Po drugiej stronie lustra....

....była piękna słoneczna pogoda. Powietrze przejrzyste i rześkie, łaskotane promieniami słońca przywodziło na myśl pierwsze wiosenne migawki, co krew w żyłach poganiają i wypełniają serca nieuzasadnionym, zdawać by się mogło, uniesieniem. Taki marcowy haj nas dzisiaj złapał niespełna 30 km od naszego domu, podczas, gdy przekraczając niewidzialną granicę naszego miasta, wyznaczoną łagodnie naturalną rzeźbą terenu, zanurzyliśmy się w gęstym mlecznym oparze i temperaturze wprost z samego środka grudnia.
Mordor. Wypisz, wymaluj.

Wyprawa nasza dziś niestandardowa była, nie ograniczająca się li tylko do Centrum, gdzie Ignaś w hiperaktywnym nastroju będąc, podważył na dzień dobry wiarygodność Matki, uprzedzającej, że rzeczony gość jest właśnie zmęczony.  Bo teoretycznie i powołując się na dotychczasową naszą praktykę, po 3,5 godzinach czuwania powinien ów padać na twarz, marudzić, lamentować i współpracy okazywać tyle, co nic.
Tymczasem Ignaś tryskający energią, rzucił się na zabawki, wstawał jak nakręcony na własne nogi obute w buty i rozwalał ustalony ład i porządek oraz niektóre sprzęty, które wpadły mu w ręce. Przyprawiał to wszystko porządną szczyptą śmiechu, zaraźliwego na wszystkie strony i za nic miał sobie naszą konsternację i tzw. "święte przekonanie", że oto coś wiemy bądź na czymś się znamy (czyt.: na jego nawykach i zwyczajach). Zamatował nas (mnie) na cacy.

Dżokej:)
Zanim tam jednak dotarliśmy, wjechaliśmy do samego serca Wrocławia, by krew dostarczyć i tym samym procedurę mikromacierzy puścić już w ruch na poważnie, podbitą przelewem na odpowiednie konto i mailem do Pana Doktora, że jesteśmy naprawdę gotowi. Ignacy uważnie rozglądał się na wszystkie strony, podziwiając miasto, jego ruch, dynamikę, światła, zmieniające się widoki i ani myślał zmrużyć oka. Mamy plan padł w gruzach. Mimo to postanowiłam zaryzykować i dowieźć go jednak na rehabilitację, a w przypadku awarii poinformować, że kończymy, bo jegomość nie spał ani minuty od rana i jest zmęczony. Co jednak z tego wyszło, już wiecie i żadna interwencja wyjaśniająco-ratunkowa potrzebna nie była.

Po ćwiczeniach zajechaliśmy na rybkę- ale nie pytajcie, dokąd, bo dwulatkowie takich posiłków spożywać zdecydowanie nie powinni. Nasz jednak czasami spożywa i to z wielgachnym apetytem, a że w rybkach omega jest ukryta, więc czujemy się usprawiedliwieni, bo mózg doładowujemy dobrym. Z uwagi zaś na lichą tkankę mięśniową naszego syna, otyłości jego na razie nie przewidujemy i się nie obawiamy, więc tylko wątroba mogłaby nas powstrzymać i opamiętanie na nas sprowadzić.
Ta jednak- wątroba, rzecz jasna- w znakomitej kondycji jest ostatnio (o czym świadczą wykonane we wtorek badania, z których wynika jednoznacznie, że zapalenie to już wspomnienie). Więc była rybka, a jakże, mniam.

Z pełnym brzuchem i głową pełną wrażeń powinien już paść Ignaś zmożony na fotel, ale nic bardziej błędnego. Do kolejnego naszego przystanku dotrwał Szkrab nienaruszony, nieznużony i wyraźnie ożywiony, gdy otworzyłam drzwi z jego strony, wyławiając go z fotelika. Byliśmy w nowej siedzibie Fundacji, złożyć dokumenty, ale zabraliśmy je niezwłocznie  z powrotem, bo jak na nowicjusza przystało, porobiłam w nich sporo błędów i teraz wszystkie poprawić muszę. Ignaś pozwiedzał z poziomu podłogi biuro Fundacji, na skutek czego rączki miał czarne jak górnik wracający z szychty, ale szczęścia mu to nie pomniejszyło ani odebrało, wręcz dodało, jak sądzę.

Ale to jeszcze nie koniec rewelacji dnia dzisiejszego, o nie.

Drzemnąwszy się pół godzin, wybudzony przez brata ładującego się po drodze ze szkoły do auta, Ignaś postanowił nie zasypiać już więcej przed wieczorem, bo każda próba położenia go do łóżeczka kończyła się niezmiennie tym samym:
IGANCY NAJPIERW SAMODZIELNIE SIADAŁ W ŁÓŻECZKU, A NASTĘPNIE CHWYTAŁ SIĘ SZCZEBELKÓW I KLĘKAŁ UŚMIECHNIĘTY OD UCHA DO UCHA!!!!!!
Spać, Mamusiu? Oszalałaś?! W takim dniu?!!!! I myk, znów na kolanka, siadanie i uśmiechy tryumfu rozsyłane dookoła!

Tak, tak, Kochani- 15 listopada 2012r to kolejny milowy krok w jego i naszym życiu! Hip, hip! HURRRRA!

A o tym, co u neurologa jak również o tym, co na hipoterapii (skąd zdjęcie niniejsze) być może napiszę niebawem. Dziś post już tego wszystkiego nie pomieści:)

Klik-klik?

Komentarze

  1. O matko...ALE WIEŚCI!!!!!!!!!

    Prosimy o przyjęcie zaproszenia do blogowej zabawy a zarazem wyróżnienia 'Liebster Blog':)
    Po szczegóły na Franiowy blog zapraszam;-)
    :*

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.