A wieczorem była burza...


Nie będę dziś opisywać naszych sukcesów czy radości.

Mam za to pewne- złożone jak widać- pytanie, które nurtowało mnie dziś z taką siłą, że poświęciłam tematowi całą, okrągłą godzinę czasu, a potem wrzuciłam to w moje Mokradła.

Pytanie/-nia te brzmią tak:

"Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego na zwykłych, komercyjnych, ogólnodostępnych, miejskich placach zabaw nie widać chorych dzieci? 
Gdzie one się wszystkie podziały? 
Czy to, że ich nie widać, oznacza, że ich nie ma? Gdzie są? 

Dlaczego nie spotkałam nigdy żadnej dziewczynki z Zespołem Downa w piaskownicy? Dlaczego nie widziałam żadnego chłopca z kłopotami motorycznymi, których przecież tylko ślepiec by nie rozpoznał?"


A może w innych miastach i miasteczkach jest inaczej? hę?


Komentarze

  1. Dlatego ze nasze spoleczeństwo nie wie co to niepelnosprawnosc,i na placach zabaw chore dzieci sa wytykane palcami, i niestety malo tolerowane przez doroslych i odizolowywane od zdrowych dzieci.
    Dlatego tez nie chodza na place zabaw( co ja uwazam za blad rodzicow)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Choć pewnie sama wiesz, jak w gruncie rzeczy trudno takiego błędu nie popełniać, co?:( Ja się staram.... ale nie jest łatwo:( może dzięki temu będzie łatwiej w przyszłości?... A może jednak to przez wstyd? sama już nie wiem, ale dzięki za komentarz:)Pozdr.

      Usuń
    2. Ja z Wiktorem chodzę na normalne place zabaw. Fakt, jego kłopoty z chodzeniem nie rzucają się w oczy "AŻ TAK", ale są i jak bawi się na różnych drabinkach z innymi dziećmi, to widać, że nie "śmiga", że nie umie zejść z drabinki, że niepewnie się czuje.
      NIKT do tej pory nie rzucił nam żadnej krzywej uwagi, wręcz przeciwnie, rodzice innych dzieci każą im spokojnie poczekać, aż Wiktor skończy.
      Lepiej przestać się bać innych rodziców i zaufać im :) tak sobie myślę.

      Usuń
  2. mam temat na kolejnego posta jutro go opublikuje.
    Z racji tego że Jacek ma skończone 12 lat trochę przeszłam , a nie zawsze miałam miłe sytuacje na placu zabaw, ale za to
    zawsze miałam i mam to wiesz gdzie :-)
    i nie raz pokłóciłam się z babkami za ich głupie komentarze typu " złe wychowanie", a teraz one czytają mojego bloga i są jak odmienione!
    Może trzeba właśnie to nagłaśniać i nagłaśniać i nagłaśniać !!!!
    Aby móc spokojnie wyjść z dzieckiem do piaskownicy bez stresów i głupich komentarzy innych.

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzeba wychodzić do ludzi,to społeczeństwo będzie mniej dziczeć.
    Jestem w 100% za integracją, "ale" w dobrym tego słowa znaczeniu, u nas na placu zabaw dla maluchów spotkałam ostatnio chłopca 11-12 lat z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, kiepsko to wyglądało;/ Mój mały mały ma zajęcia w parach z chłopcem z zespołem Downa i super im się współpracuje:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moi chłopcy też chodzili do przedszkola integracyjnego i mieli w grupie chore dzieci. Nie ze wszystkimi im się tak samo dobrze układało. Ale właśnie o tym piszę, żeby integrować ze sobą też chore dzieci- a tych na placach zabaw brak:( Bo zdrowi rówieśnicy w wielu przypadkach po prostu odjeżdżają im rozwojowo (choć mój starszy syn nadal- w 5 klasie ma dwóch kolegów z niepełnosprawnością i jest ok). Inicjatywa musi być po obu stronach- jeśli już chcemy widzieć jakieś strony...
      Pozdrawiam i dzięki za opinię:)

      Usuń
  4. W sumie... też rzadko widujemy na placach zabaw dzieci z niepełnosprawnością- a wiesz, że nas nosi wybitnie!
    Myślę, że musi jeszcze sporo wody upłynąć, żeby rodzice (bo z dziećmi nie ma problemu) chorych dzieci nie reagowali na spojrzenia- bo przecież nasze dzieci różnią się od innych, więc nie możemy się aż tak bardzo temu dziwić, zaś rodzice dzieci zdrowych muszą zrozumieć, że niepełnosprawni chcą żyć normalnie, niepełnosprawne dzieci tak samą pragną świata, jak ich zdrowi rodzice.
    My nie mamy problemu z tym, że ktoś na ulicy do nas podejdzie i zapyta: co jest synkowi, czy pomóc. Nigdy nie zdarzył nam się niewybredny komentarz. Czasem ktoś tylko odwraca wzrok, ale już widzę, że coraz rzadziej (a w sumie w temacie niepełnosprawności jesteśmy stosunkowo krótko).

    A z drugiej strony: ilu z nas ZANIM nasze dziecko dopadła jakakolwiek niepełnosprawność zadała sobie to pytanie? zawsze byliśmy otwarci i tolerancyjni? Temat rzeka, prawda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toż ja nie psioczę na społeczeństwo. Myślę raczej o nas- rodzicach chorych dzieci- to my powinniśmy wyjść w końcu z szafy, bo myślę, że jednak nas jakoś ograniczają nasze emocje. Otwartość rodzi otwartość. Nie mam pretensji o spojrzenia. Komentarza też żadnego nie usłyszałam. Ale myślę, że niepotrzebnie niektórzy rodzice unikają placów zabaw- byłoby nam raźniej po prostu:) A jak już się spotkamy, to idziemy na tour de palce zabaw, co?:)

      Usuń
  5. Masz rację. Nie widać. Nawet w Stolicy. Nie widać też niepełnosprawnych dzieci w podstawówce mojego starszego syna (prawie 1,5 tys dzieciaków w samej szkole, dzielnica typowo sypialniana, kilkaset tysięcy ludzi - co najmniej).

    Niepełnosprawność zamieciona pod dywan.

    Pytanie kto zamiata.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo ważne pytanie wg mnie...
      Ja zamiatać nie zamierzam. I chyba wy też nie zamiatacie, prawda:)
      Pozdrawiam Was b.ciepło!

      Usuń
  6. A ja widuję i to często, i w szkole, i w okolicy, i w kościele.
    Może dlatego, że w pobliżu jest szkoła specjalna i dzieci są codziennie na spacerach/wycieczkach.
    Mój respiratorowiec robi niezłe ,,widowisko" ale my się uodporniliśmy na spojrzenia i robimy swoje, nie damy się odizolować. Nie zawsze jest wyłącznie miło, ale musimy normalnie uczestniczyć w życiu społecznym.
    Ps. nie jeden konik na piaskownicy uginał sie od ciężaru matki trzymającej Antka na kolanach, zjeżdżalnie też nam nie obce, i wizyty w krainie wrażeń, w kulkach itp.
    Sporo zależy od nas samych, od rodziców dzieci mniej sprawnych

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie- jak my się nie boimy pokazywać światu, to świat nie boi się nas widzieć. Chyba to tak trochę działa...
      No i wiele zależy właśnie od nas- rodziców chorych dzieci. Jednak:)
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  7. A może też dlatego, że place zabaw są niedostosowane do potrzeb takich użytkowników. W nienajmniejszym mieście Świętej Wieży jest jeden plac podobno dla dzieci niepełnosprawnych. Podobno bo była zainstalowana specjalna huśtawka z krzesełkiem z pasami zamiast zwykłej deski. czywiście była bo około roku temu zniknęła w neznanych okolicznościach i do tej pory nie wróciła ;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może też...
      Oczywiście, nie każda niepełnosprawność daje dziecku możliwość zabawy na placu zabaw... Nie każdy plac zabaw nam odpowiada... Z niektórych huśtawek Ignaś po prostu by spadł... Ale też nigdy nie zapomnę wizyty w domu, w którym już dorosły niepełnosprawny syn leżał w łóżku w ciemnym pokoju... Obym nigdy na to nie pozwoliła Ignasiowi!
      Pozdrawiam.

      Usuń
  8. W pewnym sensie rozumiem rodziców dzieci niepełnosprawnych. Być może spotkali się z ciekawością która wymknęła się spod kontroli, złe spojrzenie, nietaktowny komentarz. Boją się że sytuacja się powtórzy, więc wolą siedzieć bezpiecznie schowani w zaciszu własnego domu. Ale ktoś musi zrobić ten pierwszy krok. W tym wypadku należy to właśnie do nich. Trzeba zaryzykować.

    Każda inność, która w jakiś tam sposób odbiega od ogólnie przyjętego schematu, budzi ciekawość. Jeśli jednak z tą innością obcujemy na co dzień to staje się normalnością.

    Oboje z bratem mamy ogromne szczęście, że nasi rodzice są tak otwarci i odważni. Pewnie dlatego, że sami też są niepełnosprawni. Nasze dzieciństwo, oprócz szpitali i rehabilitacji, to właśnie plac zabaw. Owszem, dzieci pytały o blizny po operacjach, o wózek. Pytali też rodzice - ot, zwykła ludzka ciekawość. Nigdy nie odczułam niechęci czy braku akceptacji. Miło wspominam tamte czasy :)

    Wiem, że w okolicy mieszkało co najmniej pięcioro innych niepełnosprawnych dzieci, mniej więcej w moim wieku. Nie pamiętam żebym kiedykolwiek widziała je na placu zabaw. To przykre, że podczas gdy całkiem sporo mówi się o integracji, wielu rodziców niepełnosprawnych dzieci, którzy przecież tą integracją powinni być najbardziej zainteresowani, nie ma wystarczająco dużo odwagi żeby integrację propagować, choćby tylko na własnym podwórku.

    Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie o tym, Magdo, piszę:)
      Dzięki za uzupełnienie myśli;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.