30 grudnia 2012

Rzeczy się mają...

.....tak, mianowicie, że choć ja tu nie zaglądam- Wy zaglądacie regularnie. Blog zaczął żyć własnym życiem. Cóż, taka jest właśnie kolej rzeczy tak zwana, z dziećmi podobnie. Żyją swoim życiem. Oby nigdy naszym;)

..... również tak, że im mniej mnie tutaj, tym więcej Tam. Zwłaszcza w ostatnich dniach grudnia. I do tego stopnia, że dziś opanowało mnie tak błogie lenistwo, że już nie pamiętam, kiedy sobie na podobne pozwoliłam. Dość, że o 21:00 zaległam obok Ignasia i sen mnie morzył, morzył, zwodził na migdałowe manowce, kuszącą ciszą + wiatru śpiewem nawoływał.... aż wyskoczyłam z pieleszy i wskoczyłam Tutaj, bo kiedyś w końcu trzeba wrócić, prawda?:)

.....niezaciekawie, możnaby rzec krótko, gdyż w święta Ignaś zachorował pierwszy raz w życiu na pełnoobjawowe zapalenie oskrzeli. Z antybiotykiem w tle, szmerami różnej maści i gradiencji oraz podejrzeniem zapalenia płuc (w obserwacji tak zwanej). Otóż obserwujemy go, a jutro na wizycie kontrolnej Pani Doktor osłucha ponownie i ponowny wyrok wyda, jaki- okaże się. Candida już puka do naszych jelit... mam przeczucie.

.....cudownie, a jakże- też. Ignaś w dniach świątecznych i późniejszych również, mimo choroby i osłabienia, powoli raczkuje! Po kilka "kroczków" na razie robi, ale w zależności od motywacji jest w stanie pokonać na rączkach i kolankach od kilkudziesięciu centymetrów do kilku metrów podłogi nawet! Jest BOSKI!!! Bez dwóch zdań!!! Z niekłamaną radością oznajmiam tym samym, że- jako, że rok 2011 był dla nas najcięższym rokiem w życiu, to 2012- kończący się właśnie- jest wypełniony po brzegi wzruszeniem i radością!!! Dziękujemy Ci, Ignasiu:)

A na zakończenie tego lakonicznego wpisu, dwa rarytaski.

DLA WSZYSTKICH WIERNYCH KIBICÓW NASZEGO WSPANIAŁEGO SYNKA!

Dla tych, którzy , nawet gdy mnie tu nie ma;)

Dla tych, którzy myślą o nas, ładując naszą stronę w swoim komputerze i tym samym sprawiają, że otacza nas ocean życzliwej energii, nawet wtedy, gdy w nas samych tej energii jakby mniej:)

Dla wszystkich, którzy klikali wiernie i zapamiętale wtedy, gdy prosiliśmy o klikanie.

Dla tych, którzy przekazali nam swój procent podatku, być może nie wierząc nawet do końca, że ma to jakieś znaczenie, a z którego uzbierała się miarka.

Dla tych, którzy swoim towarzyszeniem nam sprawiają, że nie tracę sensu zamykania naszego świata w słowa- dziękuję.

I proszę- TO DLA WAS:

Do Siego Roku 2013!

22 grudnia 2012

O rany!!!!!!

Wygramoliłam się ze sterty skrzynek, napakowanych różnościami, podniosłam zmęczony krzyż znad sterty nie malejącej prania, odkleiłam dłonie od odkurzacza i postanowiłam wytchnąć. Cóż - Święta- każdemu się należy.

Podkradłam iPhona Taty i w zupełnych ciemnościach pokoju średniego syna zaklikałam tu i tam. A właściwie to od razu na bloga własnego, bo przecież tak długo mnie tu nie było, że zaczęłam odczuwać już mały niepokój i duże wyrzuty sumienia.

A tu co?

Patrzę: 8 komentarzy- to ewenement. Cóż takiego ostatnio wypisałam, że aż tyle?- w głowę zachodzę.
I co się dowiaduję?????


Że dostałam wyróżnienie za Ignacową opowieść w konkursie!!!
Od Kapituły! (ależ to brzmi).

