30 maja 2013

Drobne powody do wielkiej radości

To prawda, że życie u boku niepełnosprawnego dziecka wyzwala radość z drobiazgów.


Dyskutowałabym jednak czy jest to "wartość dodana" takiego rodzicielstwa...

Gdy zdrowe, rozwijające się dziecko powie pierwszą sylabę- cieszymy się równie szalenie, i taka sama nas rozpiera duma. Tym niemniej być może czar osiągnięć dzieci "niestandardowych" polega na tym, że im dłuższe oczekiwanie w napięciu i niepokoju na pojawienie się nowej umiejętności, jakiejś pozytywnej zmiany czy drobnego chociaż kroku w stronę sprawności i "zdrowia" właśnie, tym większa gabarytowo i intensywniejsza ta radość... bo okraszona niewiadomą właśnie, jakąś ujemną aurą, od której- gdy się odbijemy w normalność- wychylenie wahadła emocji jest większe, polukrowane dodatkowo ulgą i wdzięcznością, że może nie będzie aż tak źle, jak nam zapowiadano.
Im coś trudniej dostępne, tym wydaje się wartościowsze- to jakby to samo, prawda?

Tym niemniej- słowo wstępu miejmy już za sobą, a teraz do rzeczy:)

Być może nie wszyscy wiecie, że jestem zagorzałą fanką Franków:)
Franiów, którzy dają nadzieję:)...i  Franiów, którzy idą naprzód, choć im tego nie wróżono:)

Takie Małe Perełki potrzebne są w codziennej pracy nad usprawnieniem każdego Malca. Dodają otuchy. Usensawniają pewne, bezsensowne wydawałoby się, rytuały, działania, żmudne ćwiczenie wciąż tego samego bez większych widocznych efektów. Aż w końcu, nie wiadomo dokładnie kiedy, jakoś cichutko, bez fanfar i fajerwerków, nadchodzi Zmiana! Początkowo człowiek przeciera ze zdumienia oczy i do końca w nią nie wierzy. Zrzuca na przypadek, zbieg okoliczności, testuje, czy Zmiana się powtórzy, czy pojawi się spontanicznie w niedługim czasie. I, dopiero po wykonaniu tego szeregu minitestów zaczyna się cieszyć tak na prawdę, do bólu, do kości niemalże.

O takich zmianach chciałam dziś opowiedzieć właśnie.

I tak- "Zmiana One": Ignaś naprawdę sięga po zabawki! W wieku 2,5 latek interesuje się nimi i poszukuje okazji do manipulowania nimi samodzielnie:) Nie wiem, ilu z Was zrozumie radość, jaką nam to sprawia! Bezgraniczną niemal - zapewniam.


Daleko mu jeszcze do budowanie wieży z klocków, puszczania samochodzików czy kopania piłką, niemniej jednak krok pierwszy został osiągnięty. Jeszcze w tym roku, na początku, zabawki mogły właściwie dla niego nie istnieć. No- czasem je zauważał, ale kompletnie nie wiedział, jak się z nich korzysta i do czego służą (np. do czerpania radości z zabawy i satysfakcji z własnych możliwości manualnych;)).

 Do tego, niejako w bonusie jakimś niespodziewanym, Ignac coraz częściej prosi o sprzęt do rysowania! ("Zmiana Two").
Już jakiś czas temu poważnie zaopatrzyłam się w sklepie papierniczym w niezbędne oprzyrządowanie, zainwestowałam nawet w niebanalne kredki, w niebanalnej cenie. Cóż- obudzenie i wyzwolenie tkwiących w nim malarskich talentów i pasji jest warte każdych pieniędzy;) Kredki czekały, czekały, czasem przykuwały Ignasia uwagę na chwilę, może dwie. Najczęściej lądowały w buzi bądź na podłodze z hukiem niemałym. Aż się doczekały. Ignaś nie rysuje- to prawda. Jego rączki nie mają tyle siły, by porządnie docisnąć kredkę do powierzchni papieru i zostawić na nim wyrazistą linię. Jego rączki nie potrafią też wykonać płynnie żadnego sensownego ruchu w postaci kreski, kółka czy tym bardziej innej, skomplikowanej figury. Nie ma to jednak znaczenia w obliczu tego, że Ignaś CHCE RYSOWAĆ. A odpowiednie zaangażowanie jest dobrym predyktorem sukcesu:) Cóż- kredki nadal wytrzymują próbę skonsumowania ich, wciąż nie rozlatują się na drobny mak pod wpływem uderzenia o podłogę i coraz częściej zostawiają delikatne smugi na papierze, wykonane rączkami Ignasia:)

W parze z tymi umiejętnościami idą też próby radzenia sobie samodzielnie widelcem podczas posiłków. Ignacy coraz częściej daje nam do zrozumienia, że wolałby jeść sam, bez pomocy Mamy czy Taty. Cóż, że podłoga wtedy wygląda jak klepisko kurnika? A połowa porcji makaronu ląduje ukryta za plecami Ignaca w foteliku? Ignaś chce sam i basta:)

Bardzo mnie cieszą te próby usprawniania "dużej motoryki" mojego Synka. Wynikające wyłącznie z jego wewnętrznej potrzeby zdobywania coraz większej sprawności w otaczającym go świecie. To dobry znak! Czuję to gdzieś w trzewiach.
Choć niepewność tkwi we mnie równie głęboko, co nadzieja i wiara.

27 maja 2013

Gliatilin i inne leki

Od dziś w "jadłospisie" Ignasia pojawia się nowy lek.

Postanowiłam o tym napisać, zdając sobie sprawę, jak wielu rodziców szukając ratunku czy wsparcia farmakologicznego dla swoich dzieci, błądzi po omacku. A mnie się właśnie wydaje, że trafiliśmy w końcu pod odpowiedni neurologiczny adres i że być może coś korzystnego z tego dla Ignasia wyniknie.

Jak już wspominałam- Eye-Q zdaje się robić pozytywną robotę w sieci neuronalnej naszego Malucha. Ignaś jakby lepiej skoncentrowany, manualnie zaczyna celować w pokrętła i ma chęć ich używać zgodnie z przeznaczeniem projektanta danej zabawki, ciekawy takich kolorowych sprzętów, które zajmują pół podłogi gościnnego pokoju w naszym domu (a pokój duży;)), a które dotąd omijał obojętnie...

Swego czasu liczyliśmy mocno na Cerebrolizynę, ale summa summarum, zamiast niej trafił nam się "prewencyjnie" Sabril i o Cerebrolizynie już nikt nie pamiętał (prócz nas- zrozpaczonych i zdesperowanych rodziców, ale toż to drobnostka przecież). Z perspektywy widzę, że i dobrze się stało, bo ominęły Ignasia regularne iniekcje, czyli stresogenne wizyty w przychodni, kłucie i wycie.
Sabril- nikt już czasu nie cofnie.... Jedynym plusem jest to, że chyba Ignaś nie stał się 1 z tych 3 pacjentów, którym niszczy on nerw wzrokowy. Mieliśmy szczęście.

Z leków wspomagających układ nerwowy, zwłaszcza centralny, to chyba wszystkie specyfiki powyżej opisałam.
Dziś otwieramy epokę Gliatilinu.
Jest on co prawda dedykowany pacjentom o trochę większym stażu życiowym niż Ignaś, ale z opinii Pani neurolog, która nam go poleciła wynika, że można go z powodzeniem stosować także u dzieci.  Skądinąd wiem, że sięgają po niego kulturyści (nadmiernie rozbudowana masa mięśniowa Ignasiowi co prawda na razie nie grozi), ale w jakim celu???- nie pytajcie mnie, proszę:)

Z ulotki załączonej do leku wynika, że:

1. Co to jest Gliatilin i w jakim celu się go stosuje

Lek Gliatilin zawiera substancję czynną - alfosceran choliny, która wzmacnia aktywność układu cholinergicznego i poprawia czynności błony komórkowej neuronów. Alfosceran choliny jest prekursorem fosfatydylocholiny, a także nośnikiem choliny – bezpośredniego prekursora acetylocholiny (ACh).
Acetylocholina, jeden z najważniejszych mózgowych neuroprzekaźników, odgrywa istotną rolę w funkcjach ośrodkowego układu nerwowego, takich jak: pamięć, emocje i czynności ruchowe. W różnych zespołach zwyrodnieniowych i pourazowych mózgu, układ acetylocholinowy ulega uszkodzeniu – wybiórczo lub w pierwszej kolejności. Zwiększona podaż choliny zwiększa ilość ACh, a tym samym aktywność układu, co istotnie zmniejsza objawy uszkodzenia mózgu. Struktura chemiczna alfosceranu choliny (zawierającego 40,5% choliny) i jego właściwości fizykochemiczne, zapewniają znaczący dopływ do mózgu substancji czynnej, chroniącej procesy metaboliczne.
Ponadto alfosceran choliny ułatwia ponowne wbudowywanie się fosfolipidów, utraconych w procesie starzenia, uszkodzenia lub zwyrodnienia mózgu, w błonę komórkową neuronów. Odpowiedni skład fosfolipidów w błonie komórkowej neuronów jest niezbędny dla jej prawidłowej czynności, decydującej o przewodnictwie i przekaźnictwie nerwowym.
Wyniki przedklinicznych badań farmakologicznych oraz badań z udziałem ochotników, dowodzą, że alfosceran choliny poprawia istotnie zaburzoną pamięć i inne funkcje poznawcze, a także wywiera korzystny wpływ na sferę afektywną i behawioralną.
Dotychczasowe wieloletnie doświadczenia kliniczne potwierdzają te obserwacje u osób w podeszłym wieku, z różnymi zespołami otępiennymi i pourazowymi.
Stwierdzono szybkie i całkowite wchłanianie alfosceranu choliny z przewodu pokarmowego do krwi oraz szybką dystrybucję w obrębie wielu organów, w tym mózgu. Eliminacja leku zachodzi przez nerki.
Wskazaniami do stosowania leku Gliatilin:
Inwolucyjne organiczne zaburzenia czynności mózgu (zaburzenia poznawcze - zaburzenia pamięci, dezorientacja, zmniejszenie motywacji, zmniejszenie koncentracji; zaburzenia afektu i zachowania – niestabilność emocjonalna, drażliwość, zanik zainteresowania otoczeniem). Pseudodepresja wieku podeszłego.

Więcej informacji o leku znajdziecie na przykład tutaj (jeśli oczywiście jesteście nimi zainteresowani;))

Żeby nie przedłużać i tak niekrótkiego wpisu (kto dziś ma czas na siedzenie przy komputerze prócz nastolatków?), obiecuję jedynie, że będę zdawać relację z jego działania.

Ignaś jako królik doświadczalny- brrr... dlaczego tak musi być???

21 maja 2013

Jak to się mogło stać?

Od tygodnia zachodzę w głowę i zadaję sobie pytanie: "Jak to się mogło stać?"
I nie chodzi o to, żeby znaleźć sobie dobre usprawiedliwienie i wymieść zalegające poczucie winy zza kołnierza. Chciałabym to po prostu zrozumieć. Nic więcej.
Więc kompletuję sobie różne wytłumaczenia, o różnym stopniu skomplikowania i wirtuozerii intelektualnej. Ale zawsze wychodzi na jedno:
trywialne- zdarza się.

Czy aby na pewno? Czy może nam się COŚ takiego zdarzyć? Czy zdarza się ogólnie, czy zdarzyło się tylko mnie? Jak się do tego ustawić? zapatrywać na to? pobłażać czy raczej piętnować?

Na kilku blogach (U dzielnego Frania  i Walecznego Aleksa) rozgorzała dyskusja o tym, do czego rodzic niepełnosprawnego dziecka ma prawo, a do czego nie? Czy ma w ogóle jakieś prawa, poza pielęgnowaniem swojego chorego dziecka i obowiązkowej koncentracji na jego życiu? Ta dyskusja trwa zresztą nie tylko w blogosferze... Miesiąc temu (znów coś przegapiłam;) ukazał się materiał w "Wysokich obcasach" na temat kampanii Nie mażę się - pisała o niej też Mama Precla, ale wtedy mnie to jakoś nie ruszyło za mocno, więc przemilczałam. Dopiero ten artykuł, który miałam okazję przeczytać dzięki uprzejmości Pani Kasi- ćwiczącej wówczas z Ignacym i taktownie nie angażującej mnie w tamtej chwili w pomoc przy zajęciu jego uwagi, poruszył we mnie coś drżącego. I jakoś tak skomponował się z moimi rozmyślaniami o wypowiedziach na wspomnianych blogach, i z tym zdarzeniem, z powodu którego pytam samą siebie "jak to się mogło stać?"...

Dziś spotkałam znajomą sprzed lat. Razem studiowałyśmy- piękne czasy.... Ponieważ nie było nam bardzo do siebie blisko w tamtym okresie- kontakt urwał nam się naturalnie wraz z obroną pracy magisterskiej. A dzisiaj- wchodzę do Centrum Bobath i kto się wynurza z gabinetu???? Aneta:)

Pochwalę się, a jakże- poznałam ją od razu! W drugą stronę było gorzej... co jest? Tak zbrzydłam, utyłam? postarzałam się? a może po prostu spoważniałam? Nieistotne.
Krótka pogawędka, którą sobie ucięłyśmy uświadomiła mi po raz kolejny wyświechtaną prawdę. Dla każdego szczęście oznacza co innego. Koleżanka nie założyła rodziny. Pracuje. Bezdzietna. Sama dla siebie Panem, Sterem i Okrętem.  Dzieci spotyka w pracy. Chore dzieci też. Wystarczy jej to. Naogląda się, nasłucha, nie tęskni. Jej szczęście jest inne niż moje.
I wiecie, co odkryłam? Że nie zamieniłabym się z nią ani na chwilę! Pomimo Ignasiowej choroby. Ja tak właśnie jestem szczęśliwa. Mogę? Mam prawo? Wypada?
Wypada się cieszyć i czuć szczęśliwą- tak globalnie, reasumując, nie faworyzując żadnej zmiennej nad inne- będąc rodzicem niepełnosprawnego dziecka? Codziennie maszerując na ćwiczenia, rehabilitacje, wizyty kontrolne?

Na ile dajemy sobie prawo do normalności? Na ile inni- obserwatorzy naszego życia- dopuszczają taką ewentualność?
Czy możemy chodzić do kina? na piwo? na kawę ze znajomymi? wyjeżdżać na wakacje? korzystać z Kinecta? tabletów? I'Phonów? Cieszyć się? Żartować? Leniuchować pod gruszą?

Czy możemy..... zapomnieć na śmierć o rehabilitacji naszego syna czy córki i pójść z nim/nią beztrosko na spacer albo na zakupy w tym czasie?????;)

***

Eye-Q działa. Właściwie nie wiadomo, czy to Eye-Q, czy ukryty potencjał mózgu mojego synka. Czy też kombinacja tych dwóch czynników:)
Dość, że dziś rano po obudzeniu Ignacy wyciągnął rękę po książeczkę z bajkami. I nawet trochę poczytaliśmy i poobserwował ilustracje. Coraz chętniej też manipuluje przy zabawkach interaktywnych, uruchamia różne dźwięki na różne sposoby, skupia się dłużej niż 30 sekund. Ale obrazków nadal nie chce segregować, układać, dopasowywać. I basta. I stań na rzęsach, jeśli chcesz, a i tak nic to nie pomoże:) Twardziel jeden.

***
Tydzień po moim poście o placach zabaw spotkałam PO RAZ  PIERWSZY w naszym mieście dziewczynkę z Zespołem Downa w piaskownicy! Hura! Nie jesteśmy sami! Brawo!
Kolejnym razem wymieniam się telefonami;)

15 maja 2013

Pokojowo i przedsennie

Żeby nie było, że kłótnia trwa- dziś było sielsko i spokój.

Napięcie z Matki zeszło. Bo Ignaś przecież niczego winny. Tak, tak- to Matka wykazać się powinna większą dojrzałością. Ale cóż- czasem nie potrafi:( choćby chciała, jak nie wiem co, dziecinność z niej wychodzi na wskroś wszelkimi kanałami... Ponoć można to leczyć;)

A tymczasem dziś drobiazg się zadział. Ale cenny dla mnie w jakiś szczególny sposób, więc wspomnę. A do tego ów drobiazg zadział się też wczoraj. Jako eksperyment wieczorny, na złagodzenie nastrojów poburzowych;)
Postanowiłam poczytać Ignasiowi przed snem książeczkę z moimi ulubionymi ilustracjami i wierszykami, które czytywałam w ilościach hurtowych dwóm starszym synom lata całe temu.

Tak, tak- nie wiemy, jak to się stało, ale Ignaś, mimo 7-letniej różnicy wieku między nim, a Średnim Synem, odziedziczył po chłopcach całe mnóstwo sprzętu wszelakiego. Od spodenek, body i czapeczek począwszy, po właśnie książeczki, grzechotki, leżaczek i łóżeczko. Jak to się stało, że wszystkich tych 'rupieci" nie wyrzuciłam, gdy była na to pora?- do dziś nie wiem... Przeczucie jakieś? Podświadomość? Intuicja? Dość, że teraz te różności są jak znalazł i Ignacy korzysta w nich, ku naszej radości i wzruszeniu gremialnemu (a zwłaszcza moim i Taty:)).

Rzeczona czapeczka jak nowa;)
W tajemnicy Wam zdradzę, że hitem jest czapeczka, odziedziczona przez Ignasia po jego 17-letnim obecnie "kuzynie", którą najpierw nosił ów chłopiec, potem nasz Najstarszy, potem nasz Średni, a dziś -Ignaś właśnie. I wciąż wygląda na prawie-modną;) i zupełnie nie zniszczoną;)

Wracając jednak do czytania o zmierzchu...
nie kryłam się z tym wielce, że niepokoi mnie brak zainteresowania u Ignasia literaturą dziecięcą, a maksymalny czas koncentracji na oglądanym obrazku wynosił do niedawna całe 5 sekund. Ignaś, wciągnięty niemal przemocą na kolana dorosłego, zamierzającego poczytać mu cokolwiek, natychmiast z tych kolan próbował się wymsknąć, wywinąć, wyswobodzić, a sukcesem już było, gdy zdążyło się otworzyć książeczkę na jakimkolwiek obrazku i skupić jego wzrok na jakiejś kaczuszce czy koniku choćby na dwie sekundy. Natychmiast po tym Ignaś wyrywał książeczkę z rąk czytającego i próbował ją wymownie zamknąć, pod pretekstem oglądnięcia okładki z tyłu, a następnie z przodu. I tyle. Na tym zwykle ambitne próby wprowadzania Iggiego w magiczny świat wyobraźni się kończyły. Do kolejnej, podobnej w skutkach....

Nie muszę chyba wyłuskiwać moich obaw co do rozwoju poznawczego Ignasia, jego możliwości intelektualnych w przyszłości i wszystkich tych d...pereli, którymi uwielbiam się zadręczać od czasu do czasu.

Ale postanowiłam zaeksperymentować wczoraj właśnie i zaproponowałam Ignasiowi wspólne poczytanie bajeczki. Ułożyłam go wygodnie (przynajmniej dla mnie), na moim ramieniu, w łóżeczku, pod kołderką i otworzyłam książeczkę. I wiecie co? Oczywiście, że wiecie:)

Ignacy słuchał uważnie. Przyglądał się obrazkom. Wodził wzrokiem za moim wskazującym poszczególne postaci palcem. I ani raz nie zamknął książeczki! Owszem- nie wszystkie historyjki mu przypadły do gustu (ja też chętnie niektóre omijam;), ale prześledził chyba z 4 pod rząd! I dziś to samo. Oczywiście dziś, powodowana głupawką, wprowadziłam pewną innowację i Ignaś natychmiast ją pochwycił, bo chyba okazała się ciekawsza, niż samo czytanie, ale i tak uważam, że akcja "czytanie" zakończyła się totalnym powodzeniem.

Boże! Jak ja bym chciała, żeby Ignaś zakochał się w czytaniu tak jak cała nasza rodzina!
Mogłabym przynajmniej poczytać sobie dziecięce bajki na dobranoc:)







14 maja 2013

Kłótnia

A myśmy się dziś z Ignasiem pożarli.
No- prawie i w przenośni, ale było ostro.
 I choć pewne etapy w rozwoju naszego 2,5-latka spóźniają się karygodnie prawie, to inne pojawiają się z zadziwiającą na tym tle wręcz punktualnością.
I oto Ignacy od tygodnia prezentuje swoje gniewne nastroje, niezadowolenie w formie klarownej i bez-zmyłkowej i tak krzyczy wnerwiony na każdego, kto coś mu nie w smak poczyni, że od razu wiadomo, o co chodzi- jak rzadko;) Można by rzec nawet, że wścieka się klasycznie jak każdy dwulatek. Niestety u mamy ten objaw pozostał również w postaci rozbudowanej i też wściec się potrafi. Nawet niekiedy pokrzyczeć- wstydliwa sprawa, ale cóż.... prawdziwa niestety.
No i dziś taki sobie krzykaty dzień urządziliśmy.
Od 7:00 rano dokładnie, gdy to mamę obudził obudzony Ignaś i natychmiast zdjął strach o to, czy jegomość wytrzyma do 11:00 godziny, tzn. do czasu ćwiczeń i rehabilitacji. Z Ignasiem to nigdy nic nie wiadomo, i fakt, że planowaliśmy godziny zajęć pod jego rytm drzemkowy już teraz zupełnie nic nie znaczy. Harmonogram snu się zmienił, a godziny ćwiczeń nie. A jechać ze zmęczonym Ignacym na ćwiczenia to zawsze ryzyko szybkiego powrotu do domu. Więc mama się spięła nie na żarty. I nawet Taty próby zalulania gościa ponownego spaliły na panewce, bo przecież na dworze już jasno!

Ostatecznie poleżeliśmy do 8:00 i zrezygnowani zeszliśmy na śniadanie. A potem pojechaliśmy na rehabilitację: mama pełna zwątpienia w powodzenie misji, Ignacy pełen ziewania.
Wróciliśmy dość szybko- jak się spodziewałam. Na 10 minut przed domem Ignaś zasnął snem kamiennym w samochodzie. Mama go wniosła delikatnie jak kopę jajek, chuchała, dmuchała, na paluszkach wdrapywała się na pięterko, położyła do łóżka, zdjęła butki a Ignaś- fik- oczy otworzył i już po spaniu nici. Mama cierpliwie, choć już trochę rozdygotana- położyła się obok z nadzieją, że jeszcze coś z tego będzie, że chłopina zaśnie na jakąś godzinkę, półtorej. A on? Śpiewa, tańczy, podskakuje i o spaniu słyszeć nie chce!
No to mamie nerw puścił i całe szczęście, że dziadek był w domu i przejął nad wszystkim kontrolę.

Ignaś szlochał, że matka wyszła.
Matka szlochała, że Ignaś ją w konia robi.

A tak naprawdę wszystko okazało się stresem wyjazdowym, bo mama strasznie nie lubi jak tata wyjeżdża. I to najpierw do Ostródy, zaraz potem do Rzeszowa i co gorsze- wraca dopiero w piątek...:( I Ignaś też nie lubi zestresowanej mamy i nieobecnego taty:(
I kropka.

09 maja 2013

A wieczorem była burza...


Nie będę dziś opisywać naszych sukcesów czy radości.

Mam za to pewne- złożone jak widać- pytanie, które nurtowało mnie dziś z taką siłą, że poświęciłam tematowi całą, okrągłą godzinę czasu, a potem wrzuciłam to w moje Mokradła.

Pytanie/-nia te brzmią tak:

"Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego na zwykłych, komercyjnych, ogólnodostępnych, miejskich placach zabaw nie widać chorych dzieci? 
Gdzie one się wszystkie podziały? 
Czy to, że ich nie widać, oznacza, że ich nie ma? Gdzie są? 

Dlaczego nie spotkałam nigdy żadnej dziewczynki z Zespołem Downa w piaskownicy? Dlaczego nie widziałam żadnego chłopca z kłopotami motorycznymi, których przecież tylko ślepiec by nie rozpoznał?"


A może w innych miastach i miasteczkach jest inaczej? hę?


08 maja 2013

Już po:)

Zastanawiam się, czy fakt, że moje przerwy w pisaniu stają się coraz dłuższe, wynika jedynie z nawału spraw różnorakich w realu (jak np wspomniana Komunia Średniego syna, którą organizowaliśmy w domu)? czy też inna jest przyczyna mojej falującej natężeniem więzi z blogiem?

Czyżby lęku we mnie mniej? Czyżbym zdążyła się już przyzwyczaić do niepełnosprawności mojego dziecka? I dlatego mniej dramatycznie we mnie jest? Spokojniej?
Myślę, że tak.
Najtrudniejszy jest ponoć pierwszy rok. Szok. Trzeba się zmierzyć z nieznanym, oswoić nowe, odszukać bezpieczne algorytmy- jeśli oczywiście jest taka możliwość. Wydeptać nowe ścieżki.
Drugi rok jest już łatwiejszy, choć nadal zdarzają się pewne perturbacje, ale człowiek już ma wyobrażenie, czego może się spodziewać, jak postępować, cierpienia mniej, niepewności, buntu i niezgody.

Pozostaje zwyczajność. Zwyczajne troski i zwyczajne zachwyty.

Takie jak np te:

Nudzi mi się.... na spacerek poszedłbym, albo coś porobił.....

Pomagam mamie gotować obiad!

A po robocie- przyjemność się należy;)