20 stycznia 2014

***

Zapomniałam, że je mam.

W ogóle zapomniałam, że robiliśmy jakiekolwiek zdjęcia nowonarodzonemu Ignasiowi.
Kilka fotek zdarzyło mi się pstryknąć aparatem telefonicznym w szpitalnych salach, ale one przepadły wraz z uszkodzonymi telefonami we mgle zapomnienia. Nie chcieliśmy pamiętać tych widoków. Nie cieszyliśmy się tak, jak większość Rodziców ze swojego wyczekanego Maleństwa. Byliśmy pogrążeni w jakiejś ponurej magmie strachu, przerażenia, niewiedzy i dezinformacji. Chodziliśmy jak zombie, z trudem zachowując pozory normalności, uśmiechu, radości życia, które tak były potrzebne naszym dwóm starszym Synom.

Ledwo pamiętam, jak przetrwaliśmy tamten czas. Przed trzema laty. Czas, gdy rozpoczęła się nasza bezowocna pielgrzymka po szpitalnych oddziałach, która wyjałowiła nas z tkliwości, czułości i zachwytu nad Cudem, który właśnie otrzymaliśmy od życia.

Nie poradzilibyśmy sobie wówczas, gdyby nieoceniona pomoc, która płynęła do nas ze strony naszych Rodziców. To oni ogarniali nasze życie codzienne i dawali poczucie bezpieczeństwa naszym chłopcom w czasie, gdy my targani byliśmy największym lękiem i rozpaczą. Mój Tata, Moja Mama, Teściowa może mniej naówczas- sama zmagająca się ze śmiertelną chorobą Teścia i własną rozpaczą i bólem. To właśnie przy okazji szykowania upominków na Dzień Babci i Dziadka natknęłam się na te fotografie. Chwile uchwycone jeszcze w tym pierwszym tygodniu tuż po porodzie, gdy Ignaś jeszcze nie wrócił do szpitala z podwyższoną bilirubiną. A może już po pierwszej żółtaczce właśnie, gdy przez jeden miesiąc beztroski był z nami wszystkimi w domu i nic jeszcze nie zapowiadało tego, co miało nadejść??? nie pamiętam niestety.

Tak czy inaczej, musiało upłynąć sporo czasu, byśmy uporali się z własnymi zmorami i by nasze życie wróciło do "normy"- również tej emocjonalnej. Trzy lata. Trzy lata niezbędne do tego, by znowu się cieszyć, odbudować ufność i poczucie jako takiej stabilizacji. Trzy lata, by nadawać właściwe nazwy właściwym zdarzeniom. Trzy lata, by odzyskać zachwyt nad życiem. A nawet przemnożyć go przez niepewność, niepełnosprawność i docenić tym wyraźniejszy jego smak.

Wdzięczność odkryłam w sobie nieco wcześniej. Teraz pora na zachwyt właśnie. Macie go w sobie również???



2 komentarze:

  1. Ignacy nic, a nic, a nic się nie zmienił! Wydoroślał ino! :)

    Ale za to Maks i Aleks- słodziaki. Miałam ich wszak przyjemność poznać już jako dorosłych chłopców.

    I proszę mi tu tęsknoty za Wami nie rozbudzać, bo ślisko na drogach i miasto Wasze daleko! :)

    OdpowiedzUsuń