odkryć świadomie tą możliwość i pewnie nabędzie wprawę;
  • próby obracania się za zabawką wokół własnej osi;
  • próby łapania dwoma rączkami butelki z piciem i samodzielnego picia (!).
Pozycja żabki niestety jej nie zachwyciła, ale popracujemy nad tym i będzie dobrze:)

Zeszła się już cała rodzinka i będziemy zasiadać do obiadu. Do usłyszenia.









22 maja 2012

Sensorycznie po Italii

Stymulacja sensoryczna to może zbyt awangardowe określenie dla naszej eskapady do Włoch z Ignacym.  Ale odmówić prawa nowym doświadczeniom nie można. Była włoska pizza, szynka, parmezan podgryzany w Padwie, pianka z włoskiej kawy (mleczna, oczywiście), słodkie rogaliki na colazzione , słoiczek dla dzieci z parmezanem i prosciutto:) (zapomnijmy o ziemniaczkach..... i kapustce...).
Sjesta na klombie:)
Było bosko! Ignaś spisał się wyśmienicie, nie licząc dwóch dni strajku od jedzenia. To znaczy jadł, i owszem, ale tylko to, co chciał (głównie nasze chrupki Sonko) i tyle ile chciał, czyli niewiele, co budziło we mnie zgrozę, panikę i najczarniejsze myśli z poczuciem winy odnośnie całego naszego wyjazdu ("gdzie z chorym dzieckiem takie wyprawy robić!?????") na czele. Pomogło mi to zepsuć sobie humor w Veronie na całe pół dnia i w Wenecji na kolejne pół (bo jeszcze do tego nie chciał tam spać, choć na nasze oko był umęczony i senny do granic możliwości). Widocznie chciał zwiedzać, albo było najzwyklej w świecie zbyt tłumnie i szumnie.

Resztę pobytu zniósł doskonale, miał swoje własne łóżeczko i wózek, lot samolotem przyjął lepiej niż mama:) i całe 75 minut bawił się znakomicie:) Nawet koczowanie na lotnisku w drodze powrotnej nie zepsuło mu nastroju, bo po prostu nie wiedział, o co chodzi i turlał się na kocyku w najlepsze przez całe 1,5 godziny oczekiwania na samolot.
Parmezan:)

Nie mogę otrząsnąć się z zachwytu po tej naszej wyprawie.... Po głowie wciąż kołaczą mi różne włoskie słowa i ogólnie wspomnienie tych 4 dni wprawia mnie niezmiennie w dobry nastrój. Ani raz nie zaliczyłam tam "zjazdu energetycznego" w południe, co u nas zdarza mi się notorycznie (po prostu nastaje taki moment, że kolokwialnie odpadam i choćby nie wiem co się działo muszę się zdrzemnąć i basta...). Jestem zauroczona, po prostu. Ignaś chyba też był szczęśliwy, bo tylko mama, tata i on, więc miał naszej uwagi całkiem sporo. Ćwiczył namiętnie "żabkę" i próbował się podciągać z plecków do góry, ale słabo mu to niestety wychodzi. Może to kwestia siły? Z nowych umiejętności Ignaca koniecznie należy wspomnieć o systematycznym treningu (przygotowania do udziału w mistrzostwach świata) plucia jedzeniem, gdy ma się go już dość. To nowa forma ekspresji frazy "nie chcę już! mam dość!".

Jeszcze tylko wkleję kilka fotek i w pośpiechu biegnę do obowiązków, które czekają, póki Igi śpi (co pewnie już niebawem się zmieni, bo śpi już 1,5 godziny).
Gdzieś w Padwie



15 maja 2012

Krótki pościk...

...bo jutro już czasu nie będzie na pisanie. Czeka nas bowiem czterodniowa wielka, tajemnicza i szalona (nawet jak na nas) wyprawa, o której na razie mówić nie chcę, żeby nie zapeszać:)


 Ale wracając do pościka-  chyba znalazłam rehabilitantkę do domu! Dziś w końcu się dodzwoniłam o dość bandyckiej porze (ok 21.00 ja nie lubię już robić żadnych interesów) i z niespodziewaną łatwością umówiłyśmy się na pierwsze odwiedziny u nas w domu. Mają się odbyć 31 maja- bo wcześniej terminy nam nie pasują, ale jak dobrze pójdzie, to będziemy plastycznie dostosowywać się do siebie wzajemnie. I wiecie co? Musiałaby chyba podać jakąś naprawdę kosmiczną kwotę, żebym się rozmyśliła i wycofała. Żadnych warunków nie stawia, żadnego drugiego dziecka z okolicy szukać nie każe, z certyfikatem (bo to mój warunek sine qua non) i jeszcze konkretna i sympatyczna się wydaje.

Więc jednak niemożliwe stało się możliwe:) Fajnie...

Prawda, że jak na mnie to króciutko:)?
A co do ceny za rehabilitację domową (właśnie przyszedł sms)- okazuje się, że dużo niższa niż się spodziewałam i niż dotychczas słyszałam od rozmówczyń! z rachunkiem oczywiście! Wow!

Depresyjka

Zastanawiam się, czy ta wczorajsza depresyjka nie jest czasem objawem jakiegoś magicznego PTSD:)? Bo opieka nad chorym dzieckiem to przecież sytuacja silnie stresująca i obciążająca emocjonalnie, a do tego przez pewien czas towarzyszył nam strach o życie Ignasia. Więc może to nie mój zepsuty charakter, tylko naturalna kolej rzeczy?
Ilu rodziców jest w takim samym nastroju jak ja notorycznie?  Z krótkimi przerwami na radość, odetchnięcie, krótkie zapomnienie? Już teraz wiem, że bardzo wielu. Tylko zwykle mijało się ich, jakby nie widząc, uciekając przed spotkaniem, które zawsze wywołuje rodzaj zakłopotania i skrępowania. Wszystkim. Smutkiem w ich oczach, choćby najbardziej ukrywanym i maskowanym, zmęczeniem, zmartwieniem, widokiem niepełnosprawnego dziecka, własnymi emocjami, które kiełkują szybciej niż rzeżucha na parapecie, lękami, żeby tylko mnie to nie spotkało itd.

Pamiętam, że obok tego, co mówiłam na głos (że rozumiem, że ok), przykro mi było, gdy ojciec chrzestny Ignaca bał się go wziąć na ręce, gdy ten- malutki, chudziutki- nie kontrolował głowy. Nieszczęście ludzkie, choroba i cierpienie nas onieśmiela. Ale właściwie po co i dlaczego? Przecież to naturalny składnik naszego życia. Nie da się przed tym uciec, choćbyśmy włączali nitro. Jak dzień i noc. Po prostu jest i czasem nas spotyka. Z takim samym prawem do istnienia jak dobro, szczęście, zadowolenie i sukces. Dlaczego zatem mamy szukać w nim głębszego sensu i wielu rodziców twierdzi, że jest wybranymi przez Boga? bądź w jakiś inny sposób stara się przekuwać cierpienie i smutek na coś pozytywnego? Mnie to osobiście nie interesuje. I nie zamierzam tak robić. Nie czuję się ani wybrana ani szczególna. Raczej czuję się dotknięta (muśnięta) życiem, jego ciepłą, miękką ręką, która nas chwyta, bo tak po prostu jest. Miałam kiedyś takie fantazje (oczywiście podszyte lękiem:)), żeby moje życie płynęło łagodnie i przyjemnie. Któż ich nie miał:) No ale to były właśnie fantazje, zrodzone z naiwnego lęku przed dojrzałością i prawdą, nagą... Nie ma sensu przed tym uciekać, bo to jakby uciekać przed życiem. I basta:)

Od około roku- gdy prawda o inności Ignasia już do nas dotarła, wędruję czasem po necie w terapeutycznym transie, poszukując wsparcia, pomysłów, podobieństw i różnic, po stronach o podobnych dzieciaczkach, jak Iggi. To one mi uświadomiły, jak wielki kawał życia i rzeczywistości dotychczas do mnie nie docierał! wypierałam go i nie miałam o nim zielonego pojęcia. A on jest. Bardziej prawdziwy niż nam się wydaje. Jak chcecie, to zajrzyjcie tam kiedyś...
Preclowa strona- moja ulubiona

Do usłyszenia- Ignaś wstał i pobrzdąkuje coś na górze:) Idę się z nim przywitać po drzemce:)




14 maja 2012

Wyniki

Nigdy nie były lepsze! Po zapaleniu wątroby już ślad nie został! Ignaś analitycznie jest najzdrowszym chłopcem na świecie, co cieszy. Choć nie ucisza niepokoju i nie wygasza pytań, dlaczego? Stało się to, co się stało? Jak długo? Jak długo to jeszcze potrwa? Nie potrafię... mimo codziennych radości i postępów choćby milimetrowych, nie potrafię przestać się smucić. Wczoraj wieczorem przyznałam się przed sobą i Mężem, że nie jestem w stanie się z tym pogodzić. Zaakceptować (a to ponoć terapeutyczne). I zastanawiam się, czy jakikolwiek rodzic potrafi to zrobić? Pogodzić się tak do końca, do spodu, z chorobą swojego dziecka? Czy na samym, samiuśkim, głębokim dnie nie pozostaje smutek i odrobina żalu? I bólu, lęku, niepewności, rozgoryczenia?
Jest jednak w nas tęsknota za tym, żeby było dobrze. Prawda? Wszelkie pocieszenia i rozmowy, nawet takie, w których wcale nie czekamy na pocieszenie, ot- luźne pogawędki ze znajomymi mniej czy bardziej, zawsze kończą się chybotliwym, koślawym, uzurpującym sobie prawo do "wiedzenia", właśnie takim "będzie dobrze" (czasem jeszcze ktoś życzliwie dodaje "zobaczysz"). A przecież my nie wiemy, jak będzie i czy w ogóle będzie? Więc po co to samooszukiwanie się? Ano z lęku zapewne... Bo tego, że nie będzie dobrze to chyba w większości się boimy. A może to tylko moja małostkowość????

Tak czy inaczej, wyniki są fantastyczne i tym się cieszmy. Jeszcze tylko czekamy na aktywną witaminę D3, która trochę później.
Babci H., która zawsze chce wiedzieć wszystko ze szczegółami, zamieszczam z racji naszej rozłąki poniżej wszelkie szczegóły:) (żeby powiększyć, trzeba w nie kliknąć, Kochana)


Na zajęciach z logopedą (piątek) i rehabilitantką (dziś) Iggi sprawował się znakomicie. Współpraca układała się wybitnie w obu przypadkach, i ponieważ Panie wsłuchiwały się w nastrój Ignacego i otaczały Go szacunkiem, on odwdzięczał się im  uśmiechem i zaufaniem. Ale trzeba przyznać, że to On rządził, Chuligan Mały. Inna rzecz, że w stresie i płaczu, na siłę jeszcze nikt niczego się nie nauczył chyba, więc ta uległość i ostrożność Pań jest całkowicie uzasadniona.

A ponad to dziś w sypialni Ignacy kilkakrotnie przyjmował pozycję żaby na brzuszku. Czy ktoś pamięta, co to oznacza? Bo mnie się wydaje (prócz wersji tragicznej, że to jakiś zły omen- zawsze mnie takie nachodzą choćby na sekund pięć), że to przygotowanie do raczkowania (jak twierdzi, w kontraście do mnie, Tata). Byłoby cudownie. Zupełnie się już pogubiłam w prawidłowym rozwoju ruchowym niemowląt, bo Ignacy kompletnie się nim nie przejmuje. A jednak coś mnie wiecznie kusi i korci, żeby pozamykać go w jakieś ramy, bezpieczne normy, od...do.... Żeby zniwelować niepokój, z którym tak trudno żyć.

Dobranoc.

10 maja 2012

Dzień jak co dzień...

Dziś i wczoraj Tata podjął trud (którego ja od jakiegoś czasu staram się sobie oszczędzić, po tygodniach spędzonych w szpitalach), dowiezienia na i zaopiekowania dzieci podczas badań laboratoryjnych. A korzystając z okazji sam nie omieszkał dać się ukłuć:)
Przy okazji muszę podkreślić niezwykłą sprawność Pań z naszego szpitala, które w pobieraniu dzieciom krwi do badań nie mają sobie równych. Na żadnym odwiedzonym przeze mnie oddziale nikt nie jest w stanie im dorównać. Ta sprawność jest nieoceniona, bo oszczędza i dziecku i opiekunom zbędnych emocji i traumy. Szacun- jak powiedzieliby nasi chłopcy:)

Co z tego wynikło jeszcze w całości nie wiemy, ale są już pierwsze wieści dotyczące naszych Starszych Panów.
Starszy syn (nie mylić proszę z Najstarszym), jak pączek w maśle, dorodny, zdrowy jak dąb i tylko od tygodnia uporczywa alergia go dopadła, ale tego badania na celu nie miały... No, a Tata? No właśnie... Nieco gorzej, jak to w życiu bywa- wiek i stres robią swoje.... Ale dramatu nie ma, na szczęście:)
Jutro lub dziś wieczór wyniki Ignaca. Pewnie dobre. Oby dobre. Zobaczymy.

A poza tym- chodzę z Iggim na spacery (nareszcie!) i doświadczamy świata:) Dziś były gołębie w parku i pączek właśnie, choć Dziadek- który też może się tu czasem pojawić, a jakże:)- mówił, że debiut gołębiowy był już wczoraj... Ignaś był zachwycony. Podkarmiany przeze mnie - obserwował podkarmiane gołębie i śmiał się w niebogłosy. Apogeum zachwytu nastąpiło, gdy dołączył do Nas Najstarszy i wziął Iggiego w obroty. Tak chyba brzmi Szczęście... Nareszcie do nas zawitało i niechże nas już nie opuszcza!

Jak maj- to drzemka na majowo:)

Jutro dwie ważne sprawy nas czekają: urodziny Taty (!!!!) i pierwsza od dłuuuuugiego czasu wizyta u Pani logopedy. Buuuuu? czy Aaaaaach? Okaże się.

***

Zasłyszane przy obiedzie:
Starszy syn: Mamo, jest jakaś dokładka?
Mama: Nie.
Starszy syn: Ale mnie zmartwiłaś:(

Najstarszy syn: Mamo, mogę się pomodlić?
Mama: ??? Tak.
Najstarszy syn: Nad jedzeniem... (w wolnym tłumaczeniu: pokaprysić, powybrzydzać i zostawić więcej niż połowę niedojedzonego posiłku:)





07 maja 2012

Schematom precz!

Wracając po kilkudniowej przerwie, zwykle nie wiem od czego zacząć. Mam co najmniej kilka pomysłów, ale nie da się wszystkich pogodzić w jednym. I tak siłą rzeczy zawsze coś przepadnie na wieki w czeluściach mojej niepamięci.

Nasze wędrowanie...
Spróbuję temu zapobiec... 

.....Pamiętacie te pierwsze, nieporadne próby małych rączek, by objąć butelkę lub pierś podającą mleko? Albo wyciągane do bliskich, pojawiających się na horyzoncie, w prośbie "weź mnie na ręce!"?

....Doliną Sąspowską (???)
O ile mnie pamięć nie myli (a myli mnie dość często, zwłaszcza, jeśli ostatniego niemowlaka kołysało się 7 lat temu), to gdzieś tak zaczyna się to w pierwszym półroczu życia. Ale nie zawsze. I nie u wszystkich. U nas nie. Nie potrafię opisać, jakie to uczucie, gdy trzymałam w objęciach małego chłopczyka, karmiłam go, a on NIE wykonywał żadnych ruchów rączkami w kierunku moich włosów, twarzy, nie drapał po nosie, nie ściskał palców mojej dłoni. Jakaś bezgraniczna pustka. To święta prawda, że więź tworzy się z dwóch stron, że to specyficzny taniec dwóch partnerów. A co, gdy jeden z nich nie chce tańczyć, albo nie może? Bezradność i rodzaj cichej rozpaczy podbarwionej niepokojem...
Ale nareszcie się to pojawia! W 18 miesiącu życia Iggi obejmuje coraz częściej rączkami butelkę i chętnie pewnie piłby z niej sam, gdyby tylko potrafił ją utrzymać:)
Do tarmoszenia wziął się dużo wcześniej, ciągnąc mnie za włosy, drapiąc po policzkach lub próbując za wszelką cenę i mimo protestów wyrwać mi kolczyki z uszu. A im głośniej krzyczę, tym bardziej go to bawi. Mały sadysta;).....



......Nasze podróżowanie dobiegło końca. Gdzie myśmy nie byli! Codziennie piesze wycieczki, choć Iggi nie dotarł wszędzie, bo wózek nie wszędzie się mieścił.... Ale i tak widział całe mnóstwo i spędził na świeżym powietrzu chyba więcej czasu niż w pierwszych 4 miesiącach swojego życia:)

A byliśmy w Ojcowskim Parku, Krakowie, Jaworznie (tu króciutko, ale sympatycznie. Wszyscy widzą postępy i różnicę w porównaniu do października zeszłego roku!!).
Zobaczyliśmy to, co zwykli turyści oglądać powinni w tamtych okolicach (zwłaszcza w Parku, bo Kraków już nas nie onieśmiela:)).

Ignac świetnie radził sobie z podróżowaniem, ciągle uskuteczniał zabawę w wyrzucanie smoczka w najbardziej niedostępna zakamarki fury i ogólnie był w świetnym humorze, chyba że właśnie postanawiał przetrenować matki nerwy i wytrzymałość na szantaż krzykiem:) Wtedy bywało gorzej... Ale przetrwaliśmy.

