24 stycznia 2014

Mentorskim tonem o nadziei i "wyroku" niepełnosprawności

Kiedy tak patrzę na licznik wejść do Ignacówki w ciągu ostatnich dwóch dni,  zdając sobie oczywiście sprawę z tego, że lwią ich   część zawdzięczamy mocy polecenia Mamy Ani od Frania Ignasiowych wyczynów, nachodzi mnie refleksja prosta i jasna.

Jak powietrza potrzebujemy nadziei, dowodów, przykładów, przekonania, że jednak SIĘ DA i MOŻNA.

No bo jak inaczej to rozumieć?

Dlaczego ponad 1500 osób w ciągu 48 godzin kliknęło w przedwczorajszy link?
Czego poszukiwali? Co ich, poza ciekawością (i sympatią jak mniemam) sprowadziło do nas? Jaka potrzeba?

Pamiętam, gdy byliśmy jeszcze na kompletnym początku drogi z Ignacym, gdy totalnie nic nie wiedzieliśmy, prócz tego, że Ignacy będzie miał problemy zdrowotne, bo tak przepowiadają "medycy" (odbierając tym samym nadzieję i siejąc w nas kolejne ziarna lęku), gdy los wpychał nas niemal na siłę do świata niepełnosprawności, inności, rehabilitacji, nie zważając na nasze protesty, na nasz wściekły opór i błagalne zawodzenie, Serdeczni nam Bliscy przynosili nam w dłoniach okruchy nadziei w postaci tzw. pocieszających przykładów, wycinków z gazet, zasłyszanych historii...
O tym, że jakiś chłopiec, czy jakaś dziewczynka zaczął/-ęła mówić, gdy miała 5 lat...
Albo o tym, jak jakieś inne dziecko, któremu lekarze nie dawali szans na przeżycie, a co dopiero w miarę normalne funkcjonowanie, zaczął chodzić w wieku 4 lat, mówić jako 6 latek, a teraz uczy się i nawet nieźle mu idzie w szkole.
Bądź, że wspomnę już nawet samą rozmowę z naszą pediatrą- o chłopcu, a teraz już mężczyźnie, który jako dziecko w ogóle dobrze nie rokował, a dziś nikt by się nie domyślił, że w niemowlęctwie miał jakieś problemy rozwojowe.

Nie będę nikogo oszukiwać- byłam wściekła. Nie na to, że chcą nas pocieszyć, zbudować w nas nadzieję, wykrzesać siłę do walki o Ignasia. Byłam wściekła na wszystko i wcale nie chciałam wierzyć.  Kiwałam rozdrażniona głową, z politowaniem prawie, mówiłam "tak, tak, wiem mamo, dobrze tato", ale nie wierzyłam za bardzo. Dopiero z czasem, gdy przetarłam sobie ścieżki w blogosferze, zaczęłam śledzić historie innych dzieci- niekoniecznie takich jak Ignaś, zaczęłam zbierać się w sobie, odnajdywać ową nadzieję, moc, energię, by wytrwać, nie poddawać się, jeździć na tę znienawidzoną początkowo rehabilitację... Aż wreszcie wyprostowałam się psychicznie i zaczęłam po prostu żyć w tym, co mi życie przyniosło.


I tak właśnie rozumiem fakt, iż ponad 1500 osób w tych ostatnich dwóch dniach (i nocach) chciało zobaczyć pierwsze kroki Ignaca. Banalna sprawa- wydawałoby się. Nienadzwyczajna, owszem- gdyby nie fakt, że zrobił je trzyletni niepełnosprawny chłopiec, któremu lekarze nie przepowiadali świetlanej przyszłości. A jednak mu się udało! Jest nadzieja, że będzie chodził, choć tak trudno było to sobie nam wszystkim kiedyś wyobrazić.

I jeśli Ignaś tym samym dał komuś nadzieję i dowód, jakiemuś zagubionemu rodzicowi, który stoi sam na początku TEJ DROGI, to dobrze! Jeśli jest dla kogoś DOWODEM NA TO, ŻE SIĘ DA I MOŻNA- to wspaniale! Mówcie o tym, proszę wszem i wobec, zwłaszcza mówcie o tym Ludziom, którzy
 tego teraz najbardziej potrzebują- rodzicom, którym być może świat właśnie się rozpadł na kawałki, bo dowiedzieli się, że ich syn czy córka będzie niepełnosprawny/-na, albo - jak to lubią nazywać "lekarze"- będzie "dzieckiem neurologicznym". Mówcie im to, pokazujcie- oni potrzebują nadziei i DOWODU.  Jak powietrza właśnie. Jak wody.



Zresztą, śmiem twierdzić nawet, że każdy z nas potrzebuje od czasu do czasu "otrzeć się o cud":) potrzebuje zobaczyć, że coś, co miało się nie zadziać- się dzieje:) choćby nawet niedoskonale, chwiejnie i pokracznie. Nawet, jeśli nie jest "dotknięty osobiście czy bezpośrednio" problemem niepełnosprawności;)



 A o wszystkich urokach bycia rodzicem niepełnosprawnego dziecka, o jego wszystkich cieniach i blaskach, przepięknie (i tu podkreślę i zaakcentuję słowo "PRZEPIĘKNIE" raz jeszcze) opowiedziała na antenie Radia Opole pewna Agnieszka (mama Dzielnego Frania - naszego wirtualnego Funfla). Do posłuchania czego serdecznie Was zachęcam, bo wszystko, o czym tam powiedziała jest cenne, jak żywe złoto. I pięknie mówiła, i odważnie, i mądrze i do bólu szczerze i prawdziwie.

Z niepełnosprawnością można żyć.
Trzeba się tylko tego życia nauczyć:)

Dziękuję Wam, Aniu i Agnieszko!
Dziękuję Wam, Blogowi Goście za te odwiedziny!
Dziękuję Ci, Ignasiu...

2 komentarze:

  1. O matko, aleś napisała, ciotka..
    Pamiętam jak 4,5 roku temu sama poszukiwałam w internecie takich małych cudów. Ignaś daje nadzieję, bez dwóch zdań.

    I oby nasze spotkanie - Ignasia i dwóch Franków - doszło do skutku wiosną:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie napisałaś. Ja zawsze wierzyłam i wierzę , że teraz będzie już tylko lepiej
    :-)
    Wszystkiego dobrego

    OdpowiedzUsuń