Kosi kosi łapki

Wychodzę z założenia, że żeby pisać, trzeba mieć o czym. A czy my mamy? Chyba aktualnie nie za bardzo.

Normalnie jakoś u nas. Bez wzlotów i upadków. Może trochę z gulgotem w gardle lub w jakichś niższych okolicach, ale bez dramatu. Kaszelek jakiś baaardzo rzadko, ale się odzywa, ale raczej się z niego cieszę, bo to oznaka, że w środku Ignaś aż taki wiotki nie jest. Kaszleć potrafi.

Kąpiel przebiegła też prawidłowo, no może z takim wyjątkiem, że Ignaś coraz swobodniejszy w tej wannie, tu się przekręci, tak wywinie a nie utonie, to na kolanka się podciągnie, trzymając brzegów wanny. Samodzielny coraz bardziej i stabilny. Jak przez mgłę już wspominam czasy, gdy przelewał się w rękach i nie sposób było go wykąpać, bo dwóch rąk nie starczało do ogarnięcia jego ciała w środowisku, gdzie tarcie jest jakieś takie znikome... Więc też przez kilka pierwszych miesięcy życia Ignaś korzystał z tego dopustu rozpusty dość sporadycznie, co zapewne nie pozostało bez wpływu na jego wrażliwość zmysłów. Ale to już było, i niech nie wróci więcej. Dziś kąpiele coraz bardziej przypominają te sprzed 11 czy 8 lat, z braćmi jego.


A pisałam, w co Ignaś potrafi się bawić? I nie wiadomo, kiedy i w jakiś okolicznościach się tego nauczył? Podejrzewam po cichu, że "przy okazji"- najbardziej popularną metodą wśród dzieci:).
Otóż, jego repertuar ostatnio poszerzył się o stukanie rączką w różne powierzchnie (tradycyjne "puk,puk"), robienie papa, akuku (polegające na zasłanianiu własnoręcznym twarzy przez Ignasia podręcznym ręcznikiem, sweterkiem, szalikiem i oczekiwanie na okrzyk zdziwienia typu "gdzie jest Ignaś", po czym tryumfalnym opuszczeniu zasłony i uśmiechu pełnym zadowolenia). O wyciąganiu talerzyków i ściereczek, bądź też spodenek pieczołowicie układanych uprzednio przez mamę w szafce nie wspomnę. Ani też o waleniu gdzie popadnie metalowym oprzyrządowaniem kuchennym służącym w normalnych okolicznościach do mieszania zupy w garnku.


I tak sobie powolutku żyjemy. Nie licząc naszej wielkiej rewolucji lokalowej, która od nas o krok. Udajemy, że jej nie ma i świetnie się z tym czujemy:)

A dla najwytrwalszych Klikaczy pocieszająca nowina- do 15 grudnia jeszcze tylko 11 dni. Powoli chyba już entuzjazm opada, ale jeśli macie chęć- klikajcie nadal. Nadal będzie mi niezmiernie miło.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.