Epidemia....

...jakaś makatonowa panuje wśród blogowych ciotek (Frankowa Mama o nim piszeAntosiowa mama o nim pisze). I chyba nas dopadła też ta "zaraza", bośmy się na randkę z Ojcem umówili, makatońską oczywiście.

Data randki: 22-23.03.2013. Miejsce: Kłecko. Cel: szkolenie z makatonu I stopnia.

Bo kto powiedział, że jak randka to tylko w SPA? Albo, że jak niepełnosprawne dziecko, to na randki się nie wybiera? Zwłaszcza wyjazdowe??:)

Zresztą- każdy pretekst wyrwania się z domu bez dziatwy dobry. Taka prawda. Nawet w stanie zarażenia makatońskiego;)


A poważnie, i już nie po makatońsku, to odbyłam wczoraj rozmowę z Ignasiową Rehabilitantką- Panią Kasią. Nie była to miła rozmowa, ani łatwa, ani jasna dla mnie w zakresie celu. Ale przebiegła.
I właściwie mam pytanie właśnie do "makatońskich ciotek", i do wszystkich innych, którzy mają ochotę się włączyć ze swoimi doświadczeniami z "zakresu" do rozmowy (wiem, wiem to nie czat, ale nie mam czasu na czaty- wybaczcie).

Mianowicie, czy rehabilitacja naszych dzieci powinna być dla nich przyjemna? Czy też, nie zważając na ich (w przypadku Ignasia nieokreślona jednoznacznie) obecne możliwości poznawcze, bądź też nie mając właśnie co do nich jasności powinniśmy wymagać od nich, to czego wymaga się od "standardowego" dwulatka (przepraszam za określenie)/ równolatka?
Lub: kto do kogo podczas rehabilitacji powinien się dostosowywać? dopasowywać? kto za kim podążać? dziecko za dorosłym czy dorosły za dzieckiem?

Odnoszę wrażenie, że ponownie przechodzimy przez tą samą rzekę. Tyle, że rok upłynął, a dylemat jakby pozostał ten sam, tyle, że uśpiony przez ostatnie miesiące. Już kiedyś doświadczaliśmy rehabilitacji, w której wymagano od Ignasia, albo przynajmniej nie zwracano uwagi na jego protesty. Już kiedyś przerabialiśmy przekonania, że jak mu teraz pozwolimy unikać wysiłku, to potem zupełnie nie będzie chciał ćwiczyć. Już kiedyś, już kiedyś... I co z tego? Minął rok, w trakcie którego Ignaś ćwiczył, rządząc na sali Panią Kasią i rozwijał się sukcesywnie, choć w swoim tempie i w swoich własnych wzorcach. Może nie jest to wynik imponujący, ale nas zadowala przynajmniej na tyle, że nie odbiera nadziei i wiary w jego możliwości.
Z drugiej strony to fakt- nie można spełniać wszystkich jego kaprysów, fajnie by było, gdyby Iggi potrafił się dłużej skupić na jednej zabawce. Ale cóż, jeśli być może jest już nimi znudzony? Bo to też możliwe. Od roku bawi się tym samym...

Niestety w domu obserwujemy to samo- Ignaś praktycznie nie bawi się zabawkami. Nie dość, że nie potrafi, to też nie jest specjalnie zainteresowany, gdy ktoś chce go wciągnąć w zabawę nimi. Ot, jedna, dwie minutki i już go wiatr gna w nieznane, już swędzą nóżki, już kusi lampa, piekarnik, dzwoneczki, sprzęt CD lub co tam jeszcze. Książeczki- ok, ale tylko na momencik. Niekoniecznie, żeby wysłuchać ich treści w całości. Rzucić okiem na obrazki- tak, ale maksymalnie 4,5. Więcej- nuda..... Ale czy tylko nuda właśnie? Czy niedojrzałość poznawcza, bo prawda przykra, ale wyraźna, że poznawczo Ignaś też odstaje poważnie od rówieśników, nie tylko z zakresie mowy. On po prostu mniej rozumie i mniej potrafi. Przynajmniej na ten moment oczywiście.

I jak tu z takim pracować logopedycznie? Uczyć gdzie oko? gdzie nos? gdzie ucho? On ma to w głębokim poważaniu. A matka jest w czarnej dziurze:)

I tak zastanawiam się na ile cytat z Rosenberga, przytoczony jakby właśnie na użytek tych moich dylematów w świecie Żyrafy, nie poddaje mi dobrego tropu? Może to właśnie tak być powinno? Ale, czy podobnie u dzieci zdrowych, co i tak zwanych najogólniej "chorych"????????????
Ech...

PS. Ja tu po ułańsku tytuł posta od Epidemii wyzwałam, a wygląda na to, że epidemia naprawdę może nam zajrzeć w oczy..... Średni syn właśnie zwraca, pokłada się i uskarża na ból głowy.... Oby to "tylko" cięzkostrawność wczorajszej kolacji, którą już zdążył z siebie usunąć..... Mam złe przeczucia:(

Komentarze

  1. Jak bliskie jest mi to, o czym napisałaś! Nasza Zosia od jakichś dwóch lat jest dzieckiem bardzo niewspółpracującym podczas terapii wymagających bardziej precyzyjnej aktywności. Od dłuższego czasu mam z tyłu głowy na ile się dostosowywać do jej rytmu, a na ile zwyczajnie przeczekać bunt (co wiąże się z krzykiem, który pojawia się, mimo, że nic złego jej się nie dzieje)i mimo wszystko wprowadzać formy aktywności, które są dla niej trudne do zaakceptowania. Nie jest to prosty wybór i chyba nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Z mojego punktu widzenia - ilu terapeutów, tyle metod. Jedni pracują na siłę, inni szukają ratunku w rodzicach, prosząc o uspokojenie dziecka, bo terapia wbrew dziecku nie ma sensu. Teraz Zosia buntuje się naprawdę solidnie, co udaje się przełamać jedynie poprzez bujanie lub znaną jej muzykę, ale i tak nie dostosowujemy się do niej w 100%. Nie wiem co będzie za rok czy dwa. Po cichu liczę na to, że wraz z upływającym czasem opór będzie w odwrocie. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że zechciałaś się podzielić ze mną swoim dośw.
      Bo widzisz, ja wciąż zadaję sobie pytanie, czy dzieci niepełnosprawne, w tym też poznawczo- jak to obrzydliwie brzmi:(- mają jakieś inne potrzeby emocjonalne? No chyba nie. Jedyne czym pewnie się różnią, to ogarnianiem spraw i wymagań, i skutków i przyczyn. Tak, tylko że my- dorośli, bardzo chcemy widzieć je jako zdrowe, sprawne tylko inaczej;). A przecież te dzieci, zdrowe, może pozornie łatwiej "poskromić", bo szybciej się połapią w zależnościach i "sposobach" dorosłych. Może łatwiej nimi sterować i czasem wymuszać to czy tamto. A nasze dzieciaczki pewnie nie potrafią sobie wyobrazić "takiej" konstrukcji zdarzeń i idą za impulsem? Może to właśnie świat dorosłych powinien przejść lekką przemianą?
      Tak czy inaczej dołączyłam Wasz blog do ławicy:) Będę zaglądać:) Miło, że Ty zaglądasz do nas:) Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Ha! Gratuluję " makatonowej" randki!!! Jestem pewna że Wam się spodoba i przyniesie wiele korzyści dla Waszej rodziny. To rzeczywiście makatonowa epidemia, w Opolu kolejne osoby zostały zwerbowane do "sekty":)
    Ja jestem w tej sytuacji że mam dwójkę dzieci które są podawane rehabilitacji. Jeśli masz cierpliwość pozwolę sobie zacząć od Hani- dziewczynki zdrowej, poznawczo nawet ponad " normę" ( jak ja nie lubię tego słowa) a od 2 r. ż. rehabilitowanej z powodu koślawości pięt. Początki były z piekła rodem, Hania w ogóle nie chciała współpracować, buntowała się wobec wykonywania poleceń - bo i dwuletnia natura była bardzo " buntownicza". Ale udało sie wypracować kompromis pomiędzy tym co córcia musi a tym co lubi robić w trakcie ćwiczeń. A nasza rehabilitantka przez te dwa lata ćwiczeń zdąrzyła i elastycznie zmieniać podejście do Hani i " testowała" wiele metod w poszukiwaniu najskuteczniejszej. Efekt: poza " złymi dniami" Hania bardzo lubi chodzić na ćwiczenia a i stópki są w o wiele lepszym stanie.
    Antoś...książkę można by napisać o tym co on wyprawia na terapiach. Nie przypominam sobie by wprowadzenie jakiejkolwiek było łatwe i przyjemne. A fizjoterapia będzie nam się chyba już na zawsze śniła po nocach. Zwykle jednak było tak , że terapeuta elastycznie dobierał metody pracy do Antosiowej formy i po kilku "arcytrudnych" , pierwszych zajęciach zazwyczaj było lepiej. Są zajęcia które Antoś uwielbia, są takie które toleruje- tu zdarzają się dni dobre i złe. Generalnie zawsze patrzyłam czy terapeuta podchodził do Antka holistycznie, czy starał się szukać możliwie najskuteczniejszej metody dotarcia. Jeśli nie to się żegnaliśmy, bo Antek nic nie musi. Jest małym człowiekiem o wolnej woli i ma prawo coś lub ktoś mu się nie podobać.Wyjątkiem była Voyta- najczarniejsze z naszych wspomnień. Po prawdzie cel fizjoterapeutyczny został w dużej mierze osiągnięty, Antek przestał być lejącym się niemowlakiem, który praktycznie w ogóle się nie rusza i można było przejść na NDT. Ale myślę że kosztem traumy psychicznej i dziś prócz wrodzonej natury buntownika u Antosia pokutuje strach i uraz do ćwiczeń.
    Więc...na pewno istnieją stany wyższej konieczności kiedy dobro dziecka wymaga nawet urazu psychicznego bo to jest ten jeden jedyny moment żeby coś wypracować i maluchowi pomóc. Ale jeśli nie jest to niezbędne ja uważam że powinno się po prostu szanować dziecko. Bo dwulatek, czy to zdrowy czy chory, z zaburzeniami czy bez ma owszem " buntowniczą" naturę ale ma tez swoje odczucia, oczekiwania, potrzeby i wolną wolę. Wolno mu kogoś lubić a kogoś nie. Dobry terapeuta powinien patrzeć na dziecko całościowo, widzieć w nim coś więcej niż język czy stopy i dopasowywać metody do formy malucha. Ja osobiście jestem wrogiem behawioralnego " łamania charakteru" u małych dzieci, bo u nich ten charakter się dopiero kształtuje. Tyle mojej opinii:)
    i na koniec trzy przemyślenia, może zupełnie nietrafione bo nie znam Ignasia bardzo dobrze.
    1) być może Ignaś ma zaburzenia integracji sensorycznej które sprawiają że określony rodzaj ruchu czy dotyku jest dla niego bardzo nieprzyjemne. I dlatego walczy.
    2) Przed wakacjami mieliśmy zaleconą " przerwę terapeutyczną" bo Antoś po prostu miał dość, był zmęczony. Po przerwie re-adaptacja znów była niełatwa, ale efekty o stokroć lepsze niż gdybyśmy wałkowali " na siłę".
    3) Jeśli masz możliwość skonsultuj Ignasia z DOBRYM psychologiem dziecięcym. Nie dlatego że dolega mu " COŚ", ale żeby może zasugerował sposoby pracy z Ignasiem uwzględniając jego zmienną i krótkotrwałą uwagę. Bo wszystko jest do wypracowania, w warunkach domowych i fajnej zabawy- trzeba tylko czasem dostać mądrą podpowiedź " JAK".

    Przepraszam za tasiemca...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tasiemce są ok:) A co do Ignasia- faktycznie wymaga on terapii sensorycznej, ale wydaje mi się, że problem nie tu ma swoje podłoże w tym przypadku. Dotychczas bowiem na Bobathach było ok- Iggi je lubił, cieszył się na nie, wędrował po sali. Kłopot zaczął się, gdy Panie zaczęły od niego wymagać skupienia na 1,2 zabawkach i nie pozwalały mu już na tak częste zmiany zainteresowania, jak dotąd. Ignacy na tak postawioną granicę zaczął się zniechęcać i buntować. Przynajmniej ja tak to rozumiem.
      Co do psychologa- faktycznie przydałyby się jakieś wskazówki, bo mnie terapeutki odbierają jako przewrażliwioną matkę:(
      Jeszcze raz dzięki za tasiemca i wsparcie:)

      Usuń
  3. Oj, też mam ostatnio podobne dylematy. Mój synek jest rehabilitowany metodą behawioralną głównie (w przedszkolu), a mnie intuicyjnie ciągnie do metody opcji (w domu). I robi się z tego taki mały galimatias. A dylematy mam dokładnie takie same jak opisano w powyższym poście. Nawiasem mówiąc terapia metodą behawioralną przynosi u Jasia bardzo pozytywne efekty, często jest jednak opłacana gorzkimi łzami synka. Mimo wszystko jednak Janek staje się coraz bardziej otwarty na nasz świat, zaczyna lubić ludzi, komunikuje się z nami (w tym bardzo pomogła behawiorka). Obecnie zaczynamy pracować nad zabawą tematyczną, bądź samodzielną. Często zastanawiam się jak określić moją pracę z Jasiem w domu...bo nie jest to ani typowy behawioryzm, ani typowa metoda opcji, chyba wszystkiego po trochu...taka terapia intuicyjna. Nie stosuję drastycznych metod, ale staram się też małymi kroczkami uzyskać pożądany rezultat. Staram się też powoli eliminować niepokojące zachowania, uczyć go innych sposobów, odwracać jego uwagę. Ale wciąż myśląc o teorii, mam mętlik w głowie i nie potrafię udzielić odpowiedzi która metoda jest lepsza. Chyba to wszystko zależy od dziecka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może to nie o teorię chodzi, jak piszesz, ale o kontakt dorosłego z dzieckiem? Podstawową potrzebą dzieci w tym wieku jest przecież poznawanie świata poprzez zabawę, a nie poprzez nudno-żmudne ćwiczenia. Dzięki za podpowiedź- chyba znalazłam potrzebne mi argumenty:) Pozdrawiam ciepło.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.