25 lutego 2013

Wychodzenie zza "mgły"*

Mam wrażenie, że właśnie coś takiego dzieje się obecnie z Ignasiem.

Jest jakby bardziej wyrazisty.

Zmienił się.

Pisałam już o tych zmianach, a on co i rusz wprowadza nową jakość w nasze relacje i w swoje relacje ze światem.

Zaczęło się od przespanych nocy. Od przytulania. Od okazywania nam czułości.
Później doszło raczkowanie i próby samodzielnego jedzenia.
Następnie przyszła kolej na komunikowanie się poprzez wyraźne "a", "e". I generalnie wzbogacony zasób dźwięków, którymi się Ignaś bawi.
Skok rozwojowy, jaki w tej chwili obserwujemy u Ignasia nas zachwyca. Czasem jesteśmy oniemiali z podziwu i szczęścia. Choćby wówczas, gdy Ignaś bawił się w chowanego z Ciocią Olą- chował jej się za kanapą i niespodziewanie zza niej "wyskakiwał". On rozumie bardzo wiele!!! Jestem o tym przekonana.
Dziś na rehabilitacji wykonywał wszystkie propozycje i polecenia (no, prawie:)). Zdejmował lali skarpetkę, dawał jej pić z kubeczka (cóż, że na głowie), podawał nam różne przedmioty! A przy tym tryskał wybitnie wyśmienitym humorem. Był CUDNY!
A tuż po zajęciach- zupełnie nie kwapiąc się do opuszczania sali "tortur", bawił się z rzeczoną "lalą", ściskał, dawał buziaki. Cud! Przepięknie!
Spójrzcie tylko:




Ignaś jest inny. Wiem i czuję to na pewno. Jakby do nas skądś wracał. Skąd?
Mam nieprzeparte wrażenie, że to jednak ma jakiś związek z odstawieniem Sabrilu. I czuję, że to była dobra decyzja. Oby tylko nie trafił nigdy tam, skąd teraz do nas wraca....

Jest jeszcze wiele takich drobiazgów, którymi chciałabym się dzielić, opowiadając o Ignasiu dziś. Ale powoli. Dajmy czasowi czas, by te drobiazgi mogły się ugruntować. Osadzić...

*Metafora "mgły" jest autorstwa Pani Kasi- rehabilitantki Ignasia. Urzekła mnie jej trafność:) Stąd zapożyczam na wieczne nieoddanie;)




21 lutego 2013

Niewyboiście. Nareszcie...(?)

Raz na jakiś czas dociera do nas powiew spokoju, rozciągniętego po horyzont.
Dzień rozpoczyna się od przekomarzania starszych chłopców, zrzucających opary snów z powiek, płatków z mlekiem i płatków z nieba.

Potem budzi się Ignaś, rozciągnięty jak leniwy kocur, w poprzek dorosłego łóżka rodziców, do którego wdarł się o piątej nad ranem, nucąc swoją piosenkę o zgubionym smoczku. Tak, tak- Ignaś wielbi smoczka z nieustającym zaangażowaniem i oddaniem i choćby nie wiem jak poważne zalecenia logopedów nie zmuszą nas do odebrania mu tej nieopisanej rozkoszy i źródła ulgi w wielu stresujących momentach, których przecież ma niemało. Jednak, gdy smoczek niefortunnie gdzieś się wymsknie z półotwartych ust tuż przed świtem, robi się mało kolorowo i należy działać natychmiast. Inaczej czeka nas pobudka, a tego rodzice nie lubią serdecznie i najbardziej:)

Dalej dzień wystukuje swój powolny rytm, rozpięty pomiędzy wyjściem na jakieś ćwiczenia, posiłki, leniuchowanie, zabawę i krzątaninę.

Jako poważny dwulatek, Ignaś dzielnie wytrzymuje już cały dzień na jednej drobnej drzemce. Wchodzi w rytm typowy co prawda dla dzieci o rok młodszych, ale jest to z pewnością duży postęp dla niego. Do niedawna potrzebował dwóch pauz, kosztem nocnego "balangowania" do późna. Zastanawiam się też, co można przypisać odstawieniu leku przeciwpadaczkowego, a co naturalnemu rytmowi rozwojowemu Ignasia. Ale szybko przestaję nad tym rozmyślać, bo i tak prawdy nie dojdę... I właściwie to bez znaczenia. Znaczenie ma ZMIANA.

