28 stycznia 2013

Trudne wybory i rewelacja stycznia!

Jako, że życie to ponoć trudna sztuka wyborów- musimy ich dokonywać, chcemy, czy nie chcemy. Chyba, że dysponujemy magiczną umiejętnością mnożenia czasu, naciągania rzeczywistości, przewijania dni i nocy lub klonowania sił i osób.

Zamiast pisania- ostatnio wybierałam więc czytanie. I nie, żeby takie zorientowane, tematyczne, doszkalające, problematyczne.
Zwykłe. Gazetowo- beletrystyczne.
Więc pisania było mniej. A w zasadzie nie było wcale. Coś za coś. Trudno.


W ogóle doszłam do wniosku, że dla naszego wspólnego dobra- mojego i Ignasia (i reszty rodziny również- nie oszukujmy się) muszę od czasu do czasu odpoczywać. Również musimy odpoczywać od siebie. Wzajemnie. Doświadczyłam poza tym namacalnie niemalże, że nie jestem nieskończona. Niewyczerpana. Niezmordowana. Niezniszczalna.
Nie- nie dopadła mnie grypa. Ani żaden inny wirus przenoszony drogą kropelkową czy żadną inną. Nie zarażam.
Dopadło mnie inne coś.
Przemęczenie.
Zaburzenie depresyjnopodobne.
Wyczerpanie materiału.
Stop.

Czy ktoś zna statystyki na temat zaburzeń depresyjnych u rodziców dzieci przewlekle chorych tudzież niepełnosprawnych?
Bo nie sądzę, żebym była jakimś ewenementem.
Oj, nie.
Co więcej, sądzę, że każdego rodzica dopada raz na jakiś czas takie cóś. Taki mega zjazd. Albo częściowy przynajmniej.
Bez względu na to, jakie mechanizmy obrony stosuje i jakie środki zaradcze.
I jak nawet w gruncie rzeczy świetnie sobie z codziennością radzi.
Jest też cena, jaką się płaci. Czynsz. Kwartalny powiedzmy. Niewysoki, ale jednak.
Więc ja płaciłam przez ostatni miesiąc (z akcentem na ostatni tydzień).
Regulowałam należności:) I z tego regulowania właśnie takie wnioski wyciągnęłam. Że muszę odpoczywać, ale nie żeby to taki relaksik 4-7 godzinny snem zwany był. Potrzeba coś więcej. I też nie praca. Bo to relaksik, ale nie taki, o jaki tu chodzi.
Więc czytałam. Zamknięta szczelnie w sypialni, gdzie byle jaki głos nie dochodzi (musiałoby się chyba coś walić, żebym usłyszała, a żadnych takich rewelacji nie zanotowałam po wyjściu spod kołder).

No- to tak na marginesie.

Gdybym się znowu nie odzywała czas jakiś- spokojnie, wybaczcie- odpoczywam. Mus to mus.


A teraz zapowiadana rewelacja STYCZNIOWA:
Kto chce niech wierzy- Ignaś zaczyna stawać! Samodzielnie! Na obu stópkach- jeszcze niebezpiecznie powykrzywianych, ale własnych! Bez ubezpieczających dłoni rehabilitantów! Wieczorem przed snem! We własnym łóżeczku!

MARZYŁAM O TYM! Widziałam to w wyobraźni i marzyłam o tym miesiącami!
I staje się! Hurrrra!

A na deser dziś Pani Kasia ustawiając Ignasia w pozycji pionowej zapytała mimochodem, czy bandażuję mu regularnie stópki (nie pisałam o tym chyba, ale podjęliśmy takie działania, by stopy mu się nie wykoślawiały okrutnie, żeby je jakoś usztywnić, wzmocnić przy próbach stawania)? Bo one takie jakby "lepsze" są?! Papam!

