Sposób na "Weekend bez taty".

Gdy tata wyjeżdża, mama zwykle buduje sobie tzw. zaplecze pomocowe. Jest to postawa dość zachowawcza i asekuracyjna, ale pomna trafności ludycznej mądrości, jakoby "szczęśliwa mama= szczęśliwe dzieci", lepiej się zabezpieczyć, niż chojraczyć a potem złorzeczyć.

Plan nasz przedstawiał się zatem następująco:
- piątek wieczorem: z odsieczą przybywa Asia (opiekunka Ignasia). Po prawdzie, nie wiem komu ta odsiecz była bardziej konieczna, gdyż akurat tego dnia to ja byłam z racji różnych wahań nastrojów i substancji chemicznych wewnątrzustrojowych bardziej niebezpieczna;) Niestety nie obyło się bez ciężkich momentów i irytacji obopólnej, ale przeżyliśmy. Uff...

-sobota do południa: hipoterapia (zawsze jest to jakiś pomysł na spędzenie wolnego czasu, hołdując jednocześnie zasadzie łączenia przyjemnego z pożytecznym i koniecznym;))
-sobota popołudniu: Ciocia O. z tzw. "przyległościami", czyli synem M;)
Generalnie przebiegła bezkolizyjnie, choć Ignaś poplotkować dał nam średnio, poimprezować zaś wcale, dotrzymując nam twardo towarzystwa do całej godziny 22:30. Po czym zażyczył sobie, by usypiały go dwie kobiety jednocześnie..... ale o wychowanie dziecka trzeba dbać już od maleńkości, stąd jego zamiar został z góry odrzucony i wprowadzono w zamian "rutynową strategię", czyli usypianie z mamą.
Poza tym sobota przyniosła nam takie cuda-wianki, na które jestem szczególnie wrażliwa:





No i wreszcie niedziela...

Udana znakomicie! Mając bowiem w perspektywie spędzenie w "czterech ścianach" ośmiu godzin, sama z trójką dzieci przy minus 10 stopniach Celsjusza na zewnątrz, detektor pomysłów na fajne popołudnie uruchamia mi się automatycznie i pracuje nadzwyczaj wydajnie i efektywnie;)
Natychmiast po porannym zeskanowaniu danych przypomniałam sobie o wielkim billboardzie gdzieś na wrocławskim skrzyżowaniu przyuważonym przeze mnie i wyciągnęłam chłopaków na wycieczkę ...... o  TUTAJ- zobaczcie sami:





Efekt piorunujący: dzieciaki przeszczęśliwe, matka wyluzowana, gdyż obiadu gotować nie musiała;) A przy okazji sama byłam zachwycona, już tak zupełnie poważnie i jak zawsze szczerze Wam napiszę, bo wrocławska wystawa budowli z klocków LEGO to prawdziwa gratka dla Małych i Dużych (przynajmniej tych, którzy wciąż ze swoim wewnętrznym dzieckiem kontakt mają;)). Polecam!
Dla zainteresowanych, którym ochota przyszła na zwiedzanie tego magicznego świata (nasze fotografie nie oddają niestety nawet w części wszystkich zapierających dech w piersiach eksponatów,  gdyż musiałam je robić fortelem, przy okazji, tudzież znienacka i bez przygotowania, niejednokrotnie tamując cały ruch w alejkach sali wystawowej) dodam, że wystawa czynna jest we Wrocławiu do 16 lutego br, więc jeszcze macie sporo czasu:)).

Taaa.
A jutro poniedziałek;)

Komentarze

  1. no , no świetna wystawa , a chłopcy jak zahipnotyzowani przyglądają się budową :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hehe, widzę, że Ignacy z Braćmi zawsze wizytuje te same "atrakcje regionu" co i my :) Nam się udało być niewiele po otwarciu. Wystawa rzeczywiście rewelacyjna. Dla Adasia niestety było trochę za dużo ludzi i trochę za głośno (trzeba się było ewakuować), ale kolejka, którą uruchamia się przez naciśnięcie przycisku bardzo mu się spodobała.
    Fajnie, że tak udanie udało Wam się spędzić ten weekend :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.