10 lipca 2012

Zmiany, zmiany...


widać u nas na każdym kroku. Iggi sam próbuje jeść łyżeczką, nie przewraca się na boki sadzany, tylko utrzymuje przez dłuższą chwilę tę pozycję, sam próbuje pić z kubeczka, dwoma rączkami, a na smoczki w ciągu dnia mówi zdecydowanie "nie". Całkowicie odmawia picia z butelki ze smoczkiem, chyba że jest to nocne karmienie mlekiem przez półsen.
Ale wszystko to pikuś, bo.....

Ufam w pewien kosmiczny porządek spraw i zdarzeń, i w to, że w odpowiednim momencie często dzieją się potrzebne dla nas zdarzenia, których sens niekoniecznie musi nam się podobać, czy wydawać od razu zrozumiały i jasny. Jednak w tej sytuacji wszystko klarownie się poukładało, kolejny raz zadziwiając mnie i wzmacniając wewnętrzny spokój. Dwa tygodnie temu, na zajęciach logopedycznych Pani Monika zasugerowała, że może ponosiłabym Ignasia w chuście- wiecie- kangurowanie, chustonoszenie etc.
Tydzień później, gdy pomysł już zaczął we mnie dojrzewać, zasiane ziarenko puszczać pędy, natknęłam się na ulotkę o chustonoszeniu i warsztatach w okolicy z tej techniki. Ziarno wzrastało dalej i w poniedziałek (po mailu niedzielnym- jak widzicie- sprawa potoczyła się błyskawicznie) przeszliśmy z Iggim instruktaż z chustonoszenia w przemiłych okolicznościach przyrody. Wypadło znakomicie! Ignacy szybko się odnalazł w maminych ramionach, kołysany w rytm moich kroków nawet smacznie zasnął i to dwukrotnie! Ja się zauroczyłam. Taka bliskość chyba była nam bardzo potrzebna, bo Ignaś jako noworodek nie przepadał za tuleniem w ramionach, potem szpitalne łóżeczka, potem odstawienie od piersi, a teraz jest już na tyle ciężki, że ręce mdleją, a dodatkowo Iggi próbuje kręcić wygibasy, narzucając kierunki, i trudno go utrzymać w takiej walce.
Więc chusta jest jak marzenie.
Jeszcze tylko trochę za wysoko go osadzam i majta mi główką przed oczami, i trochę nam gorąco bywa. Ale ze wszystkim sobie poradzimy, bo metoda rewelacyjna, wygodna, kojąca i naprawiająca każdą nadwerężoną więź.
Iggi zachwycony, bo nigdy dotąd tak długo i tak blisko z mamą nie był, nie ma co mówić. I jakby spokojniejszy, pogodniejszy, mniej napięty, nawet sam sobą czasem w spokoju potrafi się zająć. Cuda, Pani, cuda, mówię:)

PS. Na warsztat z chustonoszenia można umówić się z Ewą Nowakowską- Stańkowską: tel. 608222440, e-mail: ewkanow@poczta.onet.pl. Polecam.

08 lipca 2012

Chwila relaksu

Ignaś jakby lepiej, od wczoraj nie miał podwyższonej temperatury, ale niestety był markotny i płaczliwy. Za to Mama nie mogła zaznać spokoju, bo mimo, że objawów już prawie brak, badania mówią co innego, a do tego jeszcze białko w moczu:( Jak nic, jutro na sygnale znów do lekarza, pokazywać wyniki i znów osłuchać plecki (ostatnio były pojedyncze szmery, wg Pani doktor niegroźne). Najgorsze, że Iggi miał już w tym roku robione zdjęcie RTG (co prawda nóżki), ale jakoś tak wydaje mi się, że nie powinno się robić więcej zdjęć takim małym dzieciom rocznie. A ja mam obsesję zapalenia płuc (choć kaszlu brak).

Żeby się trochę odstresować, wyluzować, otrzepać z depresji galopującej i miażdżącej nas wszem i wobec (bo przecież Iggi też to doskonale rozpoznaje i na to reaguje- może właśnie płaczliwością i rozdrażnieniem), wybraliśmy się jako Trio: Mama+Tata+Najstarszy Syn wczoraj na Stadion, a tam....... działo się , oj działo:). Aż miło.

I wiecie co?

Baaardzo tego potrzebowałam:)

PS. Dziś wraca Babcia! Jedziemy z Iggim na lotnisko:)
PSII. Mam prywatną wiadomość, pozwólcie: MARTO S, córko Janka- jeśli nas czytasz (a śmiem przypuszczać, że tak, bo- nie powiem teraz jak, ale się natknęłam na Twój ślad:)) - odezwij się proszę:) Uściski dla Mariczki. Pa.


07 lipca 2012

Okrutna matka

Cały świat do nas zajrzał za sprawą Ważnego dla nas Faceta i Facebooka. Ponieważ swoje lata mam, takie cuda wciąż mnie zaskakują i oszałamiają. A jednocześnie jest to miłe, że gdzieś tam, w różnych zakątkach Ziemi ludzie poznali Ignasia i choć na chwilę o nim pomyśleli. Może doda mu to energii? która krąży gdzieś tu wokół nas nieustannie...

Tymczasem u nas rewolucja. Dla Ignasia dość bolesna. Matka się zbuntowała (okrutne- biorąc pod uwagę, że przecież wciąż gdzieś w nim kołaczą się resztki- mam nadzieję- infekcji). Postanowiłam wzbogacić jego repertuar spędzania wolnego czasu o samodzielną zabawę, której w jego życiu jak na lekarstwo. Iggi wiecznie by siedział na rękach Dziadka, Mamy, Taty. Sam nie pobawi się nawet 5 minut. To megafrustrujące, a dla niego chyba nie edukacyjne. Wiem, że wynika to z jego deficytów koncentracji uwagi i ubogiego repertuaru ruchów, ale na rany Julek, ile można animować Brzdącowi czas! Skądinąd na rehabilitacji jest w stanie zająć się jakąś zabawką nieco dłużej- z 7-8minut, ale zawsze towarzyszy mu ktoś dorosły. Więc zadaję sobie pytanie, czy spełniając każde jego żądania, nie robię z niego terrorysty lub kaleki, który jest uzależniony od towarzystwa drugiej osoby? I postanowiłam rozpocząć naukę, pomalutku, po 5 minut samemu w pokoju na kocyku, potem dołączam do niego i już razem coś tam wymyślamy. I tak stopniowo, bo przecież można oszaleć.

Wymyślanie zajęć dla niego to też wyzwanie, prawdziwy egzamin z kreatywnego myślenia. Do tego trzeba go cały czas podtrzymywać, bo sam nie siedzi, więc o typowych zabawach z Maleństwem nie ma co mówić. Nie nadają się po prostu. Żeby porzucać z nim piłeczkę potrzebne są dwie sprawne osoby: jedna naprzeciw niego rzuca, druga siedząc za nim podtrzymuje go i prowadzi jego rączki, naśladując łapanie i chwytanie. Czy to przypomina zabawę? O tyle, o ile wzbudza w nim pozytywne emocje i śmiech. Reszta to bardziej ćwiczenie, pokazywanie wzorców, może nie doskonałych, ale orientacyjnych. Czy jego mózg kiedyś to chwyci? Mam nadzieję, że tak. Oby tak.

Pozdrawiam.

PS. Acha- Iggi znów ma grzybicę przewodu pokarmowego- to spuścizna po antybiotyku:( - ręce mi opadły.
I wyniki niezbyt dobre- ruszyły Aspat'y (wątroba nie przerabia już leków?) i CRP 42 ponoć świadczy o wirusowej infekcji. Choroba dziecka nigdy nie jest łatwa, ale choroba CHOREGO dziecka....... brrrr.

06 lipca 2012

...

Jak dobrze pójdzie- jutro znów rehabilitacja, domowa.
Przez chorobę sporo straciliśmy w tym tygodniu. Neurologa, rehabilitację, wizytę u psychologa w PPP, która jest niezbędna dla otrzymania orzeczenia o wspomaganiu rozwoju Ignasia. Teraz trzeba czekać na kolejne terminy. Już pourlopowe....

Odrobić nam się uda tylko ćwiczenia w domu.

Noc w miarę spokojna (jeśli nie liczyć mega-burzy o północy). Temperatura nie była wyższa niż 38,5 co daje nadzieję, że wkrótce się Iggi z tego wykaraska.

Tak płakał, gdy Tata wychodził do pracy......

05 lipca 2012

Promocja się udała...

Ok. Przyznam się szczerze. Poprosiłam pewnego Ważnego dla mnie Faceta, żeby zamieścił link do bloga na swojej stronie na Facebooku. No i zaczęło się:) A tu na powitanie rewelacje zdrowotne Iggiego:(

Nie spodziewałam się taaaakiej mocy. Takiej liczby wejść. Aż się trochę zawstydziłam banałami, które tu opisuję.
Ale czy nasze życie trochę banału nie przypomina? I czy owe banały nie pochłaniają bez reszty naszej życiowej energii, tak, że tracimy z oczu ten inny, czwarty czy Trzeci Wymiar (że się tak posłużę nazwą własną:)). Który nadaje nam poczucie sensu i dodaje siły do zmagania się właśnie z banałami:)

Tymczasem Igi śpi. Badania zrobione, gorączka jakby opanowana, może ta noc będzie nieco spokojniejsza?

Z wizyty u lekarza też wyłuskałam ziarna nadziei. Personel medyczny, który zna nas prawie od podszewki, a na pewno od 10 lat całą naszą rodzinę, zgodnie orzekł, zupełnie spontanicznie, że Iggi się zmienił. Na korzyść oczywiście. Z jego przedrocznej wiotkości i anemiczności ślad nie pozostał, co dotkliwie czasem odczuwamy, opiekując się nim i zapewniając (bądź nie- co wzbudza w nim niekłamane oburzenie) nieustanne atrakcje. Czy wiecie jak ciężko jest nosić na rękach gościa, który wiele nie waży, bo 10 kg, ale sam nie dotrze nigdzie powyżej 20cm nad ziemię? (czyli tak wysoko, jak sięgnie ręką bądź dźwignie głowę?). Trzeba mieć niezłe zdrowie, a nam go chyba powoli brakuje:)

Nawet nie chcę myśleć, że mogłoby już tak pozostać...

Nie wesoło

Niestety, temperatura i ta na zewnątrz, i ta wewnątrz Ignasia nas nie opuszcza. Nawet, można by rzec, narasta wbrew przewidywaniom. Dwie ostatnie noce były pod 40 stopni, z biegunką (nie chciałam tego pisać, bo to takie obskurne, ale w sumie ludzkie i dotyczy małego dziecka- a im się więcej wybacza....). Rano, przed planowaną wizytą kontrolną już, już szykowałam się do szpitala, gdzie być może trafimy, ale być może nie- czego bym sobie życzyła oczywiście. Torba spakowana na wszelki wypadek. Ale jeszcze się powstrzymałam, przez wzgląd na senność Ignasia, która go planowo ogarnęła, a przecież przyjęcie do szpitala nawet w celach diagnostycznych, obejmuje cały rząd czynności, które na sen by mu nie pozwoliły i tylko umęczyłyby go jeszcze bardziej. Więc zostałam w domu, podałam Nurofen (na przemian już z Paracetamolem daję- może to pozwoli opanować temperaturę?), Igi się wyspał i na 13:00 zawitaliśmy do przychodni. A tam.... mój starszy syn, zabrany dla towarzystwa, wymyślił dowcip w realu osadzony:

"Przychodzi pacjent do lekarza na umówioną godzinę i........
czeka trzy lata."

Czy to zabawne, czy nie- opóźnienie było godzinne. Na szczęście Ignaś dobrze się czuł, gorączka się obniżyła i był nawet w dobrym nastroju. Więc czekaliśmy przy fontannie, popijaliśmy Kubusia z dziubkiem i czas płynął.
Osłuchowo ponoć nie ma dramatu, ale nie wiadomo, co zacz? Więc dostaliśmy skierowanie na badania lab (Tata po pracy zabierze młodego) i spróbujemy przetrwać kolejną noc w domu.

Tymczasem ja, obserwując wczoraj Iggiego, jak pałaszował ptasie mleczko o smaku cytrynowym z chłopakami, mimo choroby, pomyślałam, że w jednym to on NA PEWNO NIE JEST OPÓŹNIONY- w sferze kulinarnej:) Zjada wszystko, co zajadają jego rówieśnicy. No, może w mniejszych ilościach:)

Zaraz czas na Paracetamol........


