Niewyboiście. Nareszcie...(?)

Raz na jakiś czas dociera do nas powiew spokoju, rozciągniętego po horyzont.
Dzień rozpoczyna się od przekomarzania starszych chłopców, zrzucających opary snów z powiek, płatków z mlekiem i płatków z nieba.

Potem budzi się Ignaś, rozciągnięty jak leniwy kocur, w poprzek dorosłego łóżka rodziców, do którego wdarł się o piątej nad ranem, nucąc swoją piosenkę o zgubionym smoczku. Tak, tak- Ignaś wielbi smoczka z nieustającym zaangażowaniem i oddaniem i choćby nie wiem jak poważne zalecenia logopedów nie zmuszą nas do odebrania mu tej nieopisanej rozkoszy i źródła ulgi w wielu stresujących momentach, których przecież ma niemało. Jednak, gdy smoczek niefortunnie gdzieś się wymsknie z półotwartych ust tuż przed świtem, robi się mało kolorowo i należy działać natychmiast. Inaczej czeka nas pobudka, a tego rodzice nie lubią serdecznie i najbardziej:)

Dalej dzień wystukuje swój powolny rytm, rozpięty pomiędzy wyjściem na jakieś ćwiczenia, posiłki, leniuchowanie, zabawę i krzątaninę.

Jako poważny dwulatek, Ignaś dzielnie wytrzymuje już cały dzień na jednej drobnej drzemce. Wchodzi w rytm typowy co prawda dla dzieci o rok młodszych, ale jest to z pewnością duży postęp dla niego. Do niedawna potrzebował dwóch pauz, kosztem nocnego "balangowania" do późna. Zastanawiam się też, co można przypisać odstawieniu leku przeciwpadaczkowego, a co naturalnemu rytmowi rozwojowemu Ignasia. Ale szybko przestaję nad tym rozmyślać, bo i tak prawdy nie dojdę... I właściwie to bez znaczenia. Znaczenie ma ZMIANA.

Celebruję więc ten spokój, uczę się go i próbuję przekonać, żeby został jak najdłużej. Jest nam bardzo potrzebny. Już czas najwyższy, by nowy układ zatrybił i szedł swoim przewidywalnym tempem.
Poniedziałek- bobathy.
Wtorek- bobathy i logopeda.
Środa- konie.
Czwartek - SI.
Piątek- logopeda i bobathy.
Sobota - konie.

I wszystko. I nic więcej. I oby nic się nie wydarzało. Oby można było dorzucić tylko tu i tam spacer po okolicy. Bez celu, bez sprawunków, bez listów do wysłania, bez skierowań do odebrania.
Bez dodatkowych atrakcji, które burzą misternie układany plan w drobny mak. Zmiatają jak tornado ostrożnie składaną całość.

Od początku stycznia przechodzimy taką permamentną zawieruchę. Nie możemy znaleźć rytmu właśnie. Miotamy się. I przypuszczam, że to właśnie było źródłem umęczenia i rozedrgania materiału psychicznego, jakim jest matka. A drgania te natychmiast przenoszą się na pozostałe elementy układu. I zaczyna panować chaos.

Ale może już po. Może to już za nami. Może, jak każda nowa materia, nasz plan na 2013 rok już się ułożył, osiadł? Może już będzie spokojnie właśnie? Niehałaśliwie? Niewyboiście?

Oby.

Tymczasem, skądinąd, już wiem, że są WYNIKI. W listopadzie wysłaliśmy krew na badania do IMiDu. Tzn. w naszym imieniu wysłał je lekarz genetyk. Badanie z użyciem mikromacierzy. Mercedes.
Jakie owe wyniki są, tego jeszcze nie wiemy. Czekamy na wersję pisaną, którą będzie można odebrać  w Poradni Genetycznej.
Co nam przyniosą?
I czy naprawdę tej wiedzy nam potrzeba?
Nie wiem.
Boję się.
Dobrej nocy.
Mama.

Komentarze

  1. Spokoju życzę Wam z całego serca!!! I w codziennym rytmie i w kontaktach z mikromacierzą!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A, dziękujemy, dziękujemy.... Baardzo nam spokój potrzebny! Od razu odbija się na jakości funkcjonowania Ignasia i mamy:) Uściski!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.