Wątpliwości cała garść...

Wiecie, jak trudno napisać apel o pomoc? A jak trudno go potem gdzieś wysłać?

Zielonego dotąd pojęcia o tym nie miałam.

I pewnie nie wpadłabym na to sama.

Chociaż - przy zakładaniu konta w Fundacji mówiono mi, żeby tak robić. Zapomniałam o tym na rok. Wyparłam. Za trudne to było. I nadal proste nie jest. Coś na granicy wstydu? skrępowania? upokorzenia? Okropne.

Jedynie myśl, że to dla Ignasia. Że mu potrzebna rehabilitacja i nie wiadomo jak długo jeszcze będzie musiał ćwiczyć (3,5,10 lat?)...Ale też, że daje efekty... Że  jest coraz silniejszy, coraz więcej potrafi, chce, może.

A wiecie, co jest jeszcze trudniejsze? Gdy inni tego nie rozumieją, albo- rozumieją na opak... To boli chyba bardziej, niż nasza szara pracowita codzienność, tony spraw do załatwienia, telefonów do wykonania, spraw do ogarnięcia, krzyków, płaczów, marudzeń, buntów przy ćwiczeniach... Boli bardziej, niż widok sprawnych dwulatków, biegających po placu zabaw, budujących babki z piasku i krzyczących na całe gardło: "mamaaaaaaa".

Najśmieszniejsze jest to, że sama odpowiadam czasem na apele. Regularnie wspieram Arkę, bo to dobra inicjatywa - zajrzyjcie, jeśli chcecie; nigdy nie zapomniałam o 1% podatku.... A teraz... Wsłuchuję się w siebie i za każdym razem zadaję pytanie: czy to ok? czy powinnam? czy chcę? czy już teraz? czy zaczekać?...

Na szczęście wiem, że jest taka grupa ludzi- wcale niemała, która na "tym samym wózku" jadąc, rozumie mnie i moje dylematy. Że oni nie ocenią negatywnie, nie zarzucą manipulacji, oszustwa. Już nie- bo znają TĄ rzeczywistość.

Ignaś dziś miał humory. Logopeda i rehabilitacja, to trochę wysiłku na jeden dzień. I chyba nie chciało mu się już, pod koniec tygodnia, pracować. Więc marudził, dopominał się uwagi, chciał "wiać do mamy". Ale cieszy, że coraz silniejszy jest. O "prawidłowości wzorców ruchowych" możemy sobie pomarzyć, ale potrafi z leżenia na brzuchu przekręcić się na bok i podeprzeć na przedramieniu, rozglądając dookoła. Może niebawem zacznie tak siadać? Jak tylko wzmocnią mu się rączki? Z siadu tak pokracznie, że krew w żyłach zastyga, przenosi się do pełzania. Już pokonał lęk, ale nie pokonał swojego ciała. Jak człowiek patrzy na to, co on wyprawia, to boi się, że zaraz zwichnie staw biodrowy albo rozbije sobie nos. Ale on z zapałem nie daje się ograniczeniom i dąży do swoich celów. Może powinnam brać z niego przykład?

Znacie kogoś, kto potrzebuje kojec dla dziecka? Mamy na zbyciu.... Ignaś i tak woli podłogę:)


KLIK? KLIK:)

Komentarze

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedyne co mogę odpowiedzieć, to DZIĘKUJĘ!!!!!. I Ty też wiesz, za co, prawda?:)!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.