16 kwietnia 2014

Ortezy - cz. IV

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak czuje się rodzic, który zakłada swojemu dziecku ortezy na stopy? albo odsysa malucha, żeby ten mógł swobodnie oddychać za pośrednictwem maszyny? Tudzież taszczy na prawym ramieniu 7 kilogramowy "komputer", na lewym podtrzymując synka lub córkę?

Oczywiście, że jest szczęśliwy i wdzięczny za to, że ten Maluch z nim jest, z jakimkolwiek choróbskiem u boku, bo samo istnienie dziecka to wielkie szczęście i sumarycznie więcej powodów do radości niż troski.

Jednak, gdy zakładałam dziś Iggiemu te plastikowe obudowy na jego chude nóżęta, chwilami nawet używając siły, by podtrzymać w jednej pozycji wierzgające kończyny, wcale tego szczęścia wyraziście nie czułam. Raczej , hmmm... no właśnie, co? Jakiś rodzaj rezygnacji? Poczucia niesprawiedliwości? zawodu?

Tak czy inaczej była to jedna z tych wielu odmian smutku, różniących się wysyceniem i jedynie intensywnością emocji podstawowej.



Wszak wszystko potoczyło się nadzwyczaj sprawnie i pomyślnie. Tuż przed wizytą w Legnicy otrzymałam telefon od Pani sekretarki z zakładu ortopedycznego Łapka, że jednak wszystkie wnioski dotarły, tylko trochę to trwało (list polecony wydłużył procedurę).

Tuż po stawieniu się na miejscu, w dniu, w którym temperatura powietrza raczej przywodziła na myśl upalne letnie popołudnie, niż początek kwietnia około godziny 14:15, by już pod wieczór uraczyć nas ulewą ożywczą, acz niespodziewaną, odebrałam od Pani sekretarki szczere wyrazu podziwu i uznania, które miałam przekazać na ręce naszego dzielnego Taty, gdyż okazało się, że.............................................. jeszcze nigdy nikomu w historii owego zakładu ortopedycznego nie udało się wyszarpać z NFZ czterech wniosków na dofinansowanie do dwóch ortez (a każda z dwóch części się składająca, przynajmniej w zamyśle), co dało nam niebagatelną kwotę dofinansowania w wysokości 1800,00 zł polskich, a do dopłaty zostawiło TADAM! TADAM! ACHTUNG! ACHTUNG! - całe 400,00 zł polskich jedynie!!! redukując tym samym nasze koszty do symbolicznych, w porównaniu do przewidywanych na wstępie 4.500,00 zł w tzw. budżecie!

Ha! A jednak się da!

I tym sposobem, po krótce tu opisanym,odebrałam wczoraj z urzędu pocztowego zgrabną paczuszkę, a w niej dwa kolorowe przedmioty, które tak naprawdę, z głębi serca, najchętniej cisnęłabym do kubła na śmieci i nigdy, przenigdy nie brała ich ani do rąk, ani tym bardziej nie przywdziewałabym ich na chudziuteńkie nóżęta mojego trzeciego Synka, gdyby tylko tak się dało i tak by można bez wyrzutów sumienia postąpić.

Tymczasem postąpiłam zgoła inaczej, zawożąc je natychmiast na zajęcia rehabilitacyjne do Centrum Bobath do skonsultowania, bo- co każdy rodzic, którego dziecko używa ortez wie- nie ma tak łatwo i lekko, by świeżo wykonane ortezy za pierwszym razem pasowały jak ulał i spełniały pokładane w nich nadzieje.
Nie.
Ortezy należy przymierzyć pod okiem rehabilitanta, najlepiej tego, który dziecko zna już dobrze, zobaczyć, co jest nie tak i odesłać bądź odwieźć do poprawek, które powinny być naniesione zgodnie z sugestiami owych rehabilitantów, najlepiej w jak najkrótszym czasie  i bez dodatkowej odpłatności najchętniej....

W sumie to nie wiem, czy tak jest u wszystkich, ale u nas tak to się właśnie odbywa:(

Po tej konsultacji natychmiast- jeszcze w drodze do domu, umówiłam się do drugiej rehabilitantki na drugą konsultację, by też ortezy zobaczyła, bo ta pierwsza konsultacja wcale nie wypadła korzystnie i nie napawała mnie dobrą energią, niestety.
Dziś po przedszkolu pognałam z Ignasiem na kolejną wizytę, obejrzano ortezy, nawet przez pół godziny Ignac miał je na nóżkach i okazało się, że aż tak źle nie jest, aczkolwiek poprawki drobne być muszą przeprowadzone, ale "będzie dobrze, niech się Mama nie denerwuje". I kropka.
I zakładać codziennie  kilka razