KOntakt

Jak co roku, właśnie rozpoczęliśmy podróżowanie po poradniach wszelakich.
Potrzeba ta wynika trochę z rutynowych pobudek (kontynuacja leczenia), trochę z mojego niezdecydowania odnośnie- diagnozować Ignasia dalej, czy już nie diagnozować?

Wnioski mam takie:


Przyjmują nas lekarze:
-albo zmęczeni,
-albo pędzący gdzieś co tchu, (czyt. w pośpiechu)

I co z tego może dla nas wyniknąć? Dla nas- czytaj: dla Ignasia, dla jego rodziców, braci?

Przemawia przeze mnie jakieś zgorzknienie? Niezadowolenie? Złość? Oburzenie?
Być może.

Ale co mam pomyśleć, gdy Pan Doktor, przekazujący nam wyniki genetyczne oczy miał podkrążone jak spodki, mylił "Ignasia" z "Antosiem" i przy całej jego uprzejmości, dobrej woli i wielkich chęciach, serdeczności, rzetelności, fachowości - co do której nie mam najmniejszych wątpliwości, jest po prostu ZMĘCZONY?????

Lub, gdy - dla odmiany- Pani Doktor, konsultująca nas dziś w sprawie szczepień Ignasia (których boję się jak diabeł święconej wody), była w takim niepokoju ruchowym i słownym, że z trudem nadążałam za jej tokiem myślenia (ociężała nie jestem, bywam błyskotliwa i inteligentna), a w trakcie jej dwóch rozmów telefonicznych w "międzyczasie" musiałam wychodzić z pokoju lekarskiego, czując się conajmniej niezręcznie? Jej sympatia, fachowość, nawet kawałki empatii (przetykanej zniecierpliwieniem ledwo wyczuwalnym, ale jednak) i szeroki, szczery uśmiech (w rozpoznawaniu którego jestem specjalistką- uwierzcie;)) nie zmiotły pod dywan delikatnych jak pierwsze wiosenne pąki wątpliwości pod hasłem "czy naprawdę mogę jej ufać? przecież chodzi o MOJE DZIECKO!!"

I cóż z tego, że w mediach zaczyna się przebijać kampania społeczna na temat traktowania pacjentów przez personel medyczny i budowaniu umiejętności empatycznych wśród tych właśnie kręgów zawodowych? Cóż z tego, że lekarz to profesja zaufania społecznego? Ale jak tu ufać, mości Panowie i Panie?

Ostatnio czytałam artykuł- wywiad z rodziną podobną w pewnym sensie do nas. Trójka dzieci. Ostatnie- córeczka- niepełnosprawne. Diagnoza przekazywana w CZD. I taka sama masakra.
I z jednej strony odetchnęłam z ulgą. Uffff. To nie tylko ja mam jakieś takie dziwaczne potrzeby bycia traktowaną jak człowiek. Uffff. To nie tylko ja byłam wściekła na Panią Profesor. Ufff. Nie jestem rzadkim typem przewrażliwionej wariatki. Uffff.

Coraz częściej, niestety, spotykam się z przypadkami przemęczonych i rozkojarzonych lekarzy. To na podstawie ich opinii podejmujemy (lub mamy podejmować) decyzje dotyczące zdrowia naszego i naszych dzieci. Żeby podjąć dobrą decyzję, trzeba się na czymś oprzeć, mieć jakieś przesłanki. Jakąś wiedzę, której człowiek zaufa właśnie.
Czy zaufalibyśmy słaniającemu się na nogach kierowcy przed daleką podróżą?
Dlaczego mamy zaufać przemęczonemu i przeciążonemu obowiązkami (nie tylko zawodowymi, ale też rodzinnymi najczęściej, towarzyskimi) lekarzowi, który też jest TYLKO człowiekiem (ale czy o tym na pewno pamięta, ma tego świadomość i szanuje to w sobie?) i może popełniać błędy? A co, jeśli jego błąd padnie na nasze dziecko????

No i tak właśnie zainaugurowałam nasz coroczny (jak się okazuje) tour de lekarz.
Jestem zdjęta niepokojem. A wy?

PS. Skąd w tytule "kontakt"? Ano- przecież to on jest podstawą leczenia.

Komentarze

  1. Nie jesteś przewrażliwona.
    Gdy słucham opowieście znajomych lekarzy, ile godzin muszą pracować..podziwiam ich, że ciągle dają radę.
    Niepokój trzyma mnie od pierwszego dnia życia Frania, dlatego..nie ufam lekarzom:( Oni sami mówią mi, że tak trzeba. Bo są przemęczeni, przepracowani..
    Smutne to.

    Uściski dla Was:*

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.