Bardzo to miłe. Jak zapach świeżo upieczonego piernika przed Wigilią.
Jak przechadzanie się po nowych przestrzeniach naszego nowego lokum.
Jak przyglądanie się całej rodzinie w komplecie o godz.22:00 przy cichych dźwiękach Diany Krall i na prędce zorganizowanej kolacji....

Jak widok Ignasia, podciągającego się na uchwycie od szuflady w kuchni i stającego na kolankach!!!!!!
(chociaż nie- ten widok jest jednak słodszy i milszy:))


I wreszcie - jak widok Ignasia klęczącego w pozycji do raczkowania i cudownie chwiejącego się w przód i w tył na rączkach, z głową przypominającą balonik szarpany podmuchami wiatru.

Bo, Moi Drodzy, Ignaś SZYKUJE SIĘ DO RACZKOWANIA!!!!!!!!!!!!!
I jestem pewna, że przed 36 miesiącem życia będzie śmigał po schodach w naszym domu - który jest nota bene prześliczny w naszym odczuciu, i który tak nas pochłonął, że nie było czasu na pisanie, serfowanie, komentowanie i ogólnie istnienie w innej, niż realna, rzeczywistości.

Jeszcze na okres Świąt daję sobie labę- muszę się zregenerować- wiecie co to przeprowadzka, prawda?:)
A potem postaram się nie ociągać i wywiązywać.

Bardzo dziękuję! I Tym, którzy mnie poinformowali o wyróżnieniu (to było wyjątkowo miłe i zaskakujące) swoimi miłymi komentarzami do poprzedniego wpisu, i Tym, którzy czytali mojego bloga przez ten czas z uwagą oraz Tym, którzy jako ciało Kapituły postanowili ocenić moje pisanie na zasługujące na wyróżnienie.
Przerosło to moje oczekiwania. I super!

Pozdrowienia od Ignasia! Ponieważ jeszcze ogarniamy klamoty- fotki wkleję poświątecznie.
Cicha noc.... ciemna noc....

15 grudnia 2012

Dwa końce i nowego początek

Symbolicznie 15 grudnia kończą się dwa etapy w naszym - Ignacowym i moim - życiu.

Dziś koniec głosowania w konkursie "NA jednym wózku" organizowanym przez Fundację Promyk Słońca.
Sporo to było emocji, sporo wahań, czy się przyłączyć, sporo nowych doświadczeń i znajomości.
Dziś do godz 24:00 można jeszcze oddać głos na każdy blog, biorący udział w rywalizacji (choć ta chyba ma najmniejsze znaczenie dla jej uczestników- tak przynajmniej dziś to widzę, z perspektywy tych kilku miesięcy). To nie ona była najważniejsza. Sedno tkwi gdzieś indziej. Sedno tkwi w historiach, które poznałam, w mailach, które wymieniłam, w słowach, które otrzymałam, w poczuciu jakiejś subtelnej więzi i wspólnoty pewnego spektrum doświadczeń i przeżyć.
Dziś wiem, że da się żyć i da się nawet cieszyć tym życiem. Że Ignaś idzie do przodu jak burza i w niczym nie przypomina tego maleństwa wiotkiego sprzed roku. Że eksploruje świat i cieszy się z każdego zdobytego nowego terytorium. A tych mu niebawem nie braknie.... bo.....

15 grudnia to też koniec naszego rodzinnego rozdziału życia spędzonego w przytulnym mieszkaniu w małym miasteczku. Naszym własnym, wyjątkowym, ale już trochę przyciasnym:) A to wszystko za sprawą Ignasia. Gdyby nie jego pojawienie się w naszym gronie, nigdy nie mielibyśmy wystarczającej motywacji do wykonania jakiegoś ruchu, zmiany. Cieszylibyśmy się tym co jest i może troszkę utyskiwali na to czy tamto.
15 grudnia 2012 r nasz Dzielny Tata z Ekipą Pod Wezwaniem przenosi całe nasze życie (i wszystkie szpargały mniejsze i większe) do nowego (choć de facto starego) domu. I wiecie co?

Strrrasznie się cieszę!

A Mama z chłopcami wyjechała do Cioci, u której na okres burz i sztormów przeprowadzkowych znalazła cichutkie, cieplutkie i i przytulne schronienie.

