Marzenia prawdziwego mężczyzny

Nie jestem upoważniona do wypowiedzi w tym temacie, gdyż mężczyzną nie jestem, nie byłam i nie będę zapewne. A jednak...

Obserwacja dwulatka, w nie-pełni władz fizycznych i możliwości poznawczych, dowodzi, że pewne sprawy są uniwersalne w obrębie płci, jaką w sobie i na sobie nosimy (może bardziej w sobie, niż na sobie). Okazuje się bowiem, że można mieć niebagatelne problemy rozwojowe w zakresie poruszania się, sprawności fizycznej jako takiej. Co więcej- można mieć kosmiczne problemy z posługiwaniem się mową ojczystą czy też jakąkolwiek, zrozumiałą dla przeciętnego czy przypadkowego rozmówcy. Można tym bardziej nie władać umiejętnością dodawania, odejmowania, mnożenia i dzielenia. Można potrafić niewiele. I cóż z tego?
Pierwotne instynkty i tak przemówią w odpowiedniej chwili, we właściwym momencie rozwojowym. I tyle.

Rzecz taka ma się właśnie z naszym najmłodszym Skarbem.
Otóż, mimo opisanych powyżej ułomności czy też niedoskonałości, bądź- jak kto woli- spraw do nadrobienia, Ignacy okazał się stuprocentowym młodym mężczyzną, wcale sobie z tego sprawy nie zdając i nie mając o tym zielonego zapewne pojęcia.

Ignacy na widok czterech kółek i piątego w środku jest w stanie zrobić tak karczemną awanturę, że najwytrwalszy rodzic gotowy jest ulec po góra 5 minutach wrzasków, i posadzić jegomościa za upragnionym kółkiem. Tak, jak stało się to dziś po południu właśnie.

Już od kilku dni z pewną regularnością obserwowałam niebezpieczne wychyły syna z fotelika, gdy- szarpiąc się z wiecznie przykrótkimi pasami bezpieczeństwa, starałam się go upiąć na okoliczność czekającej nas podróży w celach- zazwyczaj- rehabilitacyjnych. Wiedziałam o co chodzi, ale czas i pośpiech nie sprzyjały zaspokojeniu jego zainteresowań, tudzież ściskające twardą ręką zimno- gdy właśnie wracaliśmy z wyprawy. Nie będę przecież sterczała w stygnącym samochodzie, popędzana różnymi sprawami, domagającymi się uwagi po powrocie do domu, patrząc jak Ignaś siedzi z rozdziawioną w zachwycie buzią i udaje rajdowca. Na takie poświęcenie mnie nie stać, oj nie.

Ale z tatą, w garażu - to co innego. A jakże! Jak tylko Ignacy zobaczył, że tata, auto, garaż- natychmiast włączył wszystkie dostępne syreny alarmowe i wył tak przejmująco i długo, aż skapitulowaliśmy oboje, ubraliśmy go w strój "zewnętrzny" i sprowadziliśmy ponownie do garażu. Właściwie- uspokoił się natychmiast, jak tylko zobaczył, że zakładamy mu kurteczkę i buciki (bo jednak w garażu też ziąb okrutny) i rozciągnął szeroki wymowny uśmiech na całej twarzy, od ucha, do ucha. On już wiedział, że cel osiągnięty!!!???!!!:) Że ma nas w kieszeni, i że jego głębokie pragnienie- pragnienie chyba wielu mężczyzn i jak się okazuje- bez względu na wiek- zaraz się spełni.

Cóż- właściwie nie wiem, dlaczego się zdziwiłam, odkrywając to wszystko.

Wszak nasi starsi chłopcy w wieku bardzo zbliżonym do aktualnego Ignasia też ładowali się bez pardonu na fotel kierowcy i zapamiętale włączali awaryjne, robiąc przy tym "biii, biip".

Jak to jest więc z tym rozwojem naszego Najmłodszego?...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.