Celebruję więc ten spokój, uczę się go i próbuję przekonać, żeby został jak najdłużej. Jest nam bardzo potrzebny. Już czas najwyższy, by nowy układ zatrybił i szedł swoim przewidywalnym tempem.
Poniedziałek- bobathy.
Wtorek- bobathy i logopeda.
Środa- konie.
Czwartek - SI.
Piątek- logopeda i bobathy.
Sobota - konie.

I wszystko. I nic więcej. I oby nic się nie wydarzało. Oby można było dorzucić tylko tu i tam spacer po okolicy. Bez celu, bez sprawunków, bez listów do wysłania, bez skierowań do odebrania.
Bez dodatkowych atrakcji, które burzą misternie układany plan w drobny mak. Zmiatają jak tornado ostrożnie składaną całość.

Od początku stycznia przechodzimy taką permamentną zawieruchę. Nie możemy znaleźć rytmu właśnie. Miotamy się. I przypuszczam, że to właśnie było źródłem umęczenia i rozedrgania materiału psychicznego, jakim jest matka. A drgania te natychmiast przenoszą się na pozostałe elementy układu. I zaczyna panować chaos.

Ale może już po. Może to już za nami. Może, jak każda nowa materia, nasz plan na 2013 rok już się ułożył, osiadł? Może już będzie spokojnie właśnie? Niehałaśliwie? Niewyboiście?

Oby.

Tymczasem, skądinąd, już wiem, że są WYNIKI. W listopadzie wysłaliśmy krew na badania do IMiDu. Tzn. w naszym imieniu wysłał je lekarz genetyk. Badanie z użyciem mikromacierzy. Mercedes.
Jakie owe wyniki są, tego jeszcze nie wiemy. Czekamy na wersję pisaną, którą będzie można odebrać  w Poradni Genetycznej.
Co nam przyniosą?
I czy naprawdę tej wiedzy nam potrzeba?
Nie wiem.
Boję się.
Dobrej nocy.
Mama.

19 lutego 2013

Idę na ustępstwa...

A niech im będzie! Niech mają! Niech się cieszą! Niech opowiadają wszem i wobec o tym, że od kilku dni (tygodnia?) znów postanowiłem coś zmienić.

Największym wrogiem małego człowieka jest nuda, rzecz jasna.
To ona zapewne sprawia, że - by jej uniknąć za wszelką cenę- co i rusz obmyślam, czym by tu ją przechytrzyć, zwalczyć, nie dać się omotać.
Wymyślam gorliwie, z rozmachem, z fantazją, ku wielkiej uciesze Mamy, Taty, Babci, Dziadka i wszystkich moich szacownych cioć i wujków coraz to nowe .
I braci- choć im to pewnie, ordynarnie mówiąc, koło nosa lata, czy jestem taki czy inny. Dość, żebym im zbyt często głowy sobą nie zawracał, na kompie dał w spokoju pograć, a w odpowiedzi na wygłupy (różnej klasy i poziomu) śmiał się do rozpuku, wprawiając w miarowe podrygi wszystkich świadków tego przedsięwzięcia, zgromadzonych przy stole.

No więc- wymyśliłem.
Przerzucę się na cztery kończyny i nieco podniosę poziom. W gruncie rzeczy z wysokości 35 cm nad podłogą widać więcej, niż z 20cm, prawda?
Do tego dodam jeszcze jakiś mały drobiazg- ot, będę na przykład, raczkując, trzymał w dłoni jakiś drobny przedmiot (a niech no mi ktoś spróbuje go odebrać!!!) i już cała publika wyrzuca z siebie achy i ochy w ogromnych ilościach na minutę/na cm2. To dopiero widowisko! - uwierzcie:)

A gdybyście mogli usłyszeć moją mamę, jak przejęta opowiadała dziś na rehabilitacji Pani Basi, że "Ignaś już w większość porusza się czworakując. Pełza znacznie mniej, widocznie pewniej się czuje już w tej nowej pozycji! Zupełnie, jakby odwrócił proporcje niespełna sprzed tygodnia!"

