26 września 2012

Ciężka praca

Miała rację Pani Iwona, mówiąc, że turnus to ciężka praca dla dzieci. Współczuję tym wszystkim dzieciaczkom, które biegają z zajęć na zajęcia (niejednokrotnie przenoszone w ramionach rodziców bądź przewożone w specjalistycznych wózkach) i zaliczają po 6-8 różnych terapii od 8:00 do 15:00 codziennie.

Ignaś już przy programie "czterogwiazdkowym" jest umęczony i niechętny do dalszego wysiłku, o czym przekonująco informuje cały świat dookoła przenikliwym płaczem. Stąd ograniczam mu atrakcje i wysiłek, co spotyka się z różnym odbiorem, ale postanowiłam skrupulatnie realizować mój cel: rehabilitacja i rekreacja.

I tak- w różnych kompilacjach Ignacy korzysta tu z:
  •  hipoterapii (na której mamie zależy najbardziej, ale nie pytajcie mnie dlaczego, bo nie potrafię tego wytłumaczyć..), 
  •  zajęć w wodzie ( w pierwszy dzień Iggi dał Pani prowadzącej mata, bo mama nie weszła z nim do wody i najzwyklej na świecie bał się obcej osoby), 
  • terapii ręki (tu podoba mu się niezmiennie i bardzo),
  •  kinezyterapii (pisałam już gdzieś o tym? muszę spojrzeć na poprzedniego posta, bo mam wrażenie że się powtarzam:), tak czy inaczej to popularne już w naszym życiu i znajome ćwiczenia metodą Bobath), 
  • dogoterapii - na którą właśnie wybieramy się po raz drugi jutro rano,
  • masażu (który chyba nie sprawia mu największej przyjemności, w przeciwieństwie do mamy i babci- ale o tym za chwilę) i 
  • terapii przestrzennej - w której miał uczestniczyć, ale po pierwszym dniu zdecydowałam, że zamiast zmuszać go do piątych zajęć w danym dniu lepiej wymienić je- bo jest taka możliwość- na masaż dla mamy lub babci i oszczędzić dziecku zmęczenia.
Tym samym babcia i mama codziennie zażywają odprężającego masażu pleców- nawet nie wiedziałam, że miałam tak pospinane mięśnie - jak kamienie!, a Ignaś po bloku składającym się z dwóch zajęć pada na przysłowiową twarz i śpi jak przysłowiowy mops. Potem pobudka, zupka, kolejne dwa zajęcia i znów czas na regenerację sił w postaci drzemki. A później harce wieczorne, kolacja, świrowanko z babcią w pokoju (co ja bym bez tej Babci zrobiła!!!!!!) do nocy i spokojny sen do rana, do kolejnego dnia pełnego wrażeń. I wysiłku.

Dla takiego malucha to naprawdę maraton emocjonalno- fizyczny. Tyle osób, tyle nowych pomieszczeń, tyle nowych wrażeń- konie, psy... Tylko nam dorosłym to się wydaje pestka. Ale spójrzcie na to tak:   my-dorośli, wiemy, że koń rży, prawda? I chociaż nawet chodzi spokojnie, buja nas łagodnie w rytm swoich miękkich kroków, to wiemy, że możemy się spodziewać tego, że nagle, niespodziewanie wyda z siebie dziwny odgłos. A Ignaś? Choćbym nie wiem ile razy mu mówiła, że konik robi "Ihhaa" (wybaczcie tę drobiazgowość;)), to jak nagle koń zarży czy parsknie- ot, kichnięcie drobniutkie, a Ignaś ostatnie dziesięć minut opanowywał swój lęk przed nieznanym stworzeniem, którego wcześniej z tak bliska nigdy nie widział, nie mówiąc już o siedzeniu nań, i nawet już poczuł się nieco bezpiecznie, to- jak taki koń niespodziewanie zarży..... Przerażenie natychmiastowe. Cały wysiłek oswojenia sytuacji na marne, w drobny mak, i cała praca od początku.
Nie mówiąc już o tym, że równolegle do konia, musiał oswajać się z zupełnie nowym miejscem, zupełnie nowymi osobami, i że to nie mama trzymała go na rękach, tylko jakaś zupełnie obca (choć i sympatyczna) ciocia. Więc co? nie wymagajmy od niego zbyt dużo. Ten świat i tak jest już dla niego niezłym wyzwaniem.

Wystarczy trochę modnej dziś empatii. Prawda?

A jutro? Jutro chyba chciałabym napisać coś, co z trudem mi przychodzi, ale dojrzewa od jakiegoś czasu... Jak dojrzeje już do końca, to napiszę:) Pozdrawiam.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz