21 grudnia 2013

Czas Dobrych Nowin

Wróciliśmy. Walizki rozpakowane, dom ogarnięty, prezenty skompletowane, kartki świąteczne wysłane w Świat. Dziś wyprawa po choinkę i wyczekiwanie na pierwszych świątecznych Gości.

Bez wątpienia wróciliśmy i zeszły tydzień wydaje nam się już baardzo odległy.
Ignaś na przemęczonego wcale nie wygląda. Wręcz zaryzykowałabym stwierdzenie, że brakuje mu czegoś do szczęścia;) Może tego uznania, zachwytu, oklasków podziwu za każde wykonane polecenie, zadanie? Rozpuściły nam Ciocie Terapeutki Synalka, oj rozpuściły. Jeśli do tego dodać Babcię, która przez dwa tygodnie rozpieszczała resztę mojej Gromadki, dbając o podniebienia, wyręczając z większości obowiązków i czytając bajki na dobranoc dziatwie, to trudne zadanie przywrócenia dawnego status quo mnie czeka przez najbliższy miesiąc;)

Czy warto było?
O wyjeździe na ten turnus mam bardzo klarowne zdanie i sprowadza się ono do prostego twierdzenia "ze wszech miar warto było!"
To był wspaniały czas dla Ignasia i dla mnie. Młody ćwiczył zapamiętale, ale zawsze w atmosferze zabawy i szacunku! co szczególnie dla mnie ważne. Widać więc było też tego efekty- stał się jeszcze bardziej rozgadany, pojawiają się w jego słowniku nowe zbitki sylab, zaczyna migać nowe znaki, częściowo własnego autorstwa, ale te również przyjmujemy z wdzięcznością, gdyż każda droga do lepszego z nim porozumienia jest dla nas dobra. Na cyzelowanie umiejętności przyjdzie jeszcze pora...

Tak więc, Ignaś swobodnie miga już mini zdania typu: "proszę smoczka" czy "pies szczeka". I jest to dla mnie niewiarygodny sukces, bacząc na to, iż kilka miesięcy temu nie migał wcale, a w kwietniu pierwszy raz ułożył dłonie do gestu "jeszcze" (który potem zdarzało mu się zresztą zapominać kilkakrotnie). Najwyraźniej jego rączki są coraz bardziej sprawne i otwierają przed nim możliwość takiej z nami komunikacji, która na domiar sprawia mu ogromną radość.
A jaki jest najużyteczniejszy gest w słowniku Ignasia?
No, kto zgadnie?


"Proszę".

To on otwiera mu drogę do osiągania tego, czego od nas potrzebuje;)
Jak widać, wraz z komunikacją Ignaś trenuje zasady dobrego wychowania:)
Co nie znaczy, że próby dramatycznego wymuszania płaczem i wrzaskiem się nie zdarzają- a juści. Ale są o niebo mniej skuteczne niż zwykłe "proszę".

Poza tym- właściwie poza wieloma różnymi sprawami naszej codzienności, o których się tu nie rozpiszę......
(np. o odwiedzinach w drodze powrotnej z turnusu u Rodzinki Niebieskookiego Frania, podczas której Ojcowie zażywali męskich rozrywek, a Matki wtopione w wygodne poduchy kanapy rozprawiały o sprawach ważnych i zasadniczych, powodując ni mniej ni więcej, że ów wieczór stał się jednym z piękniejszych wieczorów tego roku dla mnie i ważnych), zbliża się nieubłaganie dzień, w którym Ignacy stanie się pełnoprawnym PRZEDSZKOLAKIEM przedszkola Integracyjnego w naszej mieścinie!

Przedszkolakiem!

P R Z E D S Z K O L A K I E M!

Przedszkolakiem!

Tak, tak!!!!

To już 7 stycznia 2014 roku nastąpi, a więc właściwie lada dzień!
Wszystko już ustalone, zatwierdzone, przyklepane i tylko w matce serce drży i trzepocze, a łza się w oku zbiera. No bo jak to będzie? Jak? Ignaś? Nasz mały Słodziak pójdzie na całe 4 godziny w wielki świat? Spod skrzydeł Matki się wymsknie? I co to będzie? Co to będzie, Panie i Panowie?:)


Dobrze będzie.
Wiem. 
Czuję.
Wierzę.