Kochana Mamo- proszę bardzo..... To dla ciebie:)

Ach. I przez moją wrodzoną skromność byłbym zapomniał - nauczyłem się ostatnio:
1. tańczyć
2. mówić wyraźne "aaa" gdy czegoś chcę (tatuś tak mnie trenował i w końcu postanowiłem dać mu tę satysfakcję). Przestałem jękiem domagać się czegokolwiek. To znaczy jeszcze trochę jęczę, ale szybko wchodzę w tryb "aaa", gdy tata tylko o to poprosi.
3. Podaję różne przedmioty proszącemu (o ile mam ochotę).
4. Postanowiłem nieco odkleić się od mamy i wyruszam od czasu do czasu na samodzielne wyprawy do pokoi moich braci- cóż, człowiekowi też czasem w życiu potrzeba trochę swobody i spokoju:)
I wszyscy są szczęśliwi:)

Pozdrawiam. Ignac.

18 lutego 2013

Gotów?

Czyżbym już dorósł do tego, żeby samodzielnie jeść?

Zaczęło się od tego, że ktoś (?) wyłamał blokadkę od stolika zintegrowanego z moim królewskim fotelem.
Nie żebym był z tego powodu nieszczęśliwy- ot, raczej zaskoczony byłem, gdy rodzice usadowili mnie w moim znajomym foteliku, ale jakby nieco innym... czegoś wyraźnie było mu brak!
Żeby to było mało, po raz pierwszy dzięki temu dosunięty zostałem do wspólnego stołu biesiadowania! Tak blisko, bliziutko, że swobodnie mogę ściągać talerze na podłogę i wykradać sztućce, czekające na zabawę z moimi rączkami! Wspaniale!
Już wcześniej dyskretnie wysyłałem rodzicom sygnały, że chciałbym jakiejś zmiany, jakiegoś kroku ku dorosłości w tym zakresie. Ciągle tylko musiałem podporządkowywać się rytmowi "karmiącego" mnie dorosłego. Otwórz buzię, połknij, otwórz buzię, połknij. Znacie te komendy, czyż nie? Któż na dłuższą metę chciałby się do nich stosować, tym bardziej, gdy ma się już ponad dwa lata! To nuda i hańba!
Więc wysyłałem fluidy, domagałem się widelca, łyżki, a jak się nie domyślali, pakowałem je do talerza (najbliższego, cóż to za znaczenie, czyj, ważny, żeby był) i próbowałem coś tam manipulować.
Nie powiem, żebym zawsze trafiał, brakuje mi jeszcze zręczności, zwłaszcza przy nakładaniu potrawy na łyżkę, ale przecież to trening czyni mistrza, a ja treningu raczej nie miałem.
Potem była sobotnia przygoda z serkiem homogenizowanym- mama nareszcie zrozumiała o co mi chodzi! i pozwoliła trenować! wspaniale!!!! Mówię Wam...
A że serek wylądował na stole? cóż z tego? przynajmniej miałem skromne zajęcia SI w domowych pieleszach- paluszki były wyborne! W sam raz do oblizywania! I ta dziwna konsystencja papki.... nowość, nie powiem, ale przyjemna:) i słodka:)

Oby tylko nikt nie wpadł na pomysł odbierania mi tego nowego przywileju i ograniczania swobody jedzenie własnoręcznego. Bo Oni są zdolni niestety do wszystkiego:(...
A ja tak bardzo już bym chciał!!!!!
Igi

12 lutego 2013

Epidemia....

...jakaś makatonowa panuje wśród blogowych ciotek (Frankowa Mama o nim piszeAntosiowa mama o nim pisze). I chyba nas dopadła też ta "zaraza", bośmy się na randkę z Ojcem umówili, makatońską oczywiście.

Data randki: 22-23.03.2013. Miejsce: Kłecko. Cel: szkolenie z makatonu I stopnia.

