Ortezy- część II.

Skoro Ignacy poważnie myśli o chodzeniu w pozycji spionizowanej, nastał najwyższy czas, by zabezpieczyć jego nóżki przez niechcianymi zniekształceniami.

Niemiła to była dla mnie perspektywa. Źle mi się słuchało pierwszych sugestii padających stąd i z tamtąd, dotyczących zaopatrzenia Ignasia w taki sprzęt. To niechybnie znak, że nie do końca pogodzona jestem z sytuacją, niestety. I - że wolałabym w głębi duszy, by Ignaś był zdrowym chłopcem, a nie szczególnej troski... Taka prawda.
Zadziwiające z jaką siłą tkwią w nas złudne pragnienia, zaśniedziałe mechanizmy obronne, dziecięce iluzje...

Tym niemniej. Schowałam do kieszeni moje pobożne życzenia i pod naporem owych  sugestii z najróżniejszych źródeł do mnie docierających, rozpoczęłam procedurę.

Uzbrojona w wytyczne dotyczące rodzaju ortez, jakie powinien używać Ignacy (a powinny one być: dynamiczne, do funkcji chodu, z podparciem dla brzegu wewnętrznego zatoki stępu i z zachowaniem osi stopy i goleni), ruszyłam na kolejne konsultacje z mocnym postanowieniem, iż tym razem nie wrócę z niczym, a raczej wrócę z zamkniętym etapem pierwszym procedury, czyli zrobieniem odlewu.

Jak zapewne pamiętacie, w ortezy mieliśmy zaopatrzyć Ignasia w firmie z Korfantowa. Tak się jednak nie stanie, sprawy się skomplikowały, nieoczekiwanie nastał zwrot akcji i w jego wyniku we wtorek wylądowaliśmy w tempie ekspresowym w Legnicy.


Oto efekty tej wizyty:











Nim to się jednak wydarzyło, konieczne było zdobycie "zlecenia na zaopatrzenie w wyroby medyczne będące przedmiotami ortopedycznymi" dla NFZ (posiadając takie zlecenie możemy liczyć na dofinansowanie z NFZ części kosztów zakupu tychże sprzętów). Jak nie trudno się domyślić, zazwyczaj wymaga to czasu. Niekiedy długiego (dzwoniąc do jednego lekarza ortopedy, u którego załatwialiśmy zlecenie na buty w ubiegłym roku, dowiedziałam się, że termin najbliższej wizyty to połowa maja;)). A sprawa nagląca. Sama nie wiem, jak to się dzieje, ale udało mi się zdobyć zlecenia w dosłownie 3 dni! Konieczne okazało się oczywiście skierowanie do poradni rehabilitacyjnej (1 dzień, nasza Pani Pediatra), odczekanie weekendu i stawienie się w poniedziałek u przemiłej Pani Doktor  w lokalnej przychodni rehabilitacyjnej, która - zapoznawszy się z naszą sytuacją kazała mi po prostu przyjść z Ignasiem, nie bacząc na długachne kolejki w rejestracji.
Tym sposobem zlecenia mamy, miara i odlewy do ortez zdjęte przez Pana technika i teraz tylko czekać musimy na tzw. wykon, czyli około miesiąca:)

Cała ta historia pokazała mi jak bezcenna jest ludzka empatia i determinacja. Nawet w minimalnych dawkach potrafią one działać cuda.

Zaś z perspektywy praktycznej pozostałam z pytaniem bez odpowiedzi: jak to możliwe, iż ten sam sprzęt ortopedyczny w jednej firmie kosztuje 4,5 tys. zł, zaś w innej (no, może nieco mniej reprezentacyjnej)- 2,2 tys zł?.........


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.