Kochani Rodzice, którzy jesteście gdzieś na początku drogi ze swoim dzieckiem, które ma problemy zdrowotne! Uwierzcie- rehabilitacja naprawdę pomaga!!! Jest szansą i niejednokrotnie czyni cuda!!!
Piszę to, ponieważ pamiętam bezmiar przerażenia, jakie mnie ogarniało na początku, półtora roku temu (ba- prawie dwa lata teu bez mała), gdy po raz pierwszy usłyszałam, że Iggiego trzeba rehabilitować. Najpierw oczywiście musiałam jakoś to przełknąć, oswoić, ułożyć się z tą wiadomością, nie zaprzeczyć. jej, choć pokusa była ogromna. Ale potem byłam baaardzo przerażona i osamotniona wbrew pozorom. Nie znałam żadnego rodzica z niepełnosprawnym dzieckiem, którego mogłabym spytać. O cokolwiek.
Dlatego uważam, że warto to powtarzać i dawać świadectwo. Bo najtrudniej jest uwierzyć. A później to już jakoś idzie.


Jako, że nie oswoiłam jeszcze komputera na nowo i ów chce mi wklejać zdjęcia- a jakże- do góry nogami- dziś znów nic nie będzie obrazkowego. Przepraszam.
Prędzej, czy później oswoję. Ale najpierw- odpocznę;)
Pozdrawiam wszystkich Odwiedzających.
Czy wy też czasem odpoczywacie? Polecam i zachęcam;)

21 stycznia 2013

Etteln dla Ignaca

Miało być o ciężkim poniedziałku. Ale się rozmyśliłam. Poniedziałek już się kończy, więc nie zatrzymujmy go dłużej, niż to konieczne....

Będzie o czymś bardziej pozytywnym. Szlachetnym. Wzruszającym. Bezcennym. O pewnym geście serca. Za którym ruszyły inne serca. I za co dziękujemy.

Otóż, w pewne grudniowe popołudnie, anno domini 2012, w Parafii Katolickiej w Etteln odbył się koncert adwentowy. Występowały w nim "chóry z Etteln*"- tak je nazwijmy- chóry ludzi o wrażliwych sercach, które zgromadziły na tę okoliczność innych ludzi o dobrych sercach. I Ci właśnie ludzie, na czele z pomysłodawczynią akcji- Przyjaciółką naszego domu- Gosią- postanowili  przekazać na konto fundacji darowiznę dla Ignasia z Polski. Z Etteln do Polski. Ładnie to brzmi, czyż nie?:)

Inicjatywa była tym bardziej poruszająca, że zupełnie przez nas nie oczekiwana i niespodziewana...
ma wspomóc rehabilitację Smyka.


A każda godzina bezcenna, bo przybliżająca Ignasia do celu: sprawności fizycznej porównywalnej do rówieśników naszego Brzdąca.

O tym, jak wiele potrafi zdziałać jazda konna czy regularne ćwiczenia, świadczy niezbicie spojrzenie wstecz: jeszcze w sierpniu Ignaś (ku naszej nieopisanej radości) poruszał się wyłącznie pełzając po podłodze. Mały czołgista- jak go nazywaliśmy. W październiku bodajże Ignaś usiadł samodzielnie, co było początkiem pionizacji w jego ścieżce rozwojowej. W grudniu- najpierw zaczął się wspinać po oparciu kanapy i robić wszystko, by stanąć na nóżkach, a następnie- zaskakując nas wszytkich zgromadzonych przy świątecznym stole- wybrał się na krótki kurs w pozycji czworaczej. Naprzemiennie- prawa nóżka, lewa rączka, lewa nóżka, prawa rączka. U dzieci z hipoplazją ciała modzelowatego to nie lada wyczyn. Skoordynować obie strony ciała. W grudniu 2011 nie mieliśmy na to najmniejszych nadziei, przygnębieni, przygięci do ziemi wynikami MRI główki Ignasia.

Jeszcze w październiku również, podczas wizyty u ortopedy, Ignaś budził niepokój. W zaświadczeniu zezwalającym na zabiegi hipoterapii jak byk stało: "z maksymalną ochroną kręgosłupa". Iggi giął się jak paragraf w pozycji siedzącej, by po dwóch miesiącach "jeździectwa" siedzieć wyprostowany jak słup soli, wzorcowo niemalże.


Składamy niniejszym najserdeczniejsze podziękowania wszystkim członkom chóru z Etteln, wszystkim darczyńcom, gościom koncertu, naszej kochanej Małgosi z Paderborn, jej mężowi- Markowi i ich dwóm skarbom: Danieli i Dawidkowi (choć oni zapewne są najmniej zorientowani w sytuacji;). W imieniu własnym i Ignasia!

Ponieważ zbuntowała nam się aplikacja do przesyłania zdjęć, publikuję posta skromnego, bez-zdjęciowego. Ale to chwilowe rozwiązanie. Tymczasowe. Do zobaczenia.


* chóry, które brały udział w koncercie adwentowym 16.12.2012r w Etteln:
- Taktvoll Etteln 2002
- MGV Cacilia Etteln
- Gemischter Chor Henglarn
- Schulerchor und Flotengruppe der Grudnschule Etteln.
Dziękujemy raz jeszcze wszystkim.

Niedziela (opisana w poniedziałek)


To jedyny taki dzień w tygodniu gdy Ignac nie musi wychodzić z domu!

Uwierzycie?

Jak taki mały bąk jest zajęty? zapracowany? a my koło niego również przy okazji....

Na tę okoliczność świętujemy do bólu dzień święty i nosa za drzwi nie wyściubiamy. Zazwyczaj.

Po prostu nie mamy siły.

A w domu tyyyle atrakcji, chodzenia od pokoju do pokoju, gry na keyboardzie, włączanie ekspresu i innych kuchennych sprzętów, że już czasu nie zostaje na ćwiczenie obrazków i dźwięków- które zaleciła nam Pani logopeda.
O tej nowej Pani i spotkaniu z nią napiszę może przy okazji, ale na razie byłaby to zbyt daleka dygresja.

Dziś znów pośpieszna drzemka, która właśnie trwa, a potem wyprawa w wielki świat. Najbardziej mnie boli, gdy muszę wybudzać smyka z takiego słodkiego snu, bo np. zostało nam 45 minut na przedostanie się w jakieś kolejne miejsce rehabilitacji, a na dworze śnieg, i jeszcze przydałoby się lekko odtajać w domu.

Tymczasem powyżej wczorajsze zdjęcie Berbecia po "leniwej niedzieli na łonie rodziny". Leniwej? Taaaka biba była;) a jakże;)!!!


16 stycznia 2013

Marzenia prawdziwego mężczyzny

Nie jestem upoważniona do wypowiedzi w tym temacie, gdyż mężczyzną nie jestem, nie byłam i nie będę zapewne. A jednak...

Obserwacja dwulatka, w nie-pełni władz fizycznych i możliwości poznawczych, dowodzi, że pewne sprawy są uniwersalne w obrębie płci, jaką w sobie i na sobie nosimy (może bardziej w sobie, niż na sobie). Okazuje się bowiem, że można mieć niebagatelne problemy rozwojowe w zakresie poruszania się, sprawności fizycznej jako takiej. Co więcej- można mieć kosmiczne problemy z posługiwaniem się mową ojczystą czy też jakąkolwiek, zrozumiałą dla przeciętnego czy przypadkowego rozmówcy. Można tym bardziej nie władać umiejętnością dodawania, odejmowania, mnożenia i dzielenia. Można potrafić niewiele. I cóż z tego?
Pierwotne instynkty i tak przemówią w odpowiedniej chwili, we właściwym momencie rozwojowym. I tyle.

Rzecz taka ma się właśnie z naszym najmłodszym Skarbem.
Otóż, mimo opisanych powyżej ułomności czy też niedoskonałości, bądź- jak kto woli- spraw do nadrobienia, Ignacy okazał się stuprocentowym młodym mężczyzną, wcale sobie z tego sprawy nie zdając i nie mając o tym zielonego zapewne pojęcia.

Ignacy na widok czterech kółek i piątego w środku jest w stanie zrobić tak karczemną awanturę, że najwytrwalszy rodzic gotowy jest ulec po góra 5 minutach wrzasków, i posadzić jegomościa za upragnionym kółkiem. Tak, jak stało się to dziś po południu właśnie.

Już od kilku dni z pewną regularnością obserwowałam niebezpieczne wychyły syna z fotelika, gdy- szarpiąc się z wiecznie przykrótkimi pasami bezpieczeństwa, starałam się go upiąć na okoliczność czekającej nas podróży w celach- zazwyczaj- rehabilitacyjnych. Wiedziałam o co chodzi, ale czas i pośpiech nie sprzyjały zaspokojeniu jego zainteresowań, tudzież ściskające twardą ręką zimno- gdy właśnie wracaliśmy z wyprawy. Nie będę przecież sterczała w stygnącym samochodzie, popędzana różnymi sprawami, domagającymi się uwagi po powrocie do domu, patrząc jak Ignaś siedzi z rozdziawioną w zachwycie buzią i udaje rajdowca. Na takie poświęcenie mnie nie stać, oj nie.

Ale z tatą, w garażu - to co innego. A jakże! Jak tylko Ignacy zobaczył, że tata, auto, garaż- natychmiast włączył wszystkie dostępne syreny alarmowe i wył tak przejmująco i długo, aż skapitulowaliśmy oboje, ubraliśmy go w strój "zewnętrzny" i sprowadziliśmy ponownie do garażu. Właściwie- uspokoił się natychmiast, jak tylko zobaczył, że zakładamy mu kurteczkę i buciki (bo jednak w garażu też ziąb okrutny) i rozciągnął szeroki wymowny uśmiech na całej twarzy, od ucha, do ucha. On już wiedział, że cel osiągnięty!!!???!!!:) Że ma nas w kieszeni, i że jego głębokie pragnienie- pragnienie chyba wielu mężczyzn i jak się okazuje- bez względu na wiek- zaraz się spełni.

Cóż- właściwie nie wiem, dlaczego się zdziwiłam, odkrywając to wszystko.

Wszak nasi starsi chłopcy w wieku bardzo zbliżonym do aktualnego Ignasia też ładowali się bez pardonu na fotel kierowcy i zapamiętale włączali awaryjne, robiąc przy tym "biii, biip".

Jak to jest więc z tym rozwojem naszego Najmłodszego?...

09 stycznia 2013

Dwa Ignasie



Pamiętacie ten kultowy wierszyk, powtarzany przez wszystkie babcie świata?

Wczoraj na rehabilitacji miałam przyjemność obserwować dwóch Ignasiów, zachwyconych sobą na wzajem, jak w każdym namiętnym związku miłosnym, tuż na jego starcie zazwyczaj:)

Ignaś żywiołowo reagował na Ignasia, dawał mu buziaki, chciał bawić się z nim w kosi łapki i tuli, tuli;)

Gdybyż tak każdy z nas cieszył się na swój widok w lustrze, świat byłby dużo szczęśliwszy i piękniejszy. Zaprawdę:)
 A w naszym życiu harmonogramowa zawierucha. Prócz tego, że doszły nam jedne zajęcia, mamy możliwość skorzystania z rehabilitacji na NFZ w dwóch nowych placówkach. Nowych, jak starych, gdyż jedna z nich właśnie wystarała się o kontrakt w NFZ i rozpoczyna nową drogę życia;) Co z tego wyniknie- przekonamy się zapewne w trakcie. Druga placówka- bliżej nas, jest dopiero na starcie swojego funkcjonowania. Raczkująca, o ile nie w powijakach. Jedna wielka niewiadoma, choć kusząca jest odległość dla nas. Może ominęłyby nas dojazdy? By nie podejmować jednak pochopnych decyzji w sprawie, która jest ze wszech stron najważniejsza, bo dotycząca Ignasia, jego komfortu i zdrowia- postanowiłam nie rewolucjonizować wszystkiego na raz i poczekać na rozwój wypadków. Na szczęście te decyzje mogą poczekać, dojrzewać w spokoju, trzeba tylko nad nimi czuwać troskliwym okiem się przyglądając.
Buziak (a właściwie przygotowanie do całusa) od Ignasiów na "do usłyszenia". Uwierzycie, że rok temu ten chłopczyk miał fatalne rokowania i nie wychodził z pozycji poziomej???

07 stycznia 2013

Spec potrzebny od zaraz!


Jak się Człowiek staje rodzicem Dziecka, w jego świat wkracza milion nowych zadań do sprostania, otwierają się nowe przestrzenie, dotąd niewyobrażalne i niedostępne i jeśli nastąpi odpowiednia mobilizacja- a zwykle następuje- człowiek rozwija się w różnych kierunkach.

Gdy się człowiek staje powoli (bo to proces długofalowy) rodzicem niepełnospawnego dziecka- rzecz ma się podobnie, z tą tylko różnicą, że przestrzeni jest więcej i to takich, o które przy innej konstelacji wydarzeń w ogóle by się nie chciało nawet otrzeć koniuszkiem płaszcza. Rozwój następuje, czy chcemy czy nie chcemy i się z nas podśmiewa tylko cichutko, gdy gymasimy albo zwlekamy z robieniem postępów.

Zwlekałam z tym od roku, tęsknym okiem spoglądając na działania innych Rodziców, a to Franiowych, a to Franciszkowych, albo i Antkowych, ale niespieszno mi było z działań podjęciem, tak jakbym czuła pismo nosem. Ja wiem, wiem - teraz nawet leciwi staruszkowie bratają się z technologią, nowoczesnoscią, nowymi możliwościami dzięki sieci dostępnymi. A ja- taka młoda nieczterdziestoletnia, tym bardziej powinnam w lot pojmować i umysłem obejmować. Ale prawda jest taka, że wzięłam się dziś za to i zniechęceniu, i własnym ograniczeniom uległam i postanowiłam poszukać pomocy.

Czy muszę wszystkiemu dawać radę? Bynajmniej...

Rzecz tyczy się tworzenia aukcji charytatywnych dla Ignasia. Na Allegro oczywiście.

Tyle dałem radę sam! Świat stoi przede mną otwarty!
Kompletnie nie potrafię tego zrobić:(

Może ktoś z Was wie, jak byka wziąć za rogi i do tego obłaskawić na tyle, by go jeszcze zrozumieć i się wzajemnie polubić? Tam trzebaby jakiś szablon stworzyć, zdjęcie Ignaca wstawić bym chciała i takie różne inne jeszcze. Przeszłam przez kilka schodków- a jakże, ale dalej natknęłam się na mur i już mi się go gołą głową przebijać nie uśmiecha...

Zatem z ufnością się zwracam z prośbą o pomoc w tej sprawie do Was, Drodzy Czytelnicy. Może jakieś wskazówki dacie? A może znacie kogoś, kto czynnie mógłby mi pomóc? Wdzięczność niewyobrażalna byłaby z mojej strony....

A co do Ignasia- bo bez niego nic by się wydarzyć tu nie mogło- dziś na kontroli lekarskiej dobre wieści - oskrzela już oswobodzone, czyste, raźnie przeprowadzające powietrze dalej i tylko z działań leczniczych oklepywanie delikatne nam zalecono.
Ignaś dziś pierwszy raz od tygodnia na spacer wyszedł ze mną i cieszył się na ten świat tak entuzjastycznie, że aż żal go było do domu ściągać....

W kwestii Sabrilu- tak jak wcześniej pisałam- nastąpił oczekiwany przez nas zwrot akcji.
Po ostatniej wizycie z badaniem EEG w tle, wniosek Pani Epileptolog jest taki, że nie ma podstaw do rozpoznania u Ignasia padaczki. Wobec tego zalecenie jest, by powoli odstawiać ten lek (na którego stosowanie Pani Doktor "zrobiła wielkie oczy", niczym wilk w "Czerwonym Kapturku";)), co też aktualnie czynimy.
Jak wpłynie to na rozwój Ignasia?- tego nie wiemy z całą pewnością. Można tylko ufać słowom lekarki i własnym przeczuciom. Ale czy w naszej sytuacji przeczucia są odpowiednie, by na nich budować? W XXI wieku, epoce rozpędzonej medycyny? Oby to była właściwa decyzja. Tego życzę przede wszystkim Ignasiowi....

BIM BAM BOM- zegar za moimi plecami wybija 23:30.... Ignaś żywo reaguje na bicie zegarów. To jego nowa fascynacja:)

Jutro nowy dzień. Do zobaczenia.

02 stycznia 2013

Stara inspiracja na nowy rok

Nosiłam ją w kalendarzu przez cały zeszły rok. A że niebawem przyjdzie mi czas się z nim rozstać bezpowrotnie (kalendarzem i rokiem), podzielę się z szerszym Gronem, bo wydaje mi się, że warto.

W formie upominku noworocznego przyjmijcie proszę na dobry początek:

"Nie ma powodu, dla którego nie powinieneś żyć tak, jak nakazuje Ci serce. Twój czas jest ograniczony, więc nie marnuj go, żyjąc cudzym życiem.Nie wpadaj w pułapkę dogmatów, żyjąc poglądami innych ludzi. Nie pozwól, żeby hałas cudzych opinii zagłuszył twój własny wewnętrzny głos. I najważniejsze- miej odwagę podążać za głosem serca i intuicją. W jakiś sposób one już dobrze wiedzą, kim chcesz się stać." (Steve Paul Jobs)


***

Ignaś przestaje powoli gulgać. Abonament na wizyty u pediatry powoli nam się wyczerpuje. Nie pamiętam, kiedy ostatnio wizytowałam przychodnię z taką częstotliwością;) Najdłuższa przerwa- 3 dni. Ale lepiej trzymać rękę na pulsie, zwłaszcza, że jeszcze żaden z moich chłopców nigdy nie miał zapalenia płuc. Więc nie tęskno nam, najogólniej mówiąc, do poszerzania naszych doświadczeń w tym zakresie.

Apetyt mu rośnie niebywale po niedawnej chorobowej zniżce, aż nas dziwota ogarnia. Dwa małe filety z kurczaka na takiego brzdąca to jednak jest wyczyn, prawda?:)

Od jutra zaczynamy nowy sezon rehabilitacyjny, poszerzony o zajęcia z SI. Obok dwóch godzin Bobath'ów, dwóch hipoterapii i standardowo- logopedy, jakoś to upchnęliśmy. Tylko na basen nam tęskno. Na razie musi starczyć wanna...

*** 

W zamęcie ostatnich wydarzeń lekko się pogubiłam i nie wiem: pisałam o Sabrilu? I ostatnim EEG? Jeśli nie- niebawem to nadrobię. Słowo harcerza;)

***

Miłych snów życzę wszystkim.

01 stycznia 2013

Długachne: "Sztuczka na poprawę nastroju"

Ech!
Upiłabym się z żalu i rozrzewnienia za wyciekającą miarowymi kroplami minut błogą beztroską i nudą.
Ech... odsunęłabym zamaszystym gestem w nieskończoność czekającą mnie i moich bliskich rutynę codziennej gonitwy i krzątaniny.
Ech; wymazałabym wszystkie nagryzmolone w terminarzach daty, sprawy do załatwienia, terminy wizyt i uroczystości, o których nie wolno zapomnieć bezkarnie, rozrzutnie...


Buu....., nasz średni syn płacze w przedpowrotnej depresji przed-szkolnej, bo zgubiliśmy w ferworze przeprowadzki książeczkę przygotowań do I Komunii Świętej i pewnie w szkole będzie bura. A książeczka- amba- zniknęła bez śladu z pamięci naszych i gdzie jej tu szukać? W piwnicy, garażu? W której skrzynce jeszcze-nie-rozpakowanej?


Jakoś z roku na rok coraz mniej hucznie świętujemy, tudzież obchodzimy, zmianę Starego na Nowy Rok.

A bo toż jest co obchodzić?- tak zwykle dziwił się Tata, gdy Mama chciała się bawić i cieszyć z tej okazji corocznie i wstecznie. I tak- prawem ciążenia i przynależności, a także zależności i przyciągania się podobieństw (a może odpychania? któż to sprawdzi i jakie to ma teraz znaczenie?), na Mamę przelazło jakoś niewidzialnie to przekonanie z Taty i też już cieszyć się przestała nadmiernie.
Gapiła się tylko z nieco-niedowierzaniem, a nieco-zdziwieniem, na eksplodujące to tu, to tam fajerwerki- a każde lepsze, inne, barwniejsze, niespodziewane w kolorze i kształcie- i w głowę zachodziła, po co to wszystko? Głośno było jak na wojnie, tylko dużo barwniej i weselej. I krócej na szczęście, bezkrwawo.
I Ignaś się nie obudził, śpiąc smacznie...

I tak mamy kolejny rok naszego życia. Dane nam było go dożyć i TO jest piękne. Że możemy się cieszyć swoją obecnością. Niektórych już z nami nie ma, choć rok temu jeszcze byli.... Ale pst. Nie o tym chciałam.

Pytanie jedno jakiś czas temu postawiło przede mną, poprzez regularnych kształtów usta pewnej Pani Psycholog, życie i poodmieniało mi się nieco moje nastawienie i rozumienie niektórych spraw, wartości, porządków. Antydepresyjne pytanie, do którego każdy rodzic pewnie w końcu dociera na swojej drodze oswajania choroby czy nieregularności swojego dziecka.

Tak- Ignaś z pewnością jest NIEREGULARNY. Ładne to określenie na niego;) a właściwie na jego rozwój...

Możnaby też użyć- 'niepełnosprawny' (przestałam się już tego bać, przydatne zwłaszcza na zatłoczonych parkingach;), 'opóźniony w rozwoju psychoruchowym' (taka prawda, a jakże), 'inny/chory/z problemami' (ale dla kogo bardziej? dla niego czy dla nas?). Ale po co? Więc przyjmijmy tę jego nieregularność za normę i jest dużo łatwiej i przyjemniej. A juści.

No, to teraz do pytania wróćmy, bo ono okazało się banalne i jednocześnie bardzo, zasadniczo ważne dla całej mojej wewnętrznej struktury. I co najlepsze- o niedookreślonych odpowiedziach, które się same mnożą, jeśli im tylko na to pozwolić, dać małą, najdrobniejszą szansę choćby i nie przeszkadzać. To się nazywa Pytanie, prawda?:)
Otóż, brzmiało ono jakoś tak w przybliżeniu: co dzięki Ignasiowi nasza Rodzina zyskała?... (w domyśle i przy uwzględnieniu jego nieregularności właśnie).
Ot- standardowa psychoterapeutyczna sztuczka na poprawę nastroju. Mała manipulacyjka językowo-semantyczna, przewracająca świat do góry nogami, jeśli jej tylko na to pozwolić.

Pozwoliłam.

Niełatwe to było na początku. Skrzywiłam się tylko kwaśno, jak po cytrynie czy kiszonej kapuście niepłukanej, w okolicy mostka czując nieomylnie narastające zniecierpliwienie i politowanie dla owego taniego chwytu terapeutycznego, wymierzonego we mnie przez nie-mającą-o-niczym-pojęcia młodą kobietę, bezdzietną zapewne.
I łudząc się, że tego nie zauważy naiwna, przywdziałam minę "nic nie okazującą", monolit.

Ale podziałało. Drożdże tak mają- cichutko i powolutku bąbelkują swój zaczyn, byle im tylko trochę ciepła i spokoju ofiarować. Urosło. Najpierw jedno, że oto nie muszę pracować na cały etat, a tak pewnie bym już musiała bezwzględnie się ustatkować i ustabilizować zawodowo. A nie muszę. Mogę sobie na waciki zarabiać bez wyrzutów sumienia i zdruzgotanego poczucia własnej wartości;)
Widzicie: Proszę bardzo- jedno jest:) na początek, na rozbieg, na rozgrzewkę wstępne.