Bo kto powiedział, że jak randka to tylko w SPA? Albo, że jak niepełnosprawne dziecko, to na randki się nie wybiera? Zwłaszcza wyjazdowe??:)

Zresztą- każdy pretekst wyrwania się z domu bez dziatwy dobry. Taka prawda. Nawet w stanie zarażenia makatońskiego;)


A poważnie, i już nie po makatońsku, to odbyłam wczoraj rozmowę z Ignasiową Rehabilitantką- Panią Kasią. Nie była to miła rozmowa, ani łatwa, ani jasna dla mnie w zakresie celu. Ale przebiegła.
I właściwie mam pytanie właśnie do "makatońskich ciotek", i do wszystkich innych, którzy mają ochotę się włączyć ze swoimi doświadczeniami z "zakresu" do rozmowy (wiem, wiem to nie czat, ale nie mam czasu na czaty- wybaczcie).

Mianowicie, czy rehabilitacja naszych dzieci powinna być dla nich przyjemna? Czy też, nie zważając na ich (w przypadku Ignasia nieokreślona jednoznacznie) obecne możliwości poznawcze, bądź też nie mając właśnie co do nich jasności powinniśmy wymagać od nich, to czego wymaga się od "standardowego" dwulatka (przepraszam za określenie)/ równolatka?
Lub: kto do kogo podczas rehabilitacji powinien się dostosowywać? dopasowywać? kto za kim podążać? dziecko za dorosłym czy dorosły za dzieckiem?

Odnoszę wrażenie, że ponownie przechodzimy przez tą samą rzekę. Tyle, że rok upłynął, a dylemat jakby pozostał ten sam, tyle, że uśpiony przez ostatnie miesiące. Już kiedyś doświadczaliśmy rehabilitacji, w której wymagano od Ignasia, albo przynajmniej nie zwracano uwagi na jego protesty. Już kiedyś przerabialiśmy przekonania, że jak mu teraz pozwolimy unikać wysiłku, to potem zupełnie nie będzie chciał ćwiczyć. Już kiedyś, już kiedyś... I co z tego? Minął rok, w trakcie którego Ignaś ćwiczył, rządząc na sali Panią Kasią i rozwijał się sukcesywnie, choć w swoim tempie i w swoich własnych wzorcach. Może nie jest to wynik imponujący, ale nas zadowala przynajmniej na tyle, że nie odbiera nadziei i wiary w jego możliwości.
Z drugiej strony to fakt- nie można spełniać wszystkich jego kaprysów, fajnie by było, gdyby Iggi potrafił się dłużej skupić na jednej zabawce. Ale cóż, jeśli być może jest już nimi znudzony? Bo to też możliwe. Od roku bawi się tym samym...

Niestety w domu obserwujemy to samo- Ignaś praktycznie nie bawi się zabawkami. Nie dość, że nie potrafi, to też nie jest specjalnie zainteresowany, gdy ktoś chce go wciągnąć w zabawę nimi. Ot, jedna, dwie minutki i już go wiatr gna w nieznane, już swędzą nóżki, już kusi lampa, piekarnik, dzwoneczki, sprzęt CD lub co tam jeszcze. Książeczki- ok, ale tylko na momencik. Niekoniecznie, żeby wysłuchać ich treści w całości. Rzucić okiem na obrazki- tak, ale maksymalnie 4,5. Więcej- nuda..... Ale czy tylko nuda właśnie? Czy niedojrzałość poznawcza, bo prawda przykra, ale wyraźna, że poznawczo Ignaś też odstaje poważnie od rówieśników, nie tylko z zakresie mowy. On po prostu mniej rozumie i mniej potrafi. Przynajmniej na ten moment oczywiście.

I jak tu z takim pracować logopedycznie? Uczyć gdzie oko? gdzie nos? gdzie ucho? On ma to w głębokim poważaniu. A matka jest w czarnej dziurze:)

I tak zastanawiam się na ile cytat z Rosenberga, przytoczony jakby właśnie na użytek tych moich dylematów w świecie Żyrafy, nie poddaje mi dobrego tropu? Może to właśnie tak być powinno? Ale, czy podobnie u dzieci zdrowych, co i tak zwanych najogólniej "chorych"????????????
Ech...

PS. Ja tu po ułańsku tytuł posta od Epidemii wyzwałam, a wygląda na to, że epidemia naprawdę może nam zajrzeć w oczy..... Średni syn właśnie zwraca, pokłada się i uskarża na ból głowy.... Oby to "tylko" cięzkostrawność wczorajszej kolacji, którą już zdążył z siebie usunąć..... Mam złe przeczucia:(

11 lutego 2013

Uspokajające zmiany...