O dalszych ciągach tej i innych historii mam nadzieję jeszcze opowiedzieć, ale teraz pora śniadania.

Wszystkim naszym kibicom, czytaczom i osobom, które systematycznie bądź niesystematycznie klikały w banerek po prawej bardzo DZIĘKUJEMY. Ja dziękuję. To naprawdę ważne, że Ktoś Jest przy mnie, przy nas i interesuje go to, co tu opowiadam. Obecność jest ważniejsza niż słowa.
Pa.



07 grudnia 2012

Zdrowe żywienie

Zima trzyma. Chciałoby się rzec- nareszcie.

Ignaś gulgocze. Twardziel, wytrzymał najdłużej, nim dał pokonać się chorobie, która z charakterystyczną dla niej tkliwością, stopniowo otaczała ramieniem poszczególnych członków naszego klanu. On opierał się najdłużej, ale w końcu skapitulował. Na razie ratujemy się wapnem, witaminą C i sporadycznymi inhalacjami (Iggi nie jest przekonany do tej warczącej maszyny, która na dodatek nie wydziela z siebie żadnego przyjemnego zapachu), licząc na cudowne ozdrowienie.

Poza tym wszystko mu dopisuje. Zwłaszcza apetyt i ciekawość świata...



Ale skarby! Jadalne? Niejadalne?.....
Let's try...
Próba zakończyła się niepowodzeniem- z wiadomych względów. Ale ciekawości to nie wygasiło bynajmniej.......


Sinlac okazał się zdecydowanie bardziej strawny i pożywny...
Ogólnie ostatnio- przełamując w sobie barierę przed nieznaną teksturą na rzecz poznawania smaków świata, w Ignasia dossier pojawiło się również kosztowanie soli wprost z pojemnika, cukru- prościzna;) i ryżu... Kilka miesięcy temu ciekawość wygasała tuż po pierwszej próbie. Szok dotykowy był silniejszy. Zmiany jednak zataczają szerokie kręgi i dziś już chęć eksplorowania świata dominuje i nabiera rozpędu.

A tak poważnie, podobnie, jak MamaFrania, niekończąco zastanawiam się nad wagą naszego Trzeciego Skarba. Już różne sztuki wypróbowujemy, a wagi jakby to zupełnie nie wzruszało. Ot, może nieco wahnie się w górę, by znów niezmiennie z uporem wskazywać 10 na cyferblacie. I tylko Mama- Tragarz zachodzi w głowę, skąd ten ciężar przy przenoszeniu Synka z różnych lokalizacji w inne. Moja lewa ręka powoli kapituluje. Prawa- szczęśliwa, że dominująca, chętnie zajmuje się innymi sprawami. Ogólnie mam wrażenie, że oporność w przybieraniu na wadze to jeden z charakterystycznych objawów różnych dzieciaczków z kłopotami zdrowotno-rozwojowymi. Przynajmniej nie czuję się osamotniona w troskach...

MamoFrania! Jeśli możesz- podziel się proszę ze mną wnioskami z Poradni. My pewnie załapiemy się na jakąś wizytę za kwartał bądź później... A mięśnie paść trzeba, żeby nóżki nosiły po świecie...

I na koniec krótkie obwieszczenie: w obliczu dwukrotnego wyłożenia się systemu podczas pisania tego posta, nie mogę składać ŻADNYCH obietnic w sprawie kolejnych wpisów:( Należy mieć jednak zawsze nadzieję, więc mam...
....na rychłe spotkanie w Wielkiej E-Iluzji....

04 grudnia 2012

Kosi kosi łapki

Wychodzę z założenia, że żeby pisać, trzeba mieć o czym. A czy my mamy? Chyba aktualnie nie za bardzo.

Normalnie jakoś u nas. Bez wzlotów i upadków. Może trochę z gulgotem w gardle lub w jakichś niższych okolicach, ale bez dramatu. Kaszelek jakiś baaardzo rzadko, ale się odzywa, ale raczej się z niego cieszę, bo to oznaka, że w środku Ignaś aż taki wiotki nie jest. Kaszleć potrafi.

Kąpiel przebiegła też prawidłowo, no może z takim wyjątkiem, że Ignaś coraz swobodniejszy w tej wannie, tu się przekręci, tak wywinie a nie utonie, to na kolanka się podciągnie, trzymając brzegów wanny. Samodzielny coraz bardziej i stabilny. Jak przez mgłę już wspominam czasy, gdy przelewał się w rękach i nie sposób było go wykąpać, bo dwóch rąk nie starczało do ogarnięcia jego ciała w środowisku, gdzie tarcie jest jakieś takie znikome... Więc też przez kilka pierwszych miesięcy życia Ignaś korzystał z tego dopustu rozpusty dość sporadycznie, co zapewne nie pozostało bez wpływu na jego wrażliwość zmysłów. Ale to już było, i niech nie wróci więcej. Dziś kąpiele coraz bardziej przypominają te sprzed 11 czy 8 lat, z braćmi jego.


A pisałam, w co Ignaś potrafi się bawić? I nie wiadomo, kiedy i w jakiś okolicznościach się tego nauczył? Podejrzewam po cichu, że "przy okazji"- najbardziej popularną metodą wśród dzieci:).
Otóż, jego repertuar ostatnio poszerzył się o stukanie rączką w różne powierzchnie (tradycyjne "puk,puk"), robienie papa, akuku (polegające na zasłanianiu własnoręcznym twarzy przez Ignasia podręcznym ręcznikiem, sweterkiem, szalikiem i oczekiwanie na okrzyk zdziwienia typu "gdzie jest Ignaś", po czym tryumfalnym opuszczeniu zasłony i uśmiechu pełnym zadowolenia). O wyciąganiu talerzyków i ściereczek, bądź też spodenek pieczołowicie układanych uprzednio przez mamę w szafce nie wspomnę. Ani też o waleniu gdzie popadnie metalowym oprzyrządowaniem kuchennym służącym w normalnych okolicznościach do mieszania zupy w garnku.


I tak sobie powolutku żyjemy. Nie licząc naszej wielkiej rewolucji lokalowej, która od nas o krok. Udajemy, że jej nie ma i świetnie się z tym czujemy:)

A dla najwytrwalszych Klikaczy pocieszająca nowina- do 15 grudnia jeszcze tylko 11 dni. Powoli chyba już entuzjazm opada, ale jeśli macie chęć- klikajcie nadal. Nadal będzie mi niezmiernie miło.


02 grudnia 2012

Skuteczność gwarantowana:)

Miało być tak:
5 dni tamtego tygodnia na turnusie we Wrocławiu.

Już w poniedziałek, gdyśmy się stawili ochoczo, choć nie do końca punktualnie (Ignaś przymknął oko tuż przed metą, aż żal go było budzić), dowiedzieliśmy się, że z uwagi na ważne sprawy Instytutu, będziemy ćwiczyć do czwartku, bo zaproponowany nam piątek po południu nie pasował nam akurat:) Ok. Zgoda. "Nie ma tego złego, co by na dobre...."-  sami wiecie....

A jak się skończyło?
Ano, skromniutko. Na dwóch dniach z rzędu i gorączką oprotestowującą wysiłek i nadmiar wrażeń na dzień trzeci, czyli we środę:) Tak, tak, Ignaś o swoje interesy i zdrowie psychiczne zadbać potrafi. Gdy już o krok do przeciążenia jest, lub dwa, daje znać na właściwe sobie sposoby, żeby zwolnić, odpuścić, zaniechać, oddech złapać. Bo gdyby tak mama zagorączkowała, to kto wie, czy zajęcia by się nie odbyły? Wcale to nie jest takie pewne. Od lat półki w aptekach uginają się od magicznych specyfików, gorączkę nokautujących za jedną pigułką, więc efekt wcale nie byłby tak pewny. Ale jak Ignaś zagorączkuje....... no, to sprawa wygląda zupełnie inaczej. Z domu na piędź się nie ruszymy, to jak w banku wiadomo, chyba, że do lekarza jedynie.

Tak więc z 5 dni zostały dwa, a kolejne dwa- przeniesione na za tydzień i dwa. Już tak powolutku. Wplecione w nasze rutynowe zajęcia.
A gorączka? Przepadła. Bez wieści. Jak tylko mama odwołała, przestawiła, odpuściła- zniknęła!:)
To się nazywa skuteczność w osiąganiu swoich celów! Pozazdrościć:)