03 lipca 2012

Nici

...z naszej neurologicznej konsultacji. Och, jak to życie zaskakuje i wymusza plastyczność i zmiany planów.... Bo w nocy złapała Iggiego gorączka, taka pod 39,0 st. C, więc już nie przelewki. Dała się na szczęście opanować Ibufenem, ale rano znów się powtórzyła i zamiast do neurologa, do którego na wizytę czekaliśmy kilka tygodni (z 8 bez mała), to dziś wkręciliśmy się do pediatry.
Na szczęście na razie nic nie słuchać w płucach, choć gulgot nadal się utrzymuje. No nic- obserwować, zbijać temperaturę i za dwa dni do kontroli. Tak jest!

A neurologa spróbujemy zrobić odpłatnie w sierpniu. Bo na NFZ już nie ma miejsc.......

02 lipca 2012

PETYCJA

.....za pośrednictwem strony Pewnego Chłopca i Jego Rodziny, na którą lubię zaglądać, podłączam się do akcji niniejszym.

Zajrzyjcie, proszę, również w głąb siebie, i poprzyjcie PETYCJĘ.

Ja już podpisałam. Dobrej nocy.

Intruzi

Jutro wizyta u neurologa.

Dziś też nie obyło się bez atrakcji (wątpliwych z mojego punktu widzenia), gdyż w jamie ustnej tak zwanej mojego syna wyśledziłam Intruzów. Osadzili się na bocznych ściankach, dając tym samym wyjaśnienie dla paluszków wpychanych do ust i ślinotoku, który ostatnio towarzyszy Igiemu. Pleśniawki. Nasze znienawidzone, bo wymagają pędzlowania, czyli wpychania do buzi palucha, owiniętego jałowym gazikiem umoczonym w obrzydliwym syropie o obrzydliwej nazwie Flumycon i głaskania policzków od środka, czego Ignaś nienawidzi szczerze, a ja jeszcze bardziej (zwłaszcza, że w ramach wdzięczności szczęki Ignasia zaciskają się bezwzględnie na paluchu, co do przyjemności nie należy i wyrywa mi raz za razem głośny okrzyk bólu z piersi).
Zaraz za tym poszedł niepokój o resztę przewodu pokarmowego mojego syna i już stosowny materiał został stosownie zawieziony do stosownych badań. Koszt tych stosowności to (bagatela dla portfela) 55 zł. No cóż- zdrowie i spokój- bezcenne. A czasu na załatwianie skierowania, które wcale nie tak chętnie, bo to przecież tylko pleśniawki, więc nie wpadajmy w panikę, proszę poczekać itd itp. szkoda tracić. Zwłaszcza, że przed nami urlop, UPRAGNIONY, a za nami antybiotykoterapia i grzybica w przeszłości nie tak dalekiej (bo chyba z dwa miesiące temu niespełna).

Męka jedzenia....
Żeby nie było tak ponuro, Ignaś od jakiegoś czasu uczy się wykorzystywać łyżeczkę zgodnie z przeznaczeniem i kieruje ją do buzi właściwym końcem, oblizując i markując jedzenie. Więc dziś ("Nie zaczyna się od "więc""- jak upominały nas wytrwale wszystkie Panie polonistki, które miały z nami do czynienia swego czasu:)), twórczo podchodząc do problemu nie-jedzenia Iggiego, które już prawie doprowadziło mnie do rozpaczy czarnej i dzikiego szału (o 19:30 trzeci dopiero posiłek gościa, a on wybrzydza, wypluwa, buzię zamyka i wygina się we wszystkich kierunkach, byle dalej od kanapeczki), wykorzystałam ten jego zapał i skłonność. Podsunęłam mu zatem opakowanie Bakusia (czy to jest kryptoreklama?) i zwinnie maczałam łyżeczkę w serku, a Ignaś hyc ją do ust, to ja znów w serek, a Igi hyc do ust. I tak oto po raz pierwszy w życiu Igi zajadał sam kolację. Prawie dotarł do dna, co w połączeniu z dwoma łyżeczkami leczo i połową kanapeczki z serkiem stworzyło już mam nadzieję dość energetyczny posiłek na zakończenie dnia.

Może jutro będzie lepiej???????