30 czerwca 2012

Falstart

Upały zdecydowanie nie należą do ulubionych okoliczności przyrody Ignasia (podobnie jak całej rodziny). Wszystko się lepi, klei, nie ma czym oddychać i człowiek generalnie (jak jaszczurka) spałby większość dnia. Igi też.

Za nami nieudana próba wycieczki rowerowej. I chociaż fotelik komfortowy, z dwoma pozycjami oparcia, poprzeczką do trzymania rączkami i ochraniaczami na główkę, to jednak napięcie w osi ciała zbyt małe, by wytrzymać bezpiecznie takie bujanie, podrygi, podrzuty i wertepy. Zatem stało się dla nas jasne, że w tym sezonie Igi nie pojeździ z nami zbyt wiele, bo nie przeskoczymy jego wiotkości i braku kontroli ciała.
Cóż. Smutne, ale nie beznadziejne. Poczekamy jeszcze rok.
A swoją drogą- nie pamiętam, czy nasi starsi synowie debiutowali na dwóch kółkach (oczywiście w roli pasażera) w tak samo młodym wieku (poniżej 2 r.ż. znaczy się). Coś mi się zdaje, że jednak każdy z nich był starszy, kiedy po raz pierwszy został zamontowany za wielkimi plecami Taty i ruszył na pierwszą swoją wyprawę rowerową. Dlaczegóż by więc Igi miał ich wyprzedzać w tym względzie? Chyba się przeliczyliśmy z Tatą tym razem. Musimy szybko otrzeźwieć, złapać pion i poczekać na bardziej stosowną chwilę wtajemniczania Iggiego w to nasze widzi-misię. Co innego basen- jak najbardziej i jak najczęściej, co właśnie dziś się też stało i za sprawą zdrowej rekreacji nasz najmłodszy synek już chrapie:) Właśnie wybiła 21:00.

A może by tak deszczyk pokapał...

26 czerwca 2012

To był bal!

Zastanawiam się, czy lepiej nie pisać nic, czy pisać bez polotu? Ale skoro powiedziało się A to i na B pora, więc jednak coś spróbuję tu oddać z tych ostatnich dni.

Z całego ślubu i wesela urzekła mnie jedna drobnostka, wydawać by się mogło. A jednak.
Ignaś miał swoje, oddzielne, indywidualne nakrycie z podpisem! Rozczuliło mnie to tak bardzo, że nie mogłam się oprzeć...pstryk:)

Do tego Ignacy jakby został stworzony do udziału w takich przedsięwzięciach, organizowanych z rozmachem, gestem i kulinarnie wysmakowanych, ponieważ (wbrew moim cichym obawom) czuł się znakomicie na przyjęciu weselnym, w tłumie obcych sobie, bądź co bądź, osób, wśród których budził- nie ukrywajmy- pewną sensację obficie podlaną sympatią i życzliwością. Wszystkie ciocie bliskie i dalekie, ciocie-babcie i sąsiadki cioć-babć, a także wujkowie, stryjkowie, sąsiedzi wujków i kuzyni-kuzynów życzliwie mu się przyglądali, dopytywali, ukradkowo podkradając głaski, uśmiechy, grymasiki. I wszyscy jednogłośnie śpiewali hymn na cześć szybkiego powrotu do sprawności, napychali kieszenie otuchą, nadzieją, dobrymi, budującymi przykładami "wprost z życia wziętymi". I ogólnie byli przemili i przeserdeczni. Byli też tacy, którzy ukradkiem rzucali zaniepokojone spojrzenia w naszym kierunku, ale myślę, że zmagali się z własnymi lękami i niepokojami, więc łatwiej mi było to znosić (bo kto, jak nie ja, się z tym mierzył kawał życia ostatnio?), a Igi zupełnie się tym nie przejmował, bo nie rozumiał:)


Ubaw świetny. Jak wesele, to wesele!
Humor go nie opuszczał. Pochłaniał niezliczone ilości jedzenia, do tego stopnia, że wpadłam na pomysł przeprowadzki na Śląsk, bo może tu powietrze lepsze;), albo ziemniaczki bardziej wyraziste w smaku;) a już Panie Kucharki bez wątpienia lepiej w sztuce gotowania biegłe i obeznane... I tak, całe jajko z żurku było jego, potem ziemniaczki i kawał, podkreślam: KAWAŁ mięsiwa (które zapodawała mu najpierw mama kulturalnie sztućcem, a potem on sam w piąstce ściskając ładował do buzi z olśniewająco-zniewalającym uśmiechem), potem torciki, truskawki zagryzane kabanoskiem i Bóg jeden wie, co jeszcze wciskał nasz bohater, dość, że mleka tej nocy nie wypił ani kropli, tylko żłopał soczki, kompociki i nawet samą, czystą wodą nie pogardził, by ugasić pragnienie.
Kotlecik raz!

Tańce wywołały w nim taki entuzjazm, że krzyczał głośniej niż orkiestra grała i wniebowzięty był w ramionach kołyszącej się mamy. Nie sądziłam, że z niego taki tancerz i taki hałaso-odporny gość. Wytrzymał ogólnie do 21:30, po czym opatulony w dwa koce, ululany w wózku, co przy jego uwielbieniu łóżeczka było niemałym wyzwaniem, usnął. Na godzinę:). I właściwie wtedy zabawa już się dla nas skończyła. Jeszcze coś tam próbowaliśmy kombinować- mama z Igim na przeczekaniu do hotelowego pokoju, Tata z resztą towarzystwa jeszcze "tu słówko, tam kieliszeczek", ale ogólnie Ignaś miał już dość i musieliśmy to uszanować. Do hotelu na nocleg zjechaliśmy też dość późno, więc biedaczek wybity był ze snu i usnął skandalicznie późno- nawet nie napiszę o której, bo boję się odebrania praw rodzicielskich;)
Już w hotelowym pokoju chwila wytchnienia







Jak nie trudno się domyśleć, niedziela już taka słodka nie była, bo Ignaś rozbity był nieco, nie dospał ani nie odespał biedaczek i miał swoje humory, a co za tym idzie- i prawa, w ten dzień. Ale i tak było znośnie i daliśmy wszyscy radę. Tata nawet wygrzebał spod pianina u wujka Ferrari, na które Ignac zareagował entuzjastycznie, a i radził sobie z nim całkiem nieźle. Na marginesie dodam, że Pani od rehabilitacji po wczorajszej wizycie znów podkreśliła, że zmiany widać z tygodnia na tydzień. Zastanawiam się, jak to możliwe, że ja ich tak nie widzę wyraziście, ale może to kwestia "oka specjalisty"- wie, na co zwracać uwagę i czuje pod palcami różnicę w teksturze napięcia mięśni?????? Wolę jej jednak wierzyć, bo tak łatwiej i kropka.


Na zakrętach trochę znosi, ale ogólnie git! Popatrzcie na tę minę!

Tak więc- taki był w skrócie ten bal. I już po balu, panno Lalu:) Teraz pora na spokojne, leniwe, szare życie. Do kolejnego celu, bo przed nami przecież wakacje:)





25 czerwca 2012

Cena luksusu

Ze względu na maminą niedyspozycję (zły humor, drażliwość, brak pozytywnych fluidów) dziś krótko.

Cena luksusu jaką jest przywilej legalnego parkowania w miejscach przewidzianych dla osób niepełnosprawnych kształtuje się następująco (jestem po pierwszej wizycie w urzędzie):
- wypełnienie wniosku- gratis, ale samodzielne;
- kserokopia jakiegoś dokumentu z nr pesel - marne grosze, ale trzeba sobie to zorganizować;
- zdjęcie w formacie 3,5x4,5 - 25 zł u pobliskiego fotografa, usługa w 15 minut;
- wydanie upoważnienia/legitymacji/ jak zwał tak zwał- 25 zł, od ręki przy dobrych wiatrach (które dziś w mój żagiel nie wieją:)).
W sumie: 50 złotych polskich.
Na szczęście nie nadgryzie to naszego budżetu domowego. Tylko nachodzić się trzeba, a nogi nie na loterii....;)

Igi przy okazji stanie się właścicielem dowodu osobistego, bo jak już są zdjęcia, to tylko wniosek trzeba dodać, wyciągnąć tatę do podpisu przy kontuarze urzędniczym,  poczekać 3 tygodnie, może coś opłacić (tego akurat nie pamiętam, ale chyba jednak nie) i gotowe.
W następnym wpisie będzie trochę o weselu (jednak nie pierwszym w Ignasia życiu- jak oświecił mnie ostatnio Tata, a on to PAMIĘĆ ma doskonałą zazwyczaj;)). Dziś muszę się szybko wylogować:) pa.


21 czerwca 2012

Bulgot, gulgot...

...przeistoczył się niestety w zapalenie oskrzeli:( I antybiotyk:(
Ale nie odbiera to dobrego humoru Igiemu, który dzielnie zniósł wizytę u lekarza w asyście Taty "tą razą"...
Ze spaceru i rehabilitacji jednak nici, bo chorego dziecka nie ma co narażać. Zwłaszcza, że czeka nas weselicho...
O 9:45 stawiliśmy się jednak mimo choroby, na posiedzeniu komisji ds. orzekania o niepełnosprawności i otrzymaliśmy orzeczenie, choć wolelibyśmy nie mieć go w swoim dossier. I to od razu na 3 lata! Wspaniale o tyle, że nie czeka nas znowu konieczność składania wniosków, wizyt w urzędach, a perspektywa 3 lat daje nadzieję, że może Igi się wygrzebie do tego czasu ze swojego dołka:)

Chłopaki chodzą jak krety po atropinie, bo dziś kolejna wizyta u okulisty- ale już bez Ignasia. Pani doktor stwierdziła, że do 3-go roku życia nie ma potrzeby interweniować, bo i tak okularki spychałby teraz z główki, więc nie ma co go dodatkowo stresować i męczyć. Poczekamy, zobaczymy.

A ja? Obudziłam się dziś o 4 nad ranem, w środku burzy,  z kołaczącą się po głowie melodią "Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, ja wysiadam, na pierwszej stacji, teraz, tu...Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat, z sił opadam, przez życie nie chcę gnać bez tchu" (taki banalny tekst, prawda?:)). Czy ktoś z Was jeszcze pamięta ten hit AMJ? Zachłysnęłam się czerwcowym, mokrym powietrzem, przeszywanym koncertem ptaków- to jedyne odgłosy miejsca, w którym mieszkam o tej porze dnia? nocy?.. I po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy.... byłam spokojna, bez łez, bez żalów, bez obaw, bez ściskającego bólu bezsilności. I było mi dobrze....

19 czerwca 2012

Z nieba żar...

...lał się wczoraj, co skończyło się dla nas wyprawą na basen. Dziś w gardle niestety gulgoty, bulganie i cieknący nosek:( Ale przezornie zaklepałam już wizytę u lekarza, więc może szybko coś zaradzimy, zwłaszcza, że w sobotę wyjeżdżamy na wesele- w Ignasia życiu pierwsze...

Tymczasem za nami kilka wydarzeń nadających koloryt naszemu rodzinnemu życiu. I tak- w piątek najstarszy brat, który zaraz obok Ignasia ma poczesne miejsce w naszych sercach- prezentował swój talent muzyczny w wytwornym towarzystwie kolegów z ogniska muzycznego.






Ponieważ Mama nigdy tak nie będzie umiała- więc zazdrości jedynie:) i pęka z dumy....

Poza tym, jak nas nuda dopadła w niedzielne przedpołudnie, postanowiliśmy wyruszyć w świat, może nie koniecznie wielki, ale sympatyczny i bliski naszym sercom. Więc pognaliśmy do Legnicy, do przyjaciół, którzy użyczają nam nie tylko swego ogrodu, ale też serca, uwagi, życzliwości i dobrego słowa. Jak nie skorzystać z takiej sposobności, by nasycić się tym wszystkim? Więc zadzwoniliśmy, zapowiedzieliśmy nasz nalot i autostradą pomknęliśmy przed siebie. By nie obciążać ciocinych rąk dodatkową pracą- obiad zjedliśmy w greckiej restauracji, czego nie widać na pierwszy rzut oka w lokalu, bo wystrój iście- nie- grecki, chyba że kryzysowo-grecki:) Za to jedzenie dość przyzwoite (polecamy kulki serowe), choć też z akcentami uniwersalnymi, w postaci np frytek i surówki z kapusty (Grecy chyba w niej nie gustują?).


Tak czy inaczej, nie czepiając się szczegółów, Ignac był radosny i pełen energii, i najpierw przerzucał się po kocyku (który, jak duży by nie był, i tak nie wystarczy, i Igi zawsze znajdzie sposób, żeby wylądować na trawie, szukając kontaktu z Matką- Naturą:)), a następnie - już po obiedzie, zasnął słodko w wózku i pod owocowym drzewkiem, przy brzdęku owadów i trelu ptaków, przespał słodko całe popołudnie, dając tym samym wytchnienie rodzicom i braciom, z ciocią i wujkiem włącznie.
Ci zaś- widząc jegomościa na początku maja, zgodnie orzekli, że zmienił się imć nie do poznania i zachwyca swą żywiołowością, kontaktem z realem, reakcjami na wszelkie nowe bodźce (i stare również). Faktycznie, jest coś w słowach neurologa, że Sabril powinien mu pomóc, bo jakoś tak łączę te zmiany z początkiem podawania mu tego specyfiku. I, co może nie wróży nic dobrego, mam wrażenie, że Ignac się nie zawiesza, co zdarzało mu się niekiedy na parę sekund chociażby, ale jednak. A co to może oznaczać, to już neurolodzy wiedzą.....:( a ja się domyślam, niestety....

Jeśli chodzi o mój diabelski plan, to z pokorą stwierdzam, że po rozmowach z dwoma niezależnymi konsultantkami, chwilowo od niego odstępujemy. Chodziło rzecz jasna o wsadzenie Ignasia w chodzik, który miał mu pokazać, że chłopina jest w stanie sam się przemieszczać i to w mojej fantazji miało dodać mu motywacji do dalszego rozwoju motorycznego. Ale niekoniecznie może się to skończyć właśnie tak- i- jak mówią Panie Rehabilitantki, mogłoby go raczej zwiotczyć "w osi głównej", i bylibyśmy raczej do tyłu niż do przodu z rozwojem. Więc na razie się powstrzymamy, bo stracić to cenne, co już Igi zdobył, to byłby grzech.

We czwartek czeka nas komisja w PCPR. Myślę, że pójdzie gładko, bo ślepy i ignorant by dostrzegł, że z Iggim coś nie tak, więc specjalnie się tym nie przejmuję i czekam na spotkanie.

Do zobaczenia wkrótce.

16 czerwca 2012

Szał ciał i ożywcza kąpiel:)

Dziś u nas znów gwar... Szał jedenastolatków, z których jeden ma metr sześćdziesiąt wzrostu (akurat prawie tyle samo, co ja:)). Czyli kolejne spotkanie urodzinowe i- w tym sezonie letnim- ostatnie...
Ignaś przezornie został wyekspediowany na spacer z Tatą, aura sprzyja, w domu skwar, gwar i zamieszanie, więc tak i lepiej dla niego będzie.

Po czwartkowej wizycie na rehabilitacji znów dodało mi skrzydeł! To lepsze niż sesja terapeutyczna. Uwagi Pani Iwony podniosły moje samopoczucie i nadzieje na nowy poziom optymizmu, bo choć Igi nadal sam nie siada i wciąż uparcie się roluje, to"tak właśnie ma być". Zwłaszcza, że interpersonalnie, społecznie i poznawczo rozkwita z dnia na dzień, ze spaceru na spacer i gdyby zapomnieć o pierwszym roku życia- rozwija się znakomicie. W wózku trudno go przytrzymać, chyba że akurat śpi, wszystkiego chce dotykać, badać, sprawdzać, przygląda się uważnie każdej nowości, i sama mam poczucie, że jeżdżę z nieco przerośniętym 7-miesięcznym maleństwem:) Skąd w nas taka potrzeba przewidywalności? Normalizowania każdej jednostki i oczekiwanie, że pewne rzeczy zadzieją się zawsze w ściśle określonym, przewidywanym czasie? Kto powiedział, że trzeba robić w życiu to czy tamto, żeby to życie było dobre? Przyzwyczajamy się do pewnych schematów, wytycznych i każda opieszałość czy zmiana budzi w nas przerażenie, niepokój przynajmniej, a być może zupełnie niepotrzebnie w nas ta cała sztywność?

W tym tygodniu zrobiliśmy też wyprawę rodzinną na basen i to był najpiękniejszy prezent urodzinowy dla całej naszej czeredy, jaki można sobie wymarzyć. Musimy to powtarzać, bo było przesympatycznie. Popatrzcie sami:
Ale frajda! Woda opływa mnie ze wszystkich stron! Wow!

Nie uwierzycie! Siedzę sam! Zupełnie SAM! Tata mnie tylko ubezpiecza!

Ciao!


Nie wyparliby się mnie, o nie!

11 czerwca 2012

Król zdetronizowany?


Mała Rozkosz- Bori, Bori:)
Czy to, czy też jakieś obiektywne czynniki (np. pogoda i ciśnienie) sprawiły, że Ignaś miał wczoraj dość ciężki dzień. Marudził i irytował się sporo, jakby dość miał bycia w cieniu swoich konkurentów: starszego brata i maleńkiego kuzyna, który zawitał wczoraj w nasze progi dosłownie pierwszy raz.
W torcie furorę zrobiły nie truskawki, a żelki:) 














A wszystko to za sprawą urodzin brata, już ósmych, które ściągnęły w nasze progi wieeeelu ludzi.  I siłą rzeczy nie cała uwaga należała się Ignacowi. A ów spragniony jej jak powietrza najwidoczniej, bo chętniej spał niż czuwał, a jeśli już czuwał, to niezadowolony był wielce, nie chciał siedzieć, nie chciał leżeć, tylko noszenie go uspokajało. Zazdrośnik:)?
 Czy może zbyt duży natłok wrażeń sprawił, że trudno mu było się wyciszyć i cieszyć ze wszystkimi?
A zagościli u nas, prócz ma się rozumieć dzieci, Ciocia Ola, Wujek Michał i Ciocia Asia, a potem jeszcze rodzice, którzy odbierali swoje pociechy. Więc drzwi się praktycznie nie zamykały przez cały dzień.

Dziś dzień rozpoczął się zgoła inaczej, w ciszy, intymnie, leniwie i słodko (choć deszczowo niestety). Ignaś w wybornym humorze, Mamę miał na wyłączność,  przy śniadanku oglądał edukacyjne bajki (znalezione tutaj), a następnie testował dźwięki otaczającego świata, najpierw zrzucając łyżeczki na kafle w jadalni, następnie waląc łyżkami z garnki rozłożone na dywanie. Drobny szczegół w postaci Theratogsa, nie przeszkadzał mu w ogóle i tak nasycony wrażeniami po uszy, legł w łóżeczku, by zregenerować siły na dalszy ciąg dnia. Bo czeka nas jeszcze dziś wizyta Pani rehabilitantki (jak to w poniedziałki, które błogosławię, odkąd  nie musimy wychodzić z domu, by poćwiczyć pod okiem specjalisty).

Dodatkowo wykluł mi się w głowie pewien szatański plan, który muszę najpierw skonsultować ze specjalistami, choć już wiem, co mi odpowiedzą, więc nie wiem, po co w ogóle chcę z nimi o tym rozmawiać:). Wystarczyć mi chyba powinno, że Tata, ośmielony moim wyznaniem, przyznał, że ów plan zalęgł się również w jego umyśle, tylko krygował się z jego ugłośnieniem, póki ja sama z tym nie wypaliłam, zalegając rozkosznie po całym tym zamieszaniu obok niego na kanapie późnym wieczorem. Jak już obrobię mentalnie ten pomysł, oswoję się z nim i ułożę, zdradzę go tutaj niechybnie. Ale na razie cicho-sza.

Dla zainteresowanych wrzucam kilka fotek z zajęć logopedycznych w Zatoce. DO zobaczenia niebawem, mam nadzieję.






09 czerwca 2012

Sezon otwarty

Otworzyliśmy nowy (kolejny) sezon rowerowy!

Dziś pierwsza krótka przejażdżka, i choć na razie bez Ignasia, który czeka na swój fotelik (może już niebawem, w tym tygodniu na przykład...), w okrojonym rodzinnym składzie, było bombowo! Drobny dreszcz emocji towarzyszył nam, gdy po raz pierwszy od prawie dwóch lat naciskaliśmy na pedały i przerzucaliśmy zastygłe z bezczynności przerzutki. Ale udało się!
Basza:)
Trasa raczej symboliczna, okoliczna, ale i liryczna, bo po starych zakamarkach. Nie wszystkie górki i wzniesienia były nasze bo i kondycja nie ta, co kiedyś, ale wpychać rower po stromiźnie to przecież żadna hańba:). No i w końcu nastał ten czas, gdy z łezką w oku stwierdziliśmy zgodnie z Tatą, że czasy, kiedy to my czekaliśmy na chłopców już odeszły w zapomnienie:) No cóż, panta rei, i nas też to dotknęło...

