o mówieniu Ignasia słów kilka

Mam dokładnie 18 minut na napisanie tego posta. Potem- obudzi się Lew.

Dziś o 7:25 sympatyczny Pan Robotnik od pieca wyciągnął mnie z ciepłego łóżka i pogonił na sam dół, w celu otworzenia mu drzwi do naszej Twierdzy (remont mamy). No i od tego momentu zaczęło się matczyne pływanie po sieci, tak długo, że na samego posta zostało właśnie te 18, ups, teraz już 17 minut.

A chciałam krótko o mówieniu Ignasia, a raczej jego nie-mówieniu.
Bo niestety, mowy to nijak nie przypomina i choć Ignaś w lutym, czyli niebawem i lada dzień skończy 24+3 miesiące (co daje 27 jak strzelił w...), to z jego ust nie wypływa żadne konkretne słowo do Świata.
Ignacy komunikuje się niespecjalistycznymi gestami w stylu wyciągnięcie rączki w kierunku czegoś, czego akurat pragnie bądź spojrzenie w tę stronę. Werbalnie wcale nie jest lepiej. Gro dźwięków, które się  z niego wydobywają, to jeden niespecyficzny, choć modulowalny, jęk. Czasem uda nam się wydębić jakieś konkretne "aaa.....", albo prawie przypadkowe "oooo.....". I to byłoby tyle.
(o gaworzeniu chyba najbardziej mogłabym mówić, bo sylabizowanie to marzenie ściętej głowy, choć faktycznie sam do siebie w chwilach wielkiego zadowolenia coś tam mruczy pod noskiem, ale mówienia to nie przypomina wcale, a wcale)

Smutne, prawda?

Smutne.
I uciążliwe, że jasny gwint.
I nie tylko żeby dla nas. Dla Ignasia to dopiero musi być frustracja!

Pomijam, że matce czasem już pęka głowa od tych jęków podobnej maści. I że strach ją oblata, gdy myśli, że kolejny rok lub dwa nasze rozmowy będą przypominały monologi. Ignaś wprawdzie sporo rozumie, ale mama ma poważne wątpliwości, co naprawdę rozumie i czy to wystarcza. Tylko, do czego ma wystarczać???? Zapytacie.
Ano- do tego, żeby się w przyszłości jakoś w tym świecie odnaleźć....

Bo, że na razie pracujemy i celebrujemy osiągnięcia fizyczne syna, to wiecie. Każdy dzień, tydzień, przynosi jakąś nowość i rewelację. Ot, np. wyjazd na weekend do Babci. Nie było Ignasia 2 dni, jedynie. I co?
Po powrocie mama patrzy, a Ignaś jakby więcej raczkuje?!!!! Jakby uczynił sobie raczkowanie sposobem na ruch z wyboru! Już nie pełzanie, ale właśnie raczkowanie. Na dłuższych niż dotąd dystansach, nadal chwiejnie i nieporadnie, ale cudownie i do przodu! Oswaja się z NOWYM! I to mnie zwaliło na moment z nóg z zachwytu nad nim, a jednak niepokoju nie porozwiewało.....

A może chcę zbyt wiele? Zbyt szybko? Zbyt już i teraz?
Ale sami wyobraźcie sobie jak takie czekanie w niewiadomej jest trudne. Dwa lata jęczenia.... brrr. O ileż sam Ignaś byłby szczęśliwszy gdyby mógł powiedzieć "brum, brum..." zamiast wydzierać się, dzierżąc kluczyki w rączce, że chce do auta (tzn. wyginając się na wszystkie strony, a najbardziej w tą, gdzie stało niedawno auto, z którego wysiedliśmy).

Dodam jeszcze tylko, że regularnie chodzimy do logopedy. Nawet dwa razy w tygodniu. I co? Jedna Pani głównie bawi się z Ignasiem i stara się go zainteresować mową i dźwiękami. I o ile to drugie jej się udało (dźwiękami), to to pierwsze niekoniecznie jest interesujące dla Ignasia.  Druga Pani- tak jakoś wyszło, że Panie logopedki są dwie- oczekuje od Ignasia skupienia choćby na chwilę i rozpoznawania obrazków. Beznadziejnie, niestety. To znaczy może nadziejnie, bo chyba nadzieję mieć trzeba, że Ignaś kiedyś w końcu się skoncentruje na nich, ale na razie mu to nie w smak i nie wychodzi wcale (choć wczoraj w nocy, gdy czytałam mu wierszyki na dobranoc z dziecinnej książeczki- słuchał! głowę bym sobie dała uciąć, że słuchał i był zainteresowany, no może na pół ze zmęczeniem to zainteresowanie szło. Ale słuchał. Czy rozumiał?????).
A czy kiedyś zacznie mówić???????????????????????????????????????????????????????????????????

Chyba byłoby mi łatwiej nieco, gdybym wiedziała od innych mam, jak było u nich....
Możecie się, Mamy, podzielić ze mną tą wiedzą tajemną?? Please....


Komentarze

  1. Wprowadzcie Alternatywne Metody Komunikacji!!!! Skoro Ignaś wskazuje to pewnie Makaton sie sprawdzi, ale i piktogramy się bardzo nadadzą. Zbudujecie komunikacje z Ignasiem, u niego spadnie frustracja bo wreszcie bedzie zrozumiany. Naprawdę wraz z AAC pojawia sie w domu inna jakość życia. A ja w marcu wyglaszam na konferencje przemowienie o tym ze AAC nie jest zadna proteza mowy, nie przeszkadza w pojawieniu się mowy tylko wlasnie ja wrecz stymuluje( Antoś żywym przykladem). Ja zaluje ze nie wprowadzilam wczesniej, jeszcze rzed pierwszymi urodzinami Antosia( bo nie wiedzialam). AAC warto wprowadzic nie zamiast terapii logopedycznej, tylko jako sposob na zycie. I po jakims czasie okazuje sie , ze dziecko zalapuje ze warto sie komunikowac i terapia logopedyczna przynosi wieksze efekty. Najszczerzej jak potrafię gorąco polecam!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę poszukać więcej info na ten temat. Na razie zupełnie nie wiem, z czym to się je:) Ale dziękuję za podpowiedź:)

      Usuń
  2. My też rok chodziliśmy na terapie logopedyczna bez zadnych efektow, przez rok był Antos naklaniany na powtorzenie odglosy zwierzatka i anirazu nie powtorzyl. Dziś wiem ze problemy stricto logopedyczne( zabrzenia SI, slabe opanowanie mowy biernej, bariera psychiczna przed mowieniem) to byla tylko jedna strona medalu. Antoś po prostu nie wiedzial po co ma się odzywac, nie mial motywacji do mówienia. Ale kiedy zrozumiał ze dzielenie sie ze mna swoimi ptrzebami i rzemysleniami jest fajne, ze mama sie z tego bardzo cieszy a jemu jest latwiej, oplaca mu sie to to nagle zaczął wiecej wokalizowac. Dzisiaj terapia logopedyczna ma sens, zaczyna powoli i bardzo niedoskonale składać sylaby w słowa. Ale dla mnie najwazniejsze jest ze kiedy cos potrzebuje pokaze odpowiedni gest w Makatonie( my dopiero startujemy z piktogramami) i pojawila sie mowa spontaniczna rękami. To na tyle zmieniło nasze życie że nawet nie oczekiwałam mowy, sądziłam że sie nigdy nie pojawi. Ale kiedy Antoś pokonał frustracje zaczela pokazywac sie mowa!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. U nas dr Kaczan rok temu zaleciła komunikację alternatywną. Nie zgodziłam się z tym i mimo strachu o to czy moje dziecko zacznie mówić, byłam w tym przekonaniu zawzięta. Próbowaliśmy stymulacji słuchu metoda Johansena, logopeda wprowadziła małemu naukę samogłosek plus gest. Nic nie pomagało. Ostatnio jak leżeliśmy w szpitalu babeczka poleciła nam kidabion. Zauważyła, że jej córka po tych witaminach ruszyła z mową. Nie wierzyłam w to, ale podałam małemu te witaminy. Po jakimś tygodniu pojawiły się nowe słowa. Czy to zbieg okoliczności? Nie wiem, ale może warto spróbować.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję za podpowiedź. Może to jakaś opcja? Zastanowię się i może wypróbujemy.:)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.