Pewne zmiany obserwuję u naszego najmłodszego Syna.
Niby nic nietypowego, wręcz przeciwnie- doskonale pamiętam wczesne dzieciństwo dwóch starszych chłopców i to, co teraz Ignaś nam komunikuje, nie stanowi żadnego ewenementu, żadnej niespodzianki.

A jednak- w jego indywidualnej historii jest to nowe.

Na przykład- rytuał zasypiania wszelakiego.
Pamiętam, gdy Ignacy się urodził, jako trzecie dziecko, był nadzwyczaj spokojnym niemowlęciem. Dziwiło, ale też cieszyło (dziś myślę o tym ze zgrozą raczej) nas to, że spokojnie sypia, jest "mało wymagający'" - że tak to nazwę i dostał nawet miano śpiocha. Tak czy inaczej to był nasz pierwszy syn, który nie płakał non-stop i nie wisiał na piersi co 20 minut. Wypijał swoją porcję mleka powoli, po czym zapadał w błogi sen na 3-4 godziny. Fakt- było to trochę dziwne, jak taki maluteńki człowieczek nie potrzebuje obecności bliskiego ciała? Że nie jest głodny? Dziwne.
Potem okazało się to wstępem do kłopotów Ignasia, głównie z przybieraniem na masie. Wprowadzenie jednak regularnych posiłków co 3 godziny i dokarmianie Nutramigenem rozwiązało na jakiś czas problem i wszystko wróciło do normy. Nie na długo jednak, ale gubię główny wątek, więc wybaczcie, że ten porzucam.

Potem Ignaś sypiał wzorowo sam w łóżeczku. Żadnego starszego syna nie udało nam się tego nauczyć! A on po prostu zasypiał. Fakt, że łóżeczko stało na wyciągnięcie ręki od naszego łóżka jakoś tłumaczyło nam ten cudowny fakt. Mogliśmy się wygodnie przespać (nie mylić z "wyspać"- pobudki były wtedy regularne co 3 godziny).

Właściwie Ignaś zasypiał mniej lub więcej sam do zeszłego tygodnia. Kładliśmy go do łóżeczka, włączaliśmy muzykę do zasypiania i wystarczyło wyjść z pokoju, by Brzdąc sam prędzej czy później przenosił się na łono Abrahama w swojej ulubionej pozycji.

To się jednak zmieniło i zastanawiam się jakie we mnie emocje budzi ta zmiana. Chyba pozytywne. Uff- jest jak dawniej, po staremu, znajomo- myślę. Nic, że mniej komfortowo. Przytulniej.
Ignaś bowiem od wyjazdu do babci rozsmakował się w zasypianiu koło mamy na 'dorosłym' łóżku. W końcu się tuli, uśmiecha, i domaga głaskania! Na łóżeczko reaguje protestem, okazywanym poprzez kategoryczną odmowę położenia się i dźwiganie się na poręczy do pozycji pionowej. A jak tylko próbuję wyjść z pokoju, dochodzi mnie ryk niemożebny i szloch głęboki. I trza wracać:)

Spokojniej mi jakoś z tą zmianą. W gruncie rzeczy gdzieś w głębi serca tęskniłam za takim rytuałem, sygnalizowaniem potrzeby bliskości, kontaktem. Choć tamto było wygodniejsze, nie przeczę.
Podobnie jak prezent, który Ignacy nam podarował już chyba na stałe w tym roku, w postaci przesypiania całych nocy! Tak- to z pewnością nie była pierwsza jaskółka, ale przemyślana, konsekwentna decyzja naszego małego Misia. Oby tylko się nią nie znudził i wytrwał w niej jak najdłużej.

A ze spraw bieżących- Mili Państwo- Ignacy nawiązywał pierwsze kontakty damsko-męskie w gronie rówieśniczym, że się tak wyrażę. W ubiegły, właśnie co zakończony weekend, na własnym terenie i było całkiem okey.
Zobaczcie sami (na zdjęciach Iggi z Tosią S.):




Śliczności, czyż nie?:) Nas byynajmniej urzekało......


