01 stycznia 2013

Długachne: "Sztuczka na poprawę nastroju"

Ech!
Upiłabym się z żalu i rozrzewnienia za wyciekającą miarowymi kroplami minut błogą beztroską i nudą.
Ech... odsunęłabym zamaszystym gestem w nieskończoność czekającą mnie i moich bliskich rutynę codziennej gonitwy i krzątaniny.
Ech; wymazałabym wszystkie nagryzmolone w terminarzach daty, sprawy do załatwienia, terminy wizyt i uroczystości, o których nie wolno zapomnieć bezkarnie, rozrzutnie...


Buu....., nasz średni syn płacze w przedpowrotnej depresji przed-szkolnej, bo zgubiliśmy w ferworze przeprowadzki książeczkę przygotowań do I Komunii Świętej i pewnie w szkole będzie bura. A książeczka- amba- zniknęła bez śladu z pamięci naszych i gdzie jej tu szukać? W piwnicy, garażu? W której skrzynce jeszcze-nie-rozpakowanej?


Jakoś z roku na rok coraz mniej hucznie świętujemy, tudzież obchodzimy, zmianę Starego na Nowy Rok.

A bo toż jest co obchodzić?- tak zwykle dziwił się Tata, gdy Mama chciała się bawić i cieszyć z tej okazji corocznie i wstecznie. I tak- prawem ciążenia i przynależności, a także zależności i przyciągania się podobieństw (a może odpychania? któż to sprawdzi i jakie to ma teraz znaczenie?), na Mamę przelazło jakoś niewidzialnie to przekonanie z Taty i też już cieszyć się przestała nadmiernie.
Gapiła się tylko z nieco-niedowierzaniem, a nieco-zdziwieniem, na eksplodujące to tu, to tam fajerwerki- a każde lepsze, inne, barwniejsze, niespodziewane w kolorze i kształcie- i w głowę zachodziła, po co to wszystko? Głośno było jak na wojnie, tylko dużo barwniej i weselej. I krócej na szczęście, bezkrwawo.
I Ignaś się nie obudził, śpiąc smacznie...

I tak mamy kolejny rok naszego życia. Dane nam było go dożyć i TO jest piękne. Że możemy się cieszyć swoją obecnością. Niektórych już z nami nie ma, choć rok temu jeszcze byli.... Ale pst. Nie o tym chciałam.

Pytanie jedno jakiś czas temu postawiło przede mną, poprzez regularnych kształtów usta pewnej Pani Psycholog, życie i poodmieniało mi się nieco moje nastawienie i rozumienie niektórych spraw, wartości, porządków. Antydepresyjne pytanie, do którego każdy rodzic pewnie w końcu dociera na swojej drodze oswajania choroby czy nieregularności swojego dziecka.

Tak- Ignaś z pewnością jest NIEREGULARNY. Ładne to określenie na niego;) a właściwie na jego rozwój...

Możnaby też użyć- 'niepełnosprawny' (przestałam się już tego bać, przydatne zwłaszcza na zatłoczonych parkingach;), 'opóźniony w rozwoju psychoruchowym' (taka prawda, a jakże), 'inny/chory/z problemami' (ale dla kogo bardziej? dla niego czy dla nas?). Ale po co? Więc przyjmijmy tę jego nieregularność za normę i jest dużo łatwiej i przyjemniej. A juści.

No, to teraz do pytania wróćmy, bo ono okazało się banalne i jednocześnie bardzo, zasadniczo ważne dla całej mojej wewnętrznej struktury. I co najlepsze- o niedookreślonych odpowiedziach, które się same mnożą, jeśli im tylko na to pozwolić, dać małą, najdrobniejszą szansę choćby i nie przeszkadzać. To się nazywa Pytanie, prawda?:)
Otóż, brzmiało ono jakoś tak w przybliżeniu: co dzięki Ignasiowi nasza Rodzina zyskała?... (w domyśle i przy uwzględnieniu jego nieregularności właśnie).
Ot- standardowa psychoterapeutyczna sztuczka na poprawę nastroju. Mała manipulacyjka językowo-semantyczna, przewracająca świat do góry nogami, jeśli jej tylko na to pozwolić.

Pozwoliłam.

Niełatwe to było na początku. Skrzywiłam się tylko kwaśno, jak po cytrynie czy kiszonej kapuście niepłukanej, w okolicy mostka czując nieomylnie narastające zniecierpliwienie i politowanie dla owego taniego chwytu terapeutycznego, wymierzonego we mnie przez nie-mającą-o-niczym-pojęcia młodą kobietę, bezdzietną zapewne.
I łudząc się, że tego nie zauważy naiwna, przywdziałam minę "nic nie okazującą", monolit.

Ale podziałało. Drożdże tak mają- cichutko i powolutku bąbelkują swój zaczyn, byle im tylko trochę ciepła i spokoju ofiarować. Urosło. Najpierw jedno, że oto nie muszę pracować na cały etat, a tak pewnie bym już musiała bezwzględnie się ustatkować i ustabilizować zawodowo. A nie muszę. Mogę sobie na waciki zarabiać bez wyrzutów sumienia i zdruzgotanego poczucia własnej wartości;)
Widzicie: Proszę bardzo- jedno jest:) na początek, na rozbieg, na rozgrzewkę wstępne.

Albo- o czym niedawno pisałam- nasza przeprowadzka. Nigdy byśmy się na nią nie zdecydowali, gdyby nie Ignacy. Nigdy nie zrealizowalibyśmy tego marzenia, bo po co??? I proszę- bingo! Jest! Udało się!
Chłopcy w końcu mają swoje oddzielne pokoje, a Tata- upragniony garaż:)... Zrobione. Done. Gemacht.

Intrapsychicznie też się to na mnie odbiło, bo wiele się nauczyłam. Dojrzałam. Wydoroślałam (wyobraźcie sobie, że po 30-tce i prawie przed 40-tką też jeszcze można ciągle:)). Ogarnęłam swój lęk, oswoiłam, rozpoznałam i znokautowałam. A już na pewno nie daję mu wyjść na prowadzenie. Skutkiem ubocznym tej procedury jest odnalezienie kontaktu z własną intuicją. I większa gotowość do przyjmowania odpowiedzialności za podjęte decyzje, których czasem po prostu nie da się uniknąć. Nie zrzucanie winy na innych to wielki dar, sprawiający, że życie traci na ciężkości i nabiera paradoksalnie lekkości, czaru i uroku.Wydobywa nas z padołu poczucia krzywdy, winy i zgorzknienia. Wszystko inaczej wtedy wygląda i lepiej...

Doświadczyłam troski wszechświata, że tak to nazwę... Dobroci, która do nas dociera w różnych kształtach i z różnych kierunków, pod różnymi postaciami. Dopiero będąc w potrzebie, możemy to naprawdę odkryć. Syty głodnego nie zrozumie... sytego nie można nakarmić. Głodnego- tak.

I przewartościowałam w sobie oczekiwania od życia, od siebie, od bliskich, od innych. Jeszcze rok temu z niepokojem śledziłam różne harmonogramy rozwoju dziecka i próbowałam usilnie umiejscowić w nich gdzieś Ignasia z jego umiejętnościami, a raczej ich brakiem ogólnym. Ściskało mnie w gardle, ale głównie lęk właśnie, że on się nijak nie wyrabia w tych normach, że nie idzie zgodnie z przewidywaniami, że właściwie NIC SIĘ NIE DA POWIEDZIEĆ O JEGO PRZYSZŁYM ROZWOJU!, Jaki będzie ten rozwój?!!!! czy będzie?!!!! Hę???!!!
Potraficie żyć z takim niepokojem????!
Z taką niejasnością o zdrowie i sprawność swojego dziecka????!
Ja nie potrafiłam.
Nie- do tamtej pory, do teraz.
Ale już potrafię. Wiem jak to się robi. Normalnie. Po prostu SIĘ ŻYJE. Ot tak. Zwyczajnie. Da się. NORMALNIE traktować brak normy. Dla mnie to nie lada wyczyn i szczyt elastyczności. A dla Was???

I wiele tu bym jeszcze mnożyć mogła tych odpowiedzi, bo jak tylko przełknęłam tę kwaśność i skwaszenie w sobie, to zaczęły pączkować we mnie te mniejsze i większe dary od Ignasia i jego choroby. I coraz łatwiej je dostrzegać, więc lżej się myśli i żyje. Ot- sztuczka psychologiczna. Skuteczna. Banalna. Błogosławiona.

I w ten oto sposób na chwilę udało mi  się uciec przed jutrem;)
Ale już ta moja ucieczka dobiega końca, bo północ za pasem i trzeba się w sen zanurzyć, a jutro wcisnąć się w przykrótką dobę i za ciasne siły fizyczne. Poustawiać nowy harmonogram rehabilitacji, pozałatwiać formalności związane z przemeldowaniem i jeszcze iść do pracy na 6 godzin i znaleźć na to wszystko siły, co codziennie każda mama zrobić musi, chce czy nie chce:) Chce....









3 komentarze:

  1. Bardzo fajnie się ten post czyta:)
    Pozdrawiam ciepło i jeszcze Nowo Rocznie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięks:)Pierwszy komentarz w Nowym Roku:) Cieszę się...
    Już północ- śpimy????;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dużo zdrówka i pomyślności w Nowym 2013 Roku życzymy :) Pozdrawiamy z Majusiowego świata

    OdpowiedzUsuń