Impas wychowawczy

Pamiętacie tę scenę z filmu o Jaśku Meli, gdy ojciec zmusza go wręcz fizycznie i stosuje inne środki bezpośredniego przymusu, by chłopak się nie poddawał beznadziei i rozpaczy i ćwiczył?

Nie wzbudziły one chyba w nikim uznania, mocne były, nawet "nieco za bardzo". Z czego wypływały i dokąd zaprowadziły Jaśka- wiemy, jednak czy cel uświęca środki?

Jakoś ten szczegół na myśl mi przyszedł, gdy obserwowałam ostatnio moje relacje z Ignasiem i moje, kryjące się za tym dylematy.

Którą drogę wybrać, by naprawdę wspomóc Ignasia na przyszłość?
Chodzenia uczą go fizjoterapeuci, nad sprawnością języka (na razie wciąż ....)- logopeda, nad sprawnością zmysłów- terapeuci SI itd. Codzienności jednak nie wyuczy go żaden specjalista-fachowiec, prócz nas, co zrozumiałe, i tutaj jest szkopuł właśnie.

Wychowanie dziecka z problemami rozwojowymi wydaje się tylko z pozoru banalnym zadaniem. Z biegiem jednak czasu dostrzegam, iż wcale to takie oczywiste i powtarzalne nie jest. Bo, jakie na przykład stawiać wymagania malcowi, poza tymi, by po prostu z nami był i się rozwijał (o ile adekwatne w ogóle są tu określenia "wymagania"), gdy jeszcze świeżo w pamięci mamy jazdę na sygnale i zagrożenie życia. Chcę czy nie chcę, to pozostawia w człowieku ślad i drąży go od środka w postaci wielu dylematów właśnie, pytań, wątpliwości a czasem zaniechań.

Albo z innej perspektywy patrząc na dzieciaki z problemami. Mówi się, że się je kocha bardziej. Nie będę z tym dyskutować zbyt długo, tylko się nie zgodzę po prostu, być może w naiwności jakiejś własnej czy zakłamaniu. Nie mam jednak poczucia, że kocham Ignasia bardziej niż jego starszych braci. Raczej kocham go inaczej, ale nie w sile jest tu różnica. Naturalnie Ignac, z racji swojej sprawności i wymagań, pochłania sporo mojej uwagi, ale też myślę, że dość adekwatnie do tego, ile zabiera jej zdrowy, żwawy trzylatek, ciekawy świata. Inna jest jego aktywność, ale moja uważność musi pozostawać wciąż tak samo wyostrzona.

Problem pojawia się gdy włączymy w to efekty uboczne rehabilitacji i robienia postępów przez dziecko.

Ignacy jest rozpieszczony, wstyd przyznać, albo i nie, ale taka jest prawda. Ilość ochów i achów, jakie zbiera codziennie nie da się z niczym porównać. Całymi naręczami jest ich zasypywany przez najbliższe otoczenie, czy to osób pracujących z nim, czy to od nas- najbliższych, którzy cieszymy się z każdego, najdrobniejszego nawet jego sukcesu, czy też babć i cioć, dziadków i wujków (choć ci ostatni jakoś tak najzdrowiej powściągliwi w tym zakresie są). Doszło nawet do tego, że Ignacy, siedząc w fotelu w gabinecie u Pani pedagog i nie wykonawszy poprawnie zadania, sam zaczął sobie bić brawo, domagając się oklasków w nagrodę od niej i ode mnie. Zatrzymało mnie to nagle i otrzeźwiło. Pokazało coś, co jakoś mi umykało na co dzień. Czy nie narcyzujemy Ignaca za mocno, okazując mu zachwyt niemal nieustający w obliczu jego osiągnięć ostatnich? Każdy samodzielny krok, każda inicjatywa z jego strony może zakończyć się domaganiem zrobienia zdjęcia (tak, tak- Ignaś każe sobie robić fotki gdy np. sam przejdzie kilka kroków z chodzikiem!!!). Zaś na drugim krańcu stoi coraz wyraźniej klarująca się mi w oczach jego niechęć do podejmowania większego wysiłku:(

Kiedy się to stało? I dlaczego tak szybko?

Nie wspomnę już o notorycznym ignorowaniu naszych różnych próśb kierowanych w stronę Ignasia o wykonanie lub zaprzestanie jakiejś czynności. O tym, że Ignaś sprawdza nasze granice, myślałam i wiedziałam już wcześniej. Teraz zastanawiam się raczej nad tym, dlaczego je przekracza i ich nie szanuje aż tak bardzo?

I wreszcie problem ostatni, ale angażujący emocjonalnie mnie mocno: skąd we mnie to poczucie winy, gdy wymagam od niego spełnienia jakiegoś warunku przed przyjemnością, na którą czeka (myślę tu np. o zdjęciu rajstopek przed pójściem do kąpieli, albo przyniesienie czapki przed wyjściem na dwór- żaden to szantaż, jak widzicie- ot, zwykła sprawa, szara codzienność, drobne czynności samoobsługowe). Zwłaszcza, gdy on zmaga się wściekle z materią i natychmiast porzuca zadanie, płacząc przy tym żałośnie lub uciekając radośnie, a ja z uporem maniaka powtarzam prośbę/polecenie/wyjaśniam kolejność zdarzeń?

Gdzie jest granica pomiędzy użalaniem się, wyręczaniem, nadopiekuńczością z jednej strony,  narcystycznym uwielbieniem, zachwycaniem się drobnostkami i uznaniem z drugiej i  zwykłym codziennym życiem, stawiającym wymagania i oczekującym od nas samodzielności i dojrzałości?
I od Ignasia kiedyś w przyszłości też?

Komentarze

  1. Ja mam z tyłu głowy słowa bliskiej mi osoby, że dziecko to jest cud , który się dostaje w leasing. i dane nam jest tym cudem sie cieszyć, o zastaw dbać ale trzeba będzie go oddać. I chyba nie ma znaczenia czy to dotyczy dziecka zdrowego czy obarczonego niepełnosprawnością. i tak będziemy je musieli oddać ( światu). Gdzie jest właśnie ta granica? Ja mam ją przed oczami jako ten moment " oddania". Żeby był przygotowany ten nasz Antek. I choć Antek to buntownik pierwszorzędny to zasady, granice i wymagania nie tylko go czegoś tam uczą ale paradoksalnie dają mu poczucie bezpieczeństwa i łatwiejszą możliwość zrozumienia tego, co się wokół niego dzieje. Też sukcesy dzieci rozmiękczają mnie zupełnie, bo przeciez wiem ile pracy to zwłaszcza Antka kosztuje i siły. Ale ciągle z tyłu głowy mam, że " muszę oddać", i jak ja go nie nauczę , że " zycie to nie bajka" to nikt nie zrobi tego z taką czułością...Ale ile w tym moim myśleniu jest sensu to się dowiem za jakieś 15-20 lat...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.