06 lutego 2013

Kto nie ma szczęścia w kartach.....

Ciemno jak w zimie...;) Znów za plecami pada mi śnieg. Czy to się w reszcie skończy?

Skończy, skończy, wiem to na pewno- to jedyna rzecz, która jest pewna i niezmienna:)

Tymczasem Ignaś śpi- jakoś ostatnio pozwala sobie na dłuższe poranki i o dziwo! rezygnuje z nocnej porcji mleka! Już kiedyś o tym wspominałam, ale najwyraźniej była to pierwsza jaskółka, która zmian nie uczyniła.
Może tym razem? Perspektywa przespanych w całości nocy baaardzo  nam się uśmiecha....

Odstawiamy Sabril- lek przeciwpadaczkowy bez rozpoznania padaczki zalecony Ignacowi (3 prawidłowe wyniki EEG chyba mogą być wiarygodne+ żadnych epizodów padaczki zaobserwowanych przez najbliższych)
Ponoć kto nie ma szczęścia w kartach, ten ma szczęście w miłości....A kto nie ma szczęścia do lekarzy?.... i diagnoz.....?
Tak czy inaczej znów umówię się na konsultację do dr Krauze z Wrocławia, bo to ponoć guru w dziedzinie epilepsji u dzieci. Tak dla spokojności.....

Czeka nas też wkrótce:
1. wizyta u ortopedy (stópki Ignasia + skierowanie na buty)
2. wizyta u lekarzy zakaźników (celem ustalenia indywidualnego planu szczepień, bo jeśli kiedykolwiek Ignaś miałby do dzieci pójść- trzeba go nieco zabezpieczyć, ale po naszemu, a nie na hura skojarzonymi szczepionkami).
3. odbiór wyników badań genetycznych z użyciem mikromacierzy (już czas chyba, bo od wysłania krwi ze trzy miesiące minęły).

U endokrynologa byliśmy w ubiegły czwartek. I wiecie co?.... nie opiszę tej wizyty.

Pozdrawiam przedwyjazdowo- bo dziś czeka nas wyprawa do Babci i starszych braci, którzy ferie tam spędzają.


05 lutego 2013

o mówieniu Ignasia słów kilka

Mam dokładnie 18 minut na napisanie tego posta. Potem- obudzi się Lew.

Dziś o 7:25 sympatyczny Pan Robotnik od pieca wyciągnął mnie z ciepłego łóżka i pogonił na sam dół, w celu otworzenia mu drzwi do naszej Twierdzy (remont mamy). No i od tego momentu zaczęło się matczyne pływanie po sieci, tak długo, że na samego posta zostało właśnie te 18, ups, teraz już 17 minut.

A chciałam krótko o mówieniu Ignasia, a raczej jego nie-mówieniu.
Bo niestety, mowy to nijak nie przypomina i choć Ignaś w lutym, czyli niebawem i lada dzień skończy 24+3 miesiące (co daje 27 jak strzelił w...), to z jego ust nie wypływa żadne konkretne słowo do Świata.
Ignacy komunikuje się niespecjalistycznymi gestami w stylu wyciągnięcie rączki w kierunku czegoś, czego akurat pragnie bądź spojrzenie w tę stronę. Werbalnie wcale nie jest lepiej. Gro dźwięków, które się  z niego wydobywają, to jeden niespecyficzny, choć modulowalny, jęk. Czasem uda nam się wydębić jakieś konkretne "aaa.....", albo prawie przypadkowe "oooo.....". I to byłoby tyle.
(o gaworzeniu chyba najbardziej mogłabym mówić, bo sylabizowanie to marzenie ściętej głowy, choć faktycznie sam do siebie w chwilach wielkiego zadowolenia coś tam mruczy pod noskiem, ale mówienia to nie przypomina wcale, a wcale)

Smutne, prawda?

Smutne.
I uciążliwe, że jasny gwint.
I nie tylko żeby dla nas. Dla Ignasia to dopiero musi być frustracja!

