27 października 2012

Totalna zima

Za oknem- rzecz jasna:) U Was też tak jest? Sypie, jak w środku stycznia, w narciarskim kurorcie jakimś:)
Ot, jakie cuda widzieliśmy dziś jadąc "na koniki".



To zadziwiające, że pierwszy śnieg z reguły wyzwala pozytywne emocje, z zachwytem w czołówce i pewną ekscytacją. Wow- coś się zmieniło! Cud się dokonał! Bez naszego udziału świat toczy się utartymi ścieżkami. Mamy się na czym oprzeć...
Dopiero po kilku sekundach dociera z mózgu impuls, pożeracz radości, że oto znów ślisko, zimno, rachunki za gaz wzrosną, z nosa będzie kapać.

My jednak się temu nie poddajemy. To cudne, że zima się pojawiła. Bo jakkolwiek będzie dla nas uciążliwa, po niej znów (o ile doczekamy;) nadejdzie piękna wiosna, a w kolejce ustawią się lato i jesień:)

Dziś Ignaś zachwycony nie był perspektywą przejażdżki konnej. Może to kwestia wybudzenia z krótkiej drzemki, w którą zapadł w czasie jazdy, zamiast regularnej porannej, w swoim własnym łóżeczku? A niewątpliwie jest to też echo pierwszych doświadczeń z tymi zwierzętami podczas turnusu rehabilitacyjnego. Pisałam o tym w tym poście- wieki zdawałoby się temu;), jak w mgnieniu oka z postawy ufnej i zaciekawionej, z chwiejnego jeszcze ale już obecnego poczucia bezpieczeństwa, wyrwało go jedno, niespodziewane, gwałtowne rżenie konika, które w niwecz zamieniło wysiłki i starania Pani rehabilitantki na długie godziny. No i teraz właśnie zmagamy się z tymi zaszłościami- bo Ignaś tak zakodował sobie, że to zwierzę może go przestraszyć, że jak tylko skojarzył, co go czeka (rozpoznając budynek, osobę, kask zakładany na główkę), rozszlochał się sromotnie i przywarł do mnie jak magnes do lodówki.

Zdecydowałam więc, że pstryknę kilka fotek dla tzw. Szerszego Ogółu i wycofam się z pola widzenia, bo moja obecność tylko mu w sercu ranę powiększa, że jak to? mama? nie wyratuje mnie? No i faktycznie- Ignaś zdany sam na siebie i Panie rehabilitantki, nieco się wyciszył, uspokoił, ale pochlipywał do końca cichutko, zrezygnowany. A jak tylko wpadł mi znów w ramiona- wydał z siebie salwę żalów, łzy kapały mu kaskadami, z noska też ciekło.... Biedaczek. Ale i Zuch Wielki. Znosi to wszystko z godnością dwulatka, którego już tyle w życiu niemiłych niespodzianek spotkało.... Będzie dobrze. Jestem święcie przekonana, że się Iguś przyzwyczai i może nawet zacznie czerpać z tego przyjemność. Tylko trochę cierpliwości musimy sobie okazać na wzajem z koniem, który użycza mu swojego grzbietu.
Tymczasem Ignaś wzmacnia się z tygodnia na tydzień. Nie wiemy, czemu to przypisać, ale cieszy nas to ogromnie. Właściwie, prócz pobytu na turnusie, nic się w naszym życiu nie zmieniło, jeśli chodzi o rehabilitację (hipoterapia trwa na razie za krótko, by zaczęła od razu przynosić takie spektakularne efekty). Bączek zaczyna kombinować, jak tu się z pozycji leżącej wyzwolić najszybciej, jak tu usiąść z leżenia na brzuchu, jego rączki są już o wiele sprawniejsze, ramiona silniejsze, okręca się wokół osi to wsparty na jednej, to na drugiej ręce i boku. To naprawdę niebywałe postępy, bo Ignaś w ten sposób osiąga nowe płaszczyzny ruchu. Potrafi też samodzielnie, pokracznie i słodko przenieść ciało z siadu do leżenia na brzuchu i to coraz częściej bezkolizyjnie:) Jak nic, za rok będzie chodził! Czuję to wszystkimi komórkami ciała!
Konsekwencją tego wszystkiego jest fakt, że już nie przewraca się do tyłu z siedzenia bezwładnie i bez kontroli i coraz częściej można go zostawić siedzącego samego, bez obawy, że fiknie bezwładnie na plecy i głowę. To cudowna zmiana i niemniej zachwycający widok.

Kończąc tą relację nadmienię tylko, że wczoraj (i w sumie dziś także) odbyłam dwie rozmowy z rehabilitantkami dotyczące najogólniej ujmując postawy osób ćwiczących z dziećmi i metod rehabilitacji do dzieci właśnie i rodziców pośrednio. Nie teraz będę się nad tym rozpisywać, ale postaram się podzielić tymi refleksjami niebawem.
Tymczasem- prowadzona aromatami z piekarnika- zaczynam organizować ekipę na obiad:) Miłej soboty życzę wszystkim odwiedzającym nas akurat:).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz