Crash, bum, bang- czyli środa na bogato

W taki dzień zdroworozsądkowi, wolni ludzie nie wychodziliby po prostu z domu. Lało cały ranek, lało całą noc i cały wcześniejszy dzień też lało. Powietrze było tak mokre, że wystarczyło uchylić okna, by gasły świeczki rozpalone na stołach, a herbata sama zaparzała się w kubku.

Gdyby jednak nie czekały na nas konie...

Pewnie siedziałabym z dziećmi w domu i nudziła się razem z nimi, ugotowała obiad, odklejając Ignasia od mojej spódnicy, może ogarnęłabym dom?..... kto wie?....


Czy wjechaliście kiedyś samochodem z dwójką dzieci na pokładzie ślizgiem pod tylne koła naczepy ogromnej ciężarówki, przewożącej piasek na budowę (czy gdzie tam jeszcze)? (Rzecz się działa na zakręcie 90 st.)


I wyszliście z tego zupełnie cało? bez szwanku? nawet paznokieć Wam się nie ukruszył? Włos z głowy nie spadł? Nie pękła żadna żyłka na policzku czy udzie?

No- może samochód wymaga pewnego rychtunku, powiedzmy. Przednie koło trochę się obraziło i wygięło. Reflektor nie chciał na to patrzeć i rozbił się z emocji. Zderzak- jak to zderzak- rzucił się dzielnie na ratunek i poniósł największe obrażenia na polu zderzenia. Zwiała z miejsca swojego tablica rejestracyjna- tchórz jeden. No i lusterko boczne nie wytrzymało presji spotkania z wielką, czarną oponą i towarzyszącą jej felgą wozu jadącego z naprzeciwka. Błotnik srebrzysty zwinął się w niemą harmonijkę, odsłaniając bezwstydnie nagie nadkole...

Nawet nie chcę myśleć, co by było, gdyby.....

Chłopcy prawie się nie zorientowali, co zaszło.

Ignaś płakał tylko dlatego, że przyjechał do nas Tata i nie chciał z nami wrócić od razu do domu, a mama chodziła jakaś nieobecna wokół samochodu i w nosie miała jego prośby o wzięcie na rączki. Średni Syn pamięta tylko kilka raczej cenzuralnych słów mamy, wypowiadanych w dziwnej sekwencji, nie za głośno i nie za cicho, a  następnie nawet nie najgłośniejsze "bum". Natychmiast chce wysiadać z samochodu i oglądać, jak go "pokiereszowaliśmy".

Kierowca z ciężarówki podchodzi do mnie, pyta czy wszystko w porządku i dlaczego tak wyjechałam na środek jezdni??? (trochę głupie pytanie, prawda?- ot, miałam taki kaprys- chciało mi się odpowiedzieć).

Potem zatrzymuje się jeszcze kilka samochodów, oferując swoją pomoc- miłe.

Nikt na mnie nie krzyczy, nikomu nie puszczają emocje.

Najdotkliwszy jest tylko strach, że mogliśmy tego nie przeżyć.... gdyby właśnie te różne "gdyby"...


Dziś miało być jeszcze o rekompensacie w postaci godzinnej SI/ terapii pedagogicznej za utracone w ten sposób konie, którą mama zorganizowała Ignasiowi w domu po obiedzie. Ale nie będzie. Emocje wciąż jeszcze we mnie oddychają intensywnie po tej środzie. Muszę ochłonąć:)

PS. Czy ktoś życzy sobie zdjęcia;)?


Komentarze

  1. Aż zamarłam, czytając ten wpis. Jakaż ulga, że nic Wam się nie stało!!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Matko święta! Ciarrrrrrry. Grunt, że tylko auto ucierpiało. Wszak to rzecz. Zawał miałam czytając, nie zazdraszczam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matko droga! Jeszcze bym ciebie miała na sumieniu! Franio by mi NIGDY nie wybaczył:( Mam nadzieję, że już dobrze się czujesz;)

      Usuń
  3. Boże drogi. Mnie by zgarniała już stamtąd karetka. Z zawałem rzecz jasna...
    Chwała, że jesteście cali i zdrowi!

    OdpowiedzUsuń
  4. O matko jedyna...Dobrze, że tak się skończyło..

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.