Trudne wybory i rewelacja stycznia!

Jako, że życie to ponoć trudna sztuka wyborów- musimy ich dokonywać, chcemy, czy nie chcemy. Chyba, że dysponujemy magiczną umiejętnością mnożenia czasu, naciągania rzeczywistości, przewijania dni i nocy lub klonowania sił i osób.

Zamiast pisania- ostatnio wybierałam więc czytanie. I nie, żeby takie zorientowane, tematyczne, doszkalające, problematyczne.
Zwykłe. Gazetowo- beletrystyczne.
Więc pisania było mniej. A w zasadzie nie było wcale. Coś za coś. Trudno.


W ogóle doszłam do wniosku, że dla naszego wspólnego dobra- mojego i Ignasia (i reszty rodziny również- nie oszukujmy się) muszę od czasu do czasu odpoczywać. Również musimy odpoczywać od siebie. Wzajemnie. Doświadczyłam poza tym namacalnie niemalże, że nie jestem nieskończona. Niewyczerpana. Niezmordowana. Niezniszczalna.
Nie- nie dopadła mnie grypa. Ani żaden inny wirus przenoszony drogą kropelkową czy żadną inną. Nie zarażam.
Dopadło mnie inne coś.
Przemęczenie.
Zaburzenie depresyjnopodobne.
Wyczerpanie materiału.
Stop.

Czy ktoś zna statystyki na temat zaburzeń depresyjnych u rodziców dzieci przewlekle chorych tudzież niepełnosprawnych?
Bo nie sądzę, żebym była jakimś ewenementem.
Oj, nie.
Co więcej, sądzę, że każdego rodzica dopada raz na jakiś czas takie cóś. Taki mega zjazd. Albo częściowy przynajmniej.
Bez względu na to, jakie mechanizmy obrony stosuje i jakie środki zaradcze.
I jak nawet w gruncie rzeczy świetnie sobie z codziennością radzi.
Jest też cena, jaką się płaci. Czynsz. Kwartalny powiedzmy. Niewysoki, ale jednak.
Więc ja płaciłam przez ostatni miesiąc (z akcentem na ostatni tydzień).
Regulowałam należności:) I z tego regulowania właśnie takie wnioski wyciągnęłam. Że muszę odpoczywać, ale nie żeby to taki relaksik 4-7 godzinny snem zwany był. Potrzeba coś więcej. I też nie praca. Bo to relaksik, ale nie taki, o jaki tu chodzi.
Więc czytałam. Zamknięta szczelnie w sypialni, gdzie byle jaki głos nie dochodzi (musiałoby się chyba coś walić, żebym usłyszała, a żadnych takich rewelacji nie zanotowałam po wyjściu spod kołder).

No- to tak na marginesie.

Gdybym się znowu nie odzywała czas jakiś- spokojnie, wybaczcie- odpoczywam. Mus to mus.


A teraz zapowiadana rewelacja STYCZNIOWA:
Kto chce niech wierzy- Ignaś zaczyna stawać! Samodzielnie! Na obu stópkach- jeszcze niebezpiecznie powykrzywianych, ale własnych! Bez ubezpieczających dłoni rehabilitantów! Wieczorem przed snem! We własnym łóżeczku!

MARZYŁAM O TYM! Widziałam to w wyobraźni i marzyłam o tym miesiącami!
I staje się! Hurrrra!

A na deser dziś Pani Kasia ustawiając Ignasia w pozycji pionowej zapytała mimochodem, czy bandażuję mu regularnie stópki (nie pisałam o tym chyba, ale podjęliśmy takie działania, by stopy mu się nie wykoślawiały okrutnie, żeby je jakoś usztywnić, wzmocnić przy próbach stawania)? Bo one takie jakby "lepsze" są?! Papam!

Kochani Rodzice, którzy jesteście gdzieś na początku drogi ze swoim dzieckiem, które ma problemy zdrowotne! Uwierzcie- rehabilitacja naprawdę pomaga!!! Jest szansą i niejednokrotnie czyni cuda!!!
Piszę to, ponieważ pamiętam bezmiar przerażenia, jakie mnie ogarniało na początku, półtora roku temu (ba- prawie dwa lata teu bez mała), gdy po raz pierwszy usłyszałam, że Iggiego trzeba rehabilitować. Najpierw oczywiście musiałam jakoś to przełknąć, oswoić, ułożyć się z tą wiadomością, nie zaprzeczyć. jej, choć pokusa była ogromna. Ale potem byłam baaardzo przerażona i osamotniona wbrew pozorom. Nie znałam żadnego rodzica z niepełnosprawnym dzieckiem, którego mogłabym spytać. O cokolwiek.
Dlatego uważam, że warto to powtarzać i dawać świadectwo. Bo najtrudniej jest uwierzyć. A później to już jakoś idzie.


Jako, że nie oswoiłam jeszcze komputera na nowo i ów chce mi wklejać zdjęcia- a jakże- do góry nogami- dziś znów nic nie będzie obrazkowego. Przepraszam.
Prędzej, czy później oswoję. Ale najpierw- odpocznę;)
Pozdrawiam wszystkich Odwiedzających.
Czy wy też czasem odpoczywacie? Polecam i zachęcam;)

Komentarze

  1. Ależ oczywiście że musimy się czasem zresetowac, zdystansowac, naładować akumulatory. W końcu nie jesteśmy perpetum mobile!!! Raz na jakiś czas dopada mnie frustracja i wtedy w progu przekazuję mężowi dzieci obwieszczając że ja muszę wyjść- gdziekolwiek. A jak wrócę to będę się lenić, barykadować i odpoczywać. I następuje reset, głównie emocjonalny. A potem znowu mogę brać dwukółkę na plecy i ciągnąć:-)
    Gratuluję Ignasiu!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. I tak mi jeszcze po głowie chodzi z tym bandażowaniem stópek, czy próbowaliście plastrów do tapingu?

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za wsparcie:) Czasem zapominam, że nie jestem robotem:)Na szczęście organizm jest mądrzejszy od umysłu i sam przypomina, że nie;)

    A propos tapingu- pytałam naszą Rehabilitantkę, ale twierdzi, że będą mu spadać i się odklejać, bo zbyt ruchliwe ma te stópki:) A szkoda- mielibyśmy chyba wygodniej, bo bandaże czasem do butków się nie mieszczą no i trzeba je codziennie nawijać na stópki... Na szczęście Ignaś to akceptuje i przynajmniej nie ma walki.

    Pozdrawiam Ciebie i Antoniego;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj chyba takich mam jest o wiele więcej , które potrzebują wyciszenia i nabrania wielkie energii i siły. Ja ostatnio też miewam takie różne zachowania i ciężko z tym sobie poradzić. Najważniejsze jest móc zregenerować siły i powrócić do rzeczywistości w nieco lepszej formie. Tego Tobie i sobie życzę. Gratulacje dla Ignasia!!! Pozdrawiamy Was serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  5. :) zmęczenie jest groźne, niestety. Raz na czas trzeba je z siebie porządnie strząsnąć... trzymaj(my) się;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.