Ciekawe jak Ignac wkomponuje się w tę naszą rodzinną pasję? Jak tylko się dowiem- dam znać.
A tu Iggi w odwiedzinach wczorajszych u Cioci. Obiad smakował mu jak nigdy i na równi z resztą czeredy opychał się rozkosznie grzankami z miodem. Może by go tak oddelegować na kulinarny staż? I odebrać tłuściutkiego, silnego, rumianego?????



Miłej niedzieli życzę.


07 czerwca 2012

Muszę TO napisać!

Wędrowałam narcystycznie po starych wpisach i odkryłam, że nie ma to jak kronika codzienności, choćby okrojona zawężoną i wybiórczą uwagą autora. Zaczynałam tu pisać w marcu. Dziś jest czerwiec. Iggi w sobotę skończy 19 miesięcy...
I wiecie co? Widzę wielki postęp! Od popłakiwania, jako jedynego środka komunikacji werbalnej prócz śmiechu, do wydawania różnych, choć nadal przypadkowych dźwięków, a nawet zabawę w Indianina (oczywiście w układzie: Iggi -dźwięk, Mama- ręka). I plucie! które używane w (nie)odpowiednich momentach, doprowadza mnie do szszszałuuuuuu;) Od rolowania się (co już było mega-sukcesem), po regularne spędzanie czasu na brzuszku i obserwowanie świata z tej pozycji i perspektywy. Od chwiejnego wyciągania ręki do pstryczka-elektryczka, po udane próby włączenia światła i namiętną zabawę w otwieranie i zamykanie drzwi łazienki. Od zjeżdżania na krzesełkach, podtrzymywania w pozycji siedzącej całego ciężaru Ignasia, po coraz bardziej stabilny kręgosłup i korpus, z delikatnym ubezpieczaniem, by nie fiknął na boki. I wiele innych drobnych szczególików, które napełniły mnie radością na wieczór.
A propos wieczora- czas spać. Dobranoc... (ulubiona kołysanka Iggiego:))

Czwartkowy relaksik:)

Już od czterech dni Iggi przyjmuje Sabril i jak na razie nie widać żadnych efektów ubocznych. Może nawet jest trochę spokojniejszy? Nie senniejszy, ale właśnie pogodniejszy? A może to zwykły zbieg okoliczności, a powód zgoła gdzie indziej? Nie rozstrzygnę, więc zostawiam....

Za to mam wrażenie, że Iggi wchodzi w nową erę i akurat jest na granicy starego i nowego, czyli w stanie przejściowym. Chodzi mianowicie  o cykl czuwania i wytrzymałość. W ciągu ostatnich czterech dni Ignaś korzystał  przez dwa dni tylko z jednej drzemki. Za to na noc spać kładziemy go odpowiednio wcześniej i dość dobrze przesypia noce. Być może to kolejny skok? Choć oczywiście w pozostałe dwa dni zaliczał po staremu dwie drzemki, bo tak to wynikało z jego potrzeb... Stąd okres przejściowy: trochę tak, a trochę inaczej...

Zaczęliśmy też odwiedzać plac zabaw i muszę napisać, co zaobserwowałam obiektywnie. Gdy jakiś miesiąc temu sadzałam Ignasia do huśtawki, to koniecznie musiałam go podpierać kocykiem, bo sam był tak wiotki, że zjeżdżał i wyginał się niebezpiecznie, aż trudno było patrzeć. Dziś i wczoraj natomiast był już zdecydowanie mocniejszy i choć nadal ciałko nieco zjeżdżało mu na prawą stronę, to radził sobie o wiele lepiej!

Tata wykopał też z naszej małej graciarni zapomniane od lat nosidełko, które pamięta wyprawy z naszym pierwszym synem, potem odziedziczył go drugi, a teraz jak ulał pasuje do Ignasia! Choć właściwie należałoby napisać, że to raczej Ignac zaczął pasować do niego:) Ponieważ coraz lepiej trzyma samodzielnie pion, postanowiliśmy zaeksperymentować (Tata to wszystko napędzał, i słusznie). Iggi był zauroczony. Widzieć świat z perspektywy 1,80m to prawdziwa gratka. Do tego zamiast wyboi i nieregularnych wstrząsów wózkowych, kołysanie się w rytm kroków Taty to sama kojąca przyjemność. Główka ograniczana specjalnym oparciem (akurat z tego nasi synowie nie korzystali, więc Ignaś jest debiutantem w tej kwestii), nie odchylała się niebezpiecznie do tyłu, a i całe jego ciało nie było chorobliwie napięte, tylko raczej swobodne (prócz rączek, ale tylko na początku), jak to zazwyczaj w nowych sytuacjach się z nim dzieje.... Więc w serca nasze wtargnęła radość, że mamy dostępną kolejną formę podróżowania z Iggim i już żaden szlak, gdzie wózek nie wjedzie, nie będzie dla nas niedostępny (pod warunkiem krótkich, nieforsownych wycieczek).

Ach! Piękny to był dziś dzień! Spacery, spacery, rodzinnie, powolnie, słonecznie. Pełen relaksik. Oby tak więcej...


A na koniec zjazd, a dokładniej: "przed zjazdem" i "po zjeździe":)













05 czerwca 2012

Kuracja rozpoczęta

Wczoraj Ignaś dostał pierwszą dawkę Sabrilu. Dla niezorientowanych- to lek przeciwpadaczkowy. A choć padaczki nie ma, to i dawka minimalna z minimalnych (125mg rano przez tydzień, potem sukcesywnie zwiększamy dawki do jednej saszetki dziennie czyli 500mg). Dreszcze mnie przechodzą, jak o tym myślę, ale rozumiem, że to ma być osłona przed ewentualnymi napadami po włączeniu Cerebrolizyny.

Dziś czeka nas wyprawa rodzinna do okulisty (starsi na badania i kontrole, Iggi z uciekającym oczkiem).
A potem- jeśli chłopcy będą się sprawować- odwiedziny u ulubionej Cioci, co ma ulubionych przez moich chłopców synów-kolegów)

Osadzamy się w nowym harmonogramie zajęć, a życie płynie spokojnie.
Ahoj!

01 czerwca 2012

Dobrze...

...jest słyszeć z ust specjalisty o postępach Ignasia, zwłaszcza wtedy, gdy nie pojawia się nic spektakularnego w jego funkcjonowaniu...

Wczoraj Igi ćwiczył bez Theratogsa. I, zdaniem Pani Iwony, widać jego postęp, siłę, chęć do poznawania siebie i świata. Wykonywał z nią takie ruchy, jakby był ubrany we wspomagacz! Coś, co kiedyś (przed kombinezonem) było nie do osiągnięcia, teraz powoli staje się dla niego dostępne. Choćby pewniejszy siad, ciągle z pomocą i ubezpieczaniem, ale już zdecydowanie jest silniejszy i zwarty bardziej w sobie.

I wiecie co? Może tego nie widać na co dzień, ale strasznie budują te jego zmiany. Nawet subtelne.

Ludzie nadal przyglądają się niekiedy Ignacowi i dopytują, ile ma lat?, bo nie mogą pomieścić w głowie tej sprzeczności- ciało prawie dwulatka, a zachowanie niemowlaka. I wtedy jakoś nieswojo się czuję, odpowiadając zgodnie z prawdą (bo nie wyobrażam sobie kłamać:)). Zwłaszcza we Włoszech, gdzie Igi budził powszechną sympatię i zachwyt z jednej strony, budził też zdziwienie z drugiej. I to był najsmutniejszy fragment naszego tam pobytu. Dla mnie oczywiście.

Ale poza tym jest ok. Igi śpi przed wizytą u logopedy. Dziś też wył z wściekłości, gdy pakowałam go w piankę kombinezonu, ale dzielnie zdzierżył całą godzinę. Po śniadaniu, na które kaszka kukurydziana (bo dziś chłodniej, więc jadł chętnie:) nawet nie pluł!), bawiliśmy się w oglądanie obrazków różnych przedmiotów z puzzle dla maluszków. Każdy kartonik Igi brał do rączek, przyglądał mu się, ja podawałam nazwę, po czym z gracją upuszczał go na podłogę i rozdawał tryumfalne uśmiechy:)

Akurat w Dniu Dziecka przyszły układanki dla Ignasia, więc jeszcze dziś je otrzyma. A wieczorem, razem z Tatą i starszym bratem wyrusza w odwiedziny do Babci. A Mama będzie odpoczywać:) Wow!