Sensorycznie po Italii

Stymulacja sensoryczna to może zbyt awangardowe określenie dla naszej eskapady do Włoch z Ignacym.  Ale odmówić prawa nowym doświadczeniom nie można. Była włoska pizza, szynka, parmezan podgryzany w Padwie, pianka z włoskiej kawy (mleczna, oczywiście), słodkie rogaliki na colazzione , słoiczek dla dzieci z parmezanem i prosciutto:) (zapomnijmy o ziemniaczkach..... i kapustce...).
Sjesta na klombie:)
Było bosko! Ignaś spisał się wyśmienicie, nie licząc dwóch dni strajku od jedzenia. To znaczy jadł, i owszem, ale tylko to, co chciał (głównie nasze chrupki Sonko) i tyle ile chciał, czyli niewiele, co budziło we mnie zgrozę, panikę i najczarniejsze myśli z poczuciem winy odnośnie całego naszego wyjazdu ("gdzie z chorym dzieckiem takie wyprawy robić!?????") na czele. Pomogło mi to zepsuć sobie humor w Veronie na całe pół dnia i w Wenecji na kolejne pół (bo jeszcze do tego nie chciał tam spać, choć na nasze oko był umęczony i senny do granic możliwości). Widocznie chciał zwiedzać, albo było najzwyklej w świecie zbyt tłumnie i szumnie.

Resztę pobytu zniósł doskonale, miał swoje własne łóżeczko i wózek, lot samolotem przyjął lepiej niż mama:) i całe 75 minut bawił się znakomicie:) Nawet koczowanie na lotnisku w drodze powrotnej nie zepsuło mu nastroju, bo po prostu nie wiedział, o co chodzi i turlał się na kocyku w najlepsze przez całe 1,5 godziny oczekiwania na samolot.
Parmezan:)

Nie mogę otrząsnąć się z zachwytu po tej naszej wyprawie.... Po głowie wciąż kołaczą mi różne włoskie słowa i ogólnie wspomnienie tych 4 dni wprawia mnie niezmiennie w dobry nastrój. Ani raz nie zaliczyłam tam "zjazdu energetycznego" w południe, co u nas zdarza mi się notorycznie (po prostu nastaje taki moment, że kolokwialnie odpadam i choćby nie wiem co się działo muszę się zdrzemnąć i basta...). Jestem zauroczona, po prostu. Ignaś chyba też był szczęśliwy, bo tylko mama, tata i on, więc miał naszej uwagi całkiem sporo. Ćwiczył namiętnie "żabkę" i próbował się podciągać z plecków do góry, ale słabo mu to niestety wychodzi. Może to kwestia siły? Z nowych umiejętności Ignaca koniecznie należy wspomnieć o systematycznym treningu (przygotowania do udziału w mistrzostwach świata) plucia jedzeniem, gdy ma się go już dość. To nowa forma ekspresji frazy "nie chcę już! mam dość!".

Jeszcze tylko wkleję kilka fotek i w pośpiechu biegnę do obowiązków, które czekają, póki Igi śpi (co pewnie już niebawem się zmieni, bo śpi już 1,5 godziny).
Gdzieś w Padwie



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.