Pomijam, że matce czasem już pęka głowa od tych jęków podobnej maści. I że strach ją oblata, gdy myśli, że kolejny rok lub dwa nasze rozmowy będą przypominały monologi. Ignaś wprawdzie sporo rozumie, ale mama ma poważne wątpliwości, co naprawdę rozumie i czy to wystarcza. Tylko, do czego ma wystarczać???? Zapytacie.
Ano- do tego, żeby się w przyszłości jakoś w tym świecie odnaleźć....

Bo, że na razie pracujemy i celebrujemy osiągnięcia fizyczne syna, to wiecie. Każdy dzień, tydzień, przynosi jakąś nowość i rewelację. Ot, np. wyjazd na weekend do Babci. Nie było Ignasia 2 dni, jedynie. I co?
Po powrocie mama patrzy, a Ignaś jakby więcej raczkuje?!!!! Jakby uczynił sobie raczkowanie sposobem na ruch z wyboru! Już nie pełzanie, ale właśnie raczkowanie. Na dłuższych niż dotąd dystansach, nadal chwiejnie i nieporadnie, ale cudownie i do przodu! Oswaja się z NOWYM! I to mnie zwaliło na moment z nóg z zachwytu nad nim, a jednak niepokoju nie porozwiewało.....

A może chcę zbyt wiele? Zbyt szybko? Zbyt już i teraz?
Ale sami wyobraźcie sobie jak takie czekanie w niewiadomej jest trudne. Dwa lata jęczenia.... brrr. O ileż sam Ignaś byłby szczęśliwszy gdyby mógł powiedzieć "brum, brum..." zamiast wydzierać się, dzierżąc kluczyki w rączce, że chce do auta (tzn. wyginając się na wszystkie strony, a najbardziej w tą, gdzie stało niedawno auto, z którego wysiedliśmy).

Dodam jeszcze tylko, że regularnie chodzimy do logopedy. Nawet dwa razy w tygodniu. I co? Jedna Pani głównie bawi się z Ignasiem i stara się go zainteresować mową i dźwiękami. I o ile to drugie jej się udało (dźwiękami), to to pierwsze niekoniecznie jest interesujące dla Ignasia.  Druga Pani- tak jakoś wyszło, że Panie logopedki są dwie- oczekuje od Ignasia skupienia choćby na chwilę i rozpoznawania obrazków. Beznadziejnie, niestety. To znaczy może nadziejnie, bo chyba nadzieję mieć trzeba, że Ignaś kiedyś w końcu się skoncentruje na nich, ale na razie mu to nie w smak i nie wychodzi wcale (choć wczoraj w nocy, gdy czytałam mu wierszyki na dobranoc z dziecinnej książeczki- słuchał! głowę bym sobie dała uciąć, że słuchał i był zainteresowany, no może na pół ze zmęczeniem to zainteresowanie szło. Ale słuchał. Czy rozumiał?????).
A czy kiedyś zacznie mówić???????????????????????????????????????????????????????????????????

Chyba byłoby mi łatwiej nieco, gdybym wiedziała od innych mam, jak było u nich....
Możecie się, Mamy, podzielić ze mną tą wiedzą tajemną?? Please....


04 lutego 2013

"marcinowa" wyobraźnia...



...stworzyła takie "dzieło":

autorem projektu jest Marcin Szymanek.
 Czapki z głów:)

Jak to dobrze, że otaczają nas życzliwi i utalentowani ludzie. Bez nich niektóre sprawy nie układałyby się tak harmonijnie i efektownie:)
I tak- pewien nam przyjazny Marcin (wtedy właśnie, gdy mama ręce załamywała nad klawiaturą, pomstując na własne ograniczenia komputerowe i beztalencie)- zgodził się być tak uprzejmy, by stworzyć dla Ignasia przesympatyczną- przyznacie ulotkę. 

Czas rozliczeń PIT'owych to dla rodzin takich jak nasza, czas szczególnych wysiłków- innych od codziennych, do których specjalnych talentów (prócz samozaparcia i cierpliwości) nie trzeba posiadać. 

Na szczęście możemy liczyć na talent, wsparcie i serce osób takich właśnie jak On.
Marcinie - dziękujemy Ci bardzo! I pomyślności życzymy we wszystkich projektach, których się podejmujesz. W dziedzinach wszelakich;)

A Wam? Jak Wam się podoba?