Przewijanko:)

Niezłe ziółko rośnie nam z tego trzeciego syna! Żaden wcześniejszy, ŻADEN- powiadam, nie pozwalał sobie na tyle wrzasków, humorów, płaczów. Ale też żaden nie był tak dotkliwie sfrustrowany jak Iggi, bo wszędzie doczłapał, doturlał się, doraczkował i wszystko było w zasięgu jego ręki. Iggi jest skazany na nas, a strasznie pociąga go i kusi świat wokół, więc często po prostu nudzi się przeokrutnie, bo niewiele osób ma siłę lub czas na to, by nosić go po różnych kątach, na mdlejących rękach z wysiłku, i po raz 20 otwierać i zamykać szufladę. Więc jedynym ratunkiem jest krzyk, by odblokować zalegające i piętrzące się emocje...

.... I wiadomość z ostatniej chwili! Ignac zjadł dziś na spacerze, przy fontannie i w towarzystwie gołębi, pół dorosłego pączka! Tym samym został powitany w gronie pełnoprawnych członków naszej rodziny, zwłaszcza po linii męskiej, którzy to przepadają za specjałami tłustoczwartkowymi:) Hip-hip! Hurrra!

Do nowości w naszym życiu należy dołączyć też fakt, że coraz częściej przełamujemy nasze żywieniowe schematy, które klasyfikowały Ignasia w szeregi niemowlaczków. I tak, zamiast standardowego: kaszka- owoce z Sinlac'kiem- zupka- kaszka- nocne mleczko coraz częściej mamy: jajecznica- zupka- deserek (np. pączek:;))- kanapeczka- paróweczka- no i musowo nocne mleczko. Oczywiście nie wszystko na raz, tzn. na jeden dzień, bo generalnie Iggi jada 3-4 posiłki dziennie + karmienie nocne (ciągle jeszcze). W obliczu słabego wysycenia kości trochę mało w tym mleka, dlatego do kaszek musimy wracać często i nieprzerwanie, ale rewolucja i tak duża. Jeszcze niedawno nie-do-pomyślenia było, żeby Iggi jadł kanapkę! I to nie krojoną na kosteczki, ale gryzł regularnie jak mały sekatorek:). Jeszcze cudowniej będzie, gdy będzie ją sam trzymał w rączkach.... Może jeszcze w tym roku??????

......No to do miłego:)

02 maja 2012

Jaka drzemie w dziecku moc

Pogoda taka, że istnieją tylko dwa warianty:) Albo zamknąć się szczelnie w klimatyzowanym domu, albo uciekać od codzienności i narzekać na upał:) Który zresztą tylko do jutra... jak mówią prognozy...

My też zaraz wybywamy, bo życie nasze stagnacji nie zna. Jest zbyt krótkie, by nie wykorzystywać każdej okazji do spotkań, podróży, poznawania nowego. Gdzieś trzeba to wplatać w codzienne czynności, sprawy do załatwienia, ale nam się udaje. I tak- przedwczoraj u jednej "Cioci", wczoraj do Znajomych (tak to już jest, że raz przez nasz dom przewijają się Ludzie, to znowu my przewijamy się przez ich domy i ogrody:), a dziś- na wyprawę do Ojcowa. Pogoda sprawdzona w necie- ma być przyjazna, więc już nic nie powinno nam zakłócić rodzinnej wyprawy z Przyjaciółmi. Niebywałe, ilu Dobrych Ludzi nas otacza i jest z nami mimo wszystko.


Ignacy jakby wchłonął ten pęd ku zmianie wraz z powietrzem, które go otacza, bo cały czas coś ćwiczy (nasze nerwy codziennie ze stalową konsekwencją:)) i wykorzystuje czas na pracę. Rehabilitacja dzieje się przy każdej sposobności, codziennych zabawach. Jak to ostatnio zauważyło kilka osób z naszego otoczenia- teraz koncentruje się na ćwiczeniu paluszków, wyciągając systematycznie elementy drewnianej układanki. I jak na początku ledwo co celował w przypadkowy obrazek, tak teraz coraz pewniej i trafniej kieruje rączkę (prawą sprawniej) ku jednemu elementowi i wydłubuje go z planszy, by zrzucić na podłogę i poczekać na aplauz.

Ponieważ czas płynie- czas szykować śniadanie, pakowanie i bon vojage (nie wiem, jak się to pisze):)

Do zobaczenia może gdzieś na trasie???