Koherencja po latach

Być może Kogoś rozczaruję, bądź zdziwię, ale:

nie jesteśmy nieszczęśliwi.


Przyjmując "z grubsza" założenie, że szczęście jest równowartością dobrego nastroju, spokoju i zadowolenia z życia, podczas gdy jego przeciwieństwo- nieszczęście to wypadkowa trudnych emocji, braku perspektyw i pesymistycznego patrzenia na świat, za nic w świecie nie należymy do grona nieszczęśliwców.

Rzadko też czujemy się nieszczęśliwi, o ile nie wcale. Przynajmniej ostatnio.

Jednak- był czas w naszym życiu, gdy jako rodzina musieliśmy się zmierzyć z niewiadomą i lękiem, i nowym ogromnie doświadczeniem o negatywnych konotacjach i ponurym wybarwieniu emocjonalnym i w tamtym czasie zapewne każdy z nas z osobna a i pewnie trochę wszyscy gremialnie przechodziliśmy trudne chwile.
Życie nas jednak z sobą oswoiło, pokazało, że "nie taki diabeł straszny jak go malują" i tym samym sprawił, że odzyskaliśmy w tym samym rozmiarze ową radość i poczucie szczęścia właśnie, że nie wspomnę już o poczuciu humoru.

Lata temu, gdy pisałam pracę magisterską, pewien konstrukt teoretyczny był w modzie na moim wydziale. Nazywał się on "poczucie koherencji" wg Antonovsky'iego (kto o nim dziś jeszcze pamięta?) i przykuł moją uwagę dość mocno (jakżeby miało być inaczej, skoro był w modzie, nieprawdaż?).
Owo poczucie ma trzy składniki (o ile dobrze pamiętam, a jeśli nie- poszukam w sieci i na pewno znajdę;)):

-  poczucie zrozumienia tego, co nam się przydarza, dzięki czemu- jak podaje Słownik psychologiczny na pewnym portalu spostrzegamy napływające informacje jako uporządkowane, spójne, dzięki czemu mamy poczucie, że jesteśmy w stanie zrozumieć to, co się dzieje i przewidzieć, jak to się dalej potoczy).

- poczucie sterowalności (zaradności)- daje nam przekonanie o tym, że wiemy, co mamy zrobić w obliczu problemu i wiemy, z jakich skorzystać zasobów, by sobie z nim poradzić.


- i wreszcie poczucie sensowności zarówno naszego życia jak i tego, co się w nim pojawia na naszej drodze.

Dlaczego mi się to przypomniało? Sama zachodzę w głowę? Czyżby tęsknota za dawnym studenckim życiem się we mnie odezwała;)?
Otóż teoretycznie (jak również potwierdzają to różnorodne badania), osoby z takim poczuciem radzą sobie z trudnościami życiowymi efektywniej (choć sam Antonovsky ograniczał się jedynie do wskazania na szybszy powrót do zdrowia w przypadku choroby i poruszał się w obrębie zagadnień związanych ze zdrowiem w ogóle) i wykazują większe z tego życia zadowolenie.

Dalej- wydaje się więc, że odnalezienie szczęścia tam, gdzie teoretycznie i logicznie nie powinno się go znajdować zależy bardziej od tego, co mamy w sobie, aniżeli od tego, co nam życie przynosi na tacy (bądź zrzuca z hukiem na głowę).

Najbardziej jednak zaskakujące i jednocześnie ateoretyczne w obliczu powyższych założeń jest to, że gdy rodzi się chore przewlekle i niepełnosprawne dziecko to wszystkie te trzy elementy biorą w łeb, chwieją się w swoich podstawach i pokażcie mi proszę Śmiałka, który nie zaliczy upadku pod naporem takiego ciężaru i kalibru emocji.  I o ile z dwoma pierwszymi składnikami (poczuciem sterowalności i zrozumienia sytuacji) jakoś się można szybko uporać i ogarnąć w trakcie pierwszych miesięcy życia z chorym dziecięciem (czasem trwa to nieco dłużej, zależy od rozpoznania, ogólnomedycznej wiedzy na temat, dostępności rehabilitacji i leczenia i wielu podobnych czynników), najtrudniejsze wydaje się odnalezienie sensu w tym wszystkim...


I właśnie znalezienia tego sensu życzę wszystkim Rodzicom, którzy wciąż jeszcze nie odzyskali swojego poczucia koherencji;)


_______________________________________________________________________

Ignaś turnus rozpoczął w wielkim stylu! 
Na razie pełen entuzjazmu, ćwiczy grzecznie i wciąż miga cztery znaki: "ja"+ "jechać autem"+ "tata"+ "dom".
Jak my wytrzymamy tę rozłąkę przez kolejne 12 dni???

Komentarze

  1. Własnie z tym trzecim jest największy problem (sensem). Choć ja nie pytam nikogo: "Dlaczego my?". To wiedziałam już przed porodem: "Statystyka...".
    W Stanach robiono badania nad poczuciem szczęścia. Okazało się, że jest ono niezależne od wydarzeń losu. Trauma lub jej przeciwieństwo (np. wygrana w totka) na jakiś czas zmieniały poziom szczęśliwości, później jednak wracał on do swego normalnego poziomu, najprawdopodobniej uwarunkowanego genetycznie.
    My czekamy na ten powrót. Choć ja i tak zawsze prezentowałam wesoły pesymizm.
    Ale miejmy nadzieję, że już niedługo wskoczymy na swój level bo ileż można się gryźć ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo Wam tego życzymy:) Dzięki za uzupełnienie merytoryczne:)
    Pozdrawiam Was serdecznie!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.