A wszystkim Naszym Przyjaciołom, Znajomym i Nieznajomym Czytelnikom życzę, żebyście też w sobie takie przekonanie mieli w ważnych dla Was kwestiach życiowych i by zbliżający się czas był dla Was Czasem Dobrych Nowin ze wszechmiar!

Wesołych Świąt Wam życzę! Ciepłych, Rodzinnych, Pełnych Wzruszeń. Oby to był dla Was dobry czas, Kochani! Na długo!


Nie wiem się, czy zdołam się jeszcze przed Świętami odezwać. Obowiązki wzywają. Garnki podskakują. Dzieci piszczą z niecierpliwości. A Goście jadą!

Do usłyszenia, Kochani! Buziak od Ignaca!




11 grudnia 2013

Bo bez Ignasia w domu...

... jest tak strasznie cicho i smutno, Mamo. Nie słychać tych jego okrzyków radości i wrzasków, które nawet czasem męczą i denerwują.- powiedział Średni Syn podczas wczorajszej rozmowy telefonicznej.

Tak.
To nasza pierwsza tak długa rozłąka, która miała przynieść chłopcom wytchnienie, a przyniosła- jak widać- tęsknotę...

Cicho.
Jak ja za tą ciszą tęsknię niejednokrotnie, wyczekuję jej, zaklinam tylko po to, by- gdy już nastąpi- nasycać się nią do bólu niemalże, chłonąć każdym porem skóry, każdą komórką ciała. A zaraz potem nerwowo wyglądać, kiedy znów wrócą, będą, wypełnią pustą przestrzeń za dużego w takich chwilach domu.

Nad wyraz trafnie ujął to Średni Syn- bez Ignasia byłoby w naszym życiu smutniej zdecydowanie.
Nikt tak jak on nie potrafi wzniecić salw śmiechu przy rodzinnym stole, wycisnąć łzy wzruszenia podczas codziennych igraszek, doprowadzić Matki do galopującego nadciśnienia i purpury na twarzy. Odliczanie do 10 przydaje się niejednokrotnie, ale życie bez tego byłoby po prostu... nudne.
Im dłużej jestem z Ignasiem sam na sam, tym więcej zyskuję dla niego podziwu i czuję się mocniej związana. Owszem, czasem to związanie zaczyna uwierać, ale to zwyczajny objaw zbyt małej przestrzeni osobistej, której każdy z nas potrzebuje. Wystarczy wtedy się gdzieś wyrwać na godzinę, dwie i znów można być do pełnej dyspozycji. Właściwie poza szpitalnymi wędrówkami, jak dotąd nigdy nie przebywaliśmy z Ignacym non stop, sam na sam. I nie wiem, jak on, ale to ja miałam obawy przed tym wyjazdem o własną wydolność i cierpliwość;). Jest to bowiem jakiś maraton, jakby na to nie patrzeć i wiele się może wydarzyć w trakcie takiego czasu. A ile się można o sobie dowiedzieć przy okazji! ho, ho!

Jedno wiem na pewno już teraz - potrafię.
Potrafię być 24 godz na dobę do dyspozycji małego człowieka, choć nie ukrywam, że cenię sobie bardzo godzinę 20:00, gdy ów kładzie się spać. A że śpimy w jednym wielkim łóżku- nie szkodzi. Dobrze jest czuć go obok siebie. A i smoczka można łatwiej namierzyć, nie otwierając zbyt szeroko oka;)


PS.
Na FB wrzuciłam właśnie świeżutki NEWS! Rewelacyjny (jak dla mnie). Chyba nie przegapicie, co?;)

09 grudnia 2013

Keine Grenze = pełnia szczęścia

Jak huraganu Ksawery nie były w stanie powstrzymać nawet najżarliwsze modlitwy, tak nic nie jest w stanie powstrzymać naszych dzieci przed zdobywaniem świata i nowych w nim umiejętności.

Czasami, gdy spoglądam na Ignasia, moją krew w żyłach mrozi na ułamek sekundy fantazja o tym, co by było, gdybyśmy nie stawiali mu żadnych granic? Gdybyśmy pozwalali mu dokładnie na to, czego akurat pragnie i nie wymuszali na nim porzucenia swoich fascynacji na rzecz innych aktywności, wydawałoby się - pilniejszych na teraz.

