Hip, hip....

Rozpoczęliśmy hipoterapię.

Pogoda przepiękna, złota, słoneczna. Ośrodek skromniutki, niecałe 20 km od naszego domu, ale aż pachnie fachowością. Przy badaniu Ignasia Panie rzucały takimi hasłami, że miałam wrażenie, iż mówią po chińsku:) No, nie do końca, trochę rozumiałam;)

Ignaś poradził sobie wspaniale. WSPANIALE! Co nie znaczy, że nie obyło się bez płaczu i lamentu pod tytułem "ja chcę do Mamy!!!!", Ale ogólnie było ok. Nie musi być upinany w żadne kombinezony, sam świetnie sobie fizycznie daje radę, co oczywiście mnie cieszy. Zawsze dobrze słyszeć takie słowa:)

Niestety konika nie dotknął:( To dla niego zbyt wiele. Na razie. Ale fakt, że prowadziła go znajoma Pani chyba sporo zdziałał, bo łkanie było przetykane chwilami ciszy (musiałam wyjść z hali, bo nie dałoby rady utrzymać go na grzbiecie konia... podsłuchiwałam przez drzwi.

No i tak ogólnie, pierwsze lody przełamane. Zobaczymy jak pójdzie później.


Mamy też już opinię/orzeczenie o wspomaganiu rozwoju (nareszcie- czekaliśmy na nią ponad dwa miesiące, niestety). W wolnej chwili zeskanuję, wkleję, pochwalę się Wam nią....
A teraz zmykam .....

Klikajcie proszę, jeszcze trochę- do 15 grudnia;)! Thanks.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.