Jesiennie

może być i pięknie, i mniej. 
U nas oba warianty zagościły.

Ten mniej piękny na szczęście nie bezpośrednio nas dotyczy, ale jednak o jego skutki się ocieramy. Rozchorowały się Panie Terapeutki Ignasiowe i mamy nadprogramowe godziny terapeutycznych przestojów. Dziś nie było logopedy, jutro i pojutrze wypadną nam dwie godziny SI.
Już obmyślam plan spędzenia z Ignasiem atrakcyjnego "do-południa" na basenie, gdyż przesiedzenie z nim w domu ciurkiem 5 godzin byłoby dla nas obojga prawdopodobnie zabójczo nudne. A pożyć oboje jeszcze chcemy;)

A Paniom zdrowia życzymy i wypoczynku w czasie choroby (jak wielu z nas choruje na pełnych obrotach- sami wiemy...).

BTW: sprawa logopedy wciąż zaprząta moją uwagę, gdyż... wprawdzie znalazłam na miejscu specjalistkę, która chętnie podjęła się pracy z Ignasiem i z pewnością nie wymaga od niego niemożliwego, nie odpuszczając jednocześnie pracy logopedycznej, nie poprzestałam jednak na tym rozwiązaniu i dzięki uprzejmości Franiowej Mamy oraz pewnej Małgosi zapędziłam się w poszukiwaniach aż do Polskiego Związku Głuchych (oddz. dolnośląski). To tam, zdaniem obu wspomnianych Pań przyjmują najlepsi specjaliści. I umówiłam Ignasia na wizytę konsultacyjną w ostatnim tygodniu października. Jeśli plan się powiedzie, będzie on objęty opieką logopedyczną do końca tego roku (a przy odrobinie szczęścia może i później?) właśnie tam. Musimy tylko dobrze rozplanować nasz tydzień, żeby wrzucić w niego jeszcze kilka godzin zajęć z dojazdami. A ponieważ Ignacy ostatnio pobija swoje rekordy czuwania i aktywności i wczoraj np. zasnął dopiero w okolicy godz. 23:35 (tego wcześniej jeszcze nie grali;), pewnie da radę wziąć na klatę jeszcze takie zajęcia:)

W ogóle mam poczucie, obserwując go ostatnio, że Jegomość się nudzi. Książeczki przegląda, ale wszystkie już zna, zabawkami chwilę się pobawi, ale najczęściej szuka stymulacji i kontaktu, a tu w domu brak odpowiednich gadżetów, by mu atrakcje zapewnić na odpowiednim poziomie. Więc wybieram się zaraz na poszukiwania odpowiednich pomocy do zabaw z Ignasiem, co to i jemu przyjemność sprawią i przy okazji trochę go rozwiną;) W pierwszej kolejności planuję zaopatrzyć się w gry z serii "Opowiem Ci, mamo" i jakiś sorter figur geometrycznych, bo coś mi podpowiada, że to będzie dobry ruch. na ten moment.

Zaś jeśli chodzi o jesienne przyjemności, bo i takie nas spotkały ostatnio, zaliczyć do nich należy na pewno naszą ostatnią wyprawę weekendową w góry...
Ech! Jak ja marzyłam o wycieczce w góry! Całe trzy lata marzyłam, marzyłam, aż wreszcie to marzenie w czyn wprowadziłam. Nie byle jakiej wycieczki pragnęłam, nie samotnej, ale właśnie takiej- rodzinnej, w pełnym składzie, w rytm mruczących chłopięcych marudzeń, że "ciężko, mamo" i "daleko jeszcze?", albo "nie mogliśmy tam podjechać samochodem?", tudzież "możemy już wracać?"...
Ignacy wprawdzie był już raz ze mną w górach- na Śnieżniku i na Marii Śnieżnej, w 5 miesiącu ciąży, ale przypuszczam, że niewiele z tej wyprawy pamięta. Ja pamiętam zaś super wyprawę z moją przyjaciółką Madzią, śmiechy, chichy, nocne rozmowy, wylegiwanie się w czerwcowym słońcu przed osławionym w różnych kręgach Sanktuarium i moje gorące prośby w myślach, żeby maluszek urodził się zdrowy...

No, a tym razem postanowiliśmy pojechać tam, gdzie jeszcze latem nigdy nie wędrowaliśmy - na Izerski Stog. Takie wspomnienia z jego okolic przywieźliśmy, o proszę:

Ruszamy! (Halo! Tutaj jestem!!!)

Pierwszy widok już wynagradza trud wspinaczki;)

Wow... Alu tu pięknie...
Ano PIĘKNIE:)


A tu to pewnie ciepło będzie;)
I ostatni "cukiereczek" na pamiątkę:)

A Wy? Zdążyliście już spełnić w tym roku jakieś swoje marzenie? A może byliście w górach???

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.