Albo- o czym niedawno pisałam- nasza przeprowadzka. Nigdy byśmy się na nią nie zdecydowali, gdyby nie Ignacy. Nigdy nie zrealizowalibyśmy tego marzenia, bo po co??? I proszę- bingo! Jest! Udało się!
Chłopcy w końcu mają swoje oddzielne pokoje, a Tata- upragniony garaż:)... Zrobione. Done. Gemacht.

Intrapsychicznie też się to na mnie odbiło, bo wiele się nauczyłam. Dojrzałam. Wydoroślałam (wyobraźcie sobie, że po 30-tce i prawie przed 40-tką też jeszcze można ciągle:)). Ogarnęłam swój lęk, oswoiłam, rozpoznałam i znokautowałam. A już na pewno nie daję mu wyjść na prowadzenie. Skutkiem ubocznym tej procedury jest odnalezienie kontaktu z własną intuicją. I większa gotowość do przyjmowania odpowiedzialności za podjęte decyzje, których czasem po prostu nie da się uniknąć. Nie zrzucanie winy na innych to wielki dar, sprawiający, że życie traci na ciężkości i nabiera paradoksalnie lekkości, czaru i uroku.Wydobywa nas z padołu poczucia krzywdy, winy i zgorzknienia. Wszystko inaczej wtedy wygląda i lepiej...

Doświadczyłam troski wszechświata, że tak to nazwę... Dobroci, która do nas dociera w różnych kształtach i z różnych kierunków, pod różnymi postaciami. Dopiero będąc w potrzebie, możemy to naprawdę odkryć. Syty głodnego nie zrozumie... sytego nie można nakarmić. Głodnego- tak.

I przewartościowałam w sobie oczekiwania od życia, od siebie, od bliskich, od innych. Jeszcze rok temu z niepokojem śledziłam różne harmonogramy rozwoju dziecka i próbowałam usilnie umiejscowić w nich gdzieś Ignasia z jego umiejętnościami, a raczej ich brakiem ogólnym. Ściskało mnie w gardle, ale głównie lęk właśnie, że on się nijak nie wyrabia w tych normach, że nie idzie zgodnie z przewidywaniami, że właściwie NIC SIĘ NIE DA POWIEDZIEĆ O JEGO PRZYSZŁYM ROZWOJU!, Jaki będzie ten rozwój?!!!! czy będzie?!!!! Hę???!!!
Potraficie żyć z takim niepokojem????!
Z taką niejasnością o zdrowie i sprawność swojego dziecka????!
Ja nie potrafiłam.
Nie- do tamtej pory, do teraz.
Ale już potrafię. Wiem jak to się robi. Normalnie. Po prostu SIĘ ŻYJE. Ot tak. Zwyczajnie. Da się. NORMALNIE traktować brak normy. Dla mnie to nie lada wyczyn i szczyt elastyczności. A dla Was???

I wiele tu bym jeszcze mnożyć mogła tych odpowiedzi, bo jak tylko przełknęłam tę kwaśność i skwaszenie w sobie, to zaczęły pączkować we mnie te mniejsze i większe dary od Ignasia i jego choroby. I coraz łatwiej je dostrzegać, więc lżej się myśli i żyje. Ot- sztuczka psychologiczna. Skuteczna. Banalna. Błogosławiona.

I w ten oto sposób na chwilę udało mi  się uciec przed jutrem;)
Ale już ta moja ucieczka dobiega końca, bo północ za pasem i trzeba się w sen zanurzyć, a jutro wcisnąć się w przykrótką dobę i za ciasne siły fizyczne. Poustawiać nowy harmonogram rehabilitacji, pozałatwiać formalności związane z przemeldowaniem i jeszcze iść do pracy na 6 godzin i znaleźć na to wszystko siły, co codziennie każda mama zrobić musi, chce czy nie chce:) Chce....