Czy wiecie, co potrafi nasz sprytny Trzylatek "oporządzić" w samochodzie?
Otóż, posadzony na miejscu kierowcy, Ignacy:
- przekręci kluczyk w stacyjce! i w razie potrzeby- wyciągnie go z zamka...
- włączy światła przeciwmgielne i awaryjne;)
- uruchomi wycieraczki przednie i tylne;)
- włączy/ wyłączy radio i nastawi głośność;)
- otworzy i zamknie drzwi;)
- otworzy i zamknie okno- jeśli tylko będzie miał na to ochotę;)
- zejdzie z fotela kierowcy i przesiądzie się na miejsce pasażera, uprzejmie zapraszając mnie do zajęcia stosownego miejsca na fotelu i rozpoczęcia z nim krótkiej wyprawy po okolicy (oczywiście w wersji zakazanej, czyli poza fotelikiem- jak dorosły pasażer).
- włączy kierunkowskazy;)
- przy większym farcie uda mu się nawet podregulować temperaturę.

Nie potrafi jeszcze włączyć biegów, ale- chwała mu za to- gdyż wtedy już matka dostałaby zawału serca. No i nie dosięgnie, z racji własnych gabarytów, odpowiednich pedałów, więc na razie ufam, że nie ruszy samodzielnie z parkingu:)

No i nie ograniczaj tu własnego dziecka!


07 grudnia 2013

Półmetek

Dotarliśmy do połowy turnusu.
Mikołajkowy spacer śnieżno-nocny.
Dokładnie za tydzień mamy w planach bezpieczny powrót do domu.
W zeszłą niedzielę zaś rozpakowaliśmy swoje tobołki w Ośrodku...

Półmetek.
Jeszcze dajemy radę. Jeszcze dobry humor nas nie opuszcza. Staramy się go utrzymać ze wszystkich sił. Pomocne w tym są nasze wyjścia na miasto, pizzę, przejażdżki samochodem, za którymi Ignaś przepada, ale generalnie bywa coraz trudniej.

Ignacy codziennie z podobną niechęcią rozpoczyna ćwiczenia. Później wchodzi w rytm i podąża za prowadzącym, ale początki są oporne.
Ile łez wylał już przez te kilka ostatnich dni? Nie wiem, ale na pewno sporo. Prawdopodobnie ich główne powody są dwa:
- kombinezon TheraSuit, który sprawia, że choć na zewnątrz pięknie Ignacy maszeruje i pokonuje przeszkody, od środka musi mu ciążyć, zmuszając do zwiększonego wysiłku fizycznego. Stąd bunt, protest i żywa niechęć na sam jego widok.
Tuż przed snem- na słodkie sny.
- i, jak sądzę, rozstania z mamą- gdy przekazywany jest w ręce Cioci, choćby i najżyczliwszej, bądź gdy mama ukradkiem wymyka się z sali ćwiczeń, żeby nie rozpraszać ćwiczących i nie stanowić motywów konkurencyjnych.

Nie jest łatwo tego słuchać.
Rodzą się wątpliwości.
Czy Ignaś to wytrzyma? Czy wymagać od niego aż tak wytężonej pracy?
Czy nie zapłacimy za to jakimś wycofaniem, regresem, dekompresją?
i w końcu- Czy to naprawdę jest konieczne? Przecież na co dzień nie leżymy na plaży, zażywając słonecznych kąpieli, tylko sumiennie ćwiczymy, chociaż w mniejszym natężeniu niż tutaj.

Ignaś do twardzieli nie należy. To znaczy, nie brakuje mu zacięcia i uporu by wdrapywać się na krzesło, zwłaszcza gdy mama prosi- zejdź, albo wkładać palce w oczy śpiącej rodzicielce, gdy ta błaga- daj jeszcze pospać, Synu.
Znowu?:(
Ale znamy już chwile grozy, gdy na skutek przeciążenia (oględnie to określając), Ignacy mówił "pass" i zastygał w bezruchu bądź prawie lądował po tamtej stronie mocy z wątrobą na skraju wycieńczenia. Z takimi dziećmi nigdy nic nie wiadomo (z każdym dzieckiem idzie w parze pewna doza zagadki)
Z Ignacym niczego nie możemy być pewni- to wiemy.
Pytano mnie tutaj kilkakrotnie, czy Ignaś nie jest "epileptyczny" (co za określenie, brr).
No, nie jest. Tak mi się wydaje. Bo skąd tak naprawdę mam wiedzieć- przecież stanął na naszej drodze ongdyś Doktor, który zaordynował mu leki p/padaczkowe tak na wszelki wypadek...
Mam jednak nadzieję, że jednak nie jest i tego się trzymajmy.





We mnie też narasta zmęczenie. Pojawia się na okamgnienie, błysk chwilowy w postaci zniecierpliwienia, rozdrażnienia, gdy ciężka główka Ignasia zderza się z moją, gdy na tysiąc próśb o coś skutku oczekiwanego nie ma. Ale wdrażam wszystkie dostępne mi sposoby uniknięcia wyczerpania i walki z monotonią, żeby nie wpaść w sidła przygnębienia i malkontenctwa. Najlepsza jest zmiana otoczenia- to zwykle działa. Więc dziś zmienimy, i jutro też mamy w planach...
A może na basen, mamo?
Zwłaszcza, że akurat jest wymiana turnusów i w Ośrodku jesteśmy...... sami:(

Zatem...... Trzymajcie za nas dalej kciuki- prosimy.
Jeszcze 7 dni... (teoretycznie;))



 A teraz idę odśnieżać samochód i po południu- na miasto!


PS. Wczoraj wyjeżdżała koleżanka Ignasia z turnusu- Edytka. Ignaś w tym czasie był na zajęciach. Po ich skończeniu zaczął jej szukać,więc musiałam mu wyjaśnić, że Edytka pojechała do domku. Na co Ignaś zamigał po raz pierwszy w życiu że On ('ja") też chce do "domku".... no comments.

05 grudnia 2013

Sukces goni sukces

Bo widzicie- gdy dziecko mając 2,5 roku nie ogląda książeczek, nie używa zabawek do zabawy, nie potrafi rozpoznać na obrazku jabłuszka, miśka, samochodu, gdy trudność sprawia mu bądź jest po prostu poza jego zasięgiem położenie na siebie dwóch klocków, świat traci trochę ze swoich barw.

Na co dzień się o tym nie pamięta, człowiek koncentruje się na tym, co jest pozytywne, pociesza się w myślach, albo po prostu o tym nie myśli i cieszy się z tego co ma.

Gdy jednak przychodzi taki dzień, gdy to, co dotychczas wydawało się nieosiągalne, staje się realne- następuje eksplozja barw tak intensywnych, że oślepione oczy bronią się płaszczem wodnym przed ich inwazją. I wtedy właśnie pojawiają się łzy wzruszenia.

W poprzednim wpisie rozpływałam się na Ignasiem i nagle, wieczorem, przyszło mi do głowy, że może to wyglądać jakoś nieadekwatnie, dziwacznie, wygórowanie. Jak bowiem wyjaśnić wzruszenie z powodu jakichś tam wież z klocków budowanych przez trzylatka w świecie, w którym każdy sprytniejszy półtoraroczny łobuziak robi to "z palcem w nosie", drugą ręką puszczając resoraki?

Wierzcie mi jednak, że tego wzruszenia nie da się opisać. Nie potrafię go oddać choć w kawałku, takie jest silne i dojmujące. Bo oto Ignacy, który dotąd po prostu nie robił tego, co powyżej, od jakichś trzech tygodni właśnie buduje te cholerne wieże, z 2,3, nawet 4 klocków i przestaje już mieć dla niego znaczenie, jakiego materiału do budowy używa (jakiego rodzaju klocków). Podobnie jak dopasowuje obrazki do wzorca, nawet jeśli wzorzec jest w postaci cienia (jednokolorowy, bez szczegółów), wybiera spośród rozsypanych obrazków ten, o który go proszę, pokazuje trafnie, co należy założyć na głowę, a co na stopy.

I wszystkie te banały dla niego są niewiarygodnym (to chyba złe słowo- raczej niebywałym) sukcesem, który zadział się jakoś mimochodem, gdzieś tam, trochę obok naszych intencji. Mogłabym mu wcześniej (co czyniłam, nie powiem), pokazywać stoczterdzieścipięćrazy obrazki, pokazywać jak ustawia się klocki, a On i tak nie potrafił temu sprostać. Popełniał błędy, strzelał na ślepo, badając moją reakcję. Spełniał moje oczekiwania raczej, niż faktycznie rozpoznawał świadomie. Nie był na to gotowy poznawczo.

A teraz jest!
I to jest mój najpiękniejszy prezent Mikołajkowy na świecie!

PS. Zdjęcia pochodzą z zajęć z Panią Ewą Gosiąrowską- pedagogiem i są jej autorstwa.
PS2. Nie jest moją intencją podważać tym wpisem (ani żadnym innym) sensowności terapii dziecka!!! Wierzę głęboko (bo byłabym kompletną wariatką, gdybym nie wierzyła), że to właśnie dzięki pracy, intensywnej, czasem w poczuciu porażki, zniechęcenia, ale ciągłej i żmudnej, z wiarą, że jednak się uda- nie teraz, to może później- rehabilitacji odpowiednio dobranej do aktualnych możliwości i potencjału dziecka, osiąga się takie cuda! Nic się samo nie dzieje. Wiem. No- chyba, że u zdrowych Maluszków. U dzieci niepełnosprawnych zawsze jest to jakaś niewiadoma- dokąd zajdą? Ale trzeba je prowadzić, nawet jeśli się potykają, lub gdy czasami trzeba je wziąć po prostu na ręce i przenieść kilka kroków. To działa. U Ignasia na 100%.

PS3. Że nie wspomnę o tym, jak wielkim sukcesem jest samo siedzenie w foteliku podczas 30 minutowych zajęć i podążanie za prowadzącym i jego wskazówkami. Jeszcze w okolicach wakacji, gdy zmieniałam logopedę, było to nie do pomyślenia. A jednak- stało się:) Tadaaaam!










04 grudnia 2013

Ciężka robota

Dziś trwa trzeci nasz dzień na turnusie rehabilitacyjnym w bydgoskim ośrodku o wdzięcznej nazwie Neuron.

Dwa pierwsze minęły nam nadzwyczaj rześko, radośnie i pełne sukcesów.

Dziś mamy kryzys. Tzn. Ignacy ma. Maleńki, Tyciuteńki.

pokojowa terapia ręki i oka;)
Objawił się on podczas upinania w kombinezon TheraSuit płaczem, niechęcią i ogólnym sprzeciwem. Nie obyło się bez przytulanek z mamą, zabawy w chowanego po ośrodkowych krętych korytarzach i strumieni łez. Jednak okazane Malcowi zrozumienie, brak poganiania go i serce na dłoni Pani Rehabilitantki Ani sprawiły, że Ignaś wziął się w garść i przestał lamentować na cały budynek, ochoczo pokonując tory przeszkód i własne ograniczenia.



Za to u Pani Pedagog to mama wylała strumień łez. Dosłownie.
Przyglądając się, jak Ignaś segreguje obrazki, buduje (piętrzy) wieże z klocków, dobiera takie same zabawki - mamie "puściły nerwy" i pozwoliła sobie na wzruszenie... Dziwnie to wyglądało- nie przeczę, ale każdy zrozumie, że silnych wzruszeń nie należy powstrzymywać;)




Taki tor przeszkód Pani dla mnie przygotowała!
Plan zajęć Ignaś ma dopracowany idealnie. Mamy tu wszystko, czego mu potrzeba. Jak rzadko, opinia Pani Doktor rehabilitacji pokryła się w całości z oczekiwaniami i spojrzeniem mamy, i tak Ignacy szlifuje swoje umiejętności w następujących proporcjach:
- fizjoterapia i nauka chodu - 1,5 zegarowej dziennie;
- zajęcia z pedagogiem bądź logopedą- 1 godzina dziennie rozbita na dwie sesje;
- terapia ręki- 0,5 godziny dziennie
- terapia SI - 1 godzina dziennie rozbita na dwie sesje.

Łącznie codziennie całe 4 godziny intensywnych ćwiczeń z równie intensywnymi przerwami na regenerację ustroju;)

Ćwiczenia bywają wyczerpujące.
 Bez drzemki się nie obejdzie.





Nowe twarze, nowe miejsca, nowe wymagania nie stanowiły dla Ignacego tym razem kłopotu- dość szybko się zaadaptował, i dość dzielnie sobie radzi z tymi nowymi wyzwaniami. Rok czasu, jaki upłynął od poprzedniego turnusu okazał się jednak niezbędny i zarazem zbawienny. Ignacy nie jest już tym samym bezbronnym maleństwem, o znikomej wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Teraz to już nieco rozpieszczony trzylatek, który sporo rozumie, sporo potrafi i wciąż jest żądny kolejnych wyzwań. Łatwiej się nam więc tutaj funkcjonuje i liczymy na dobrze spędzony czas, przeplatany pracą, radością, pieszczotami i wyprawami po zmroku w bydgoskie rewiry.
A po ciężkiej pracy- relaksik.
Trzeba uzupełnić energię na jutro;)

Zresztą, spójrzcie na zdjęcia. Są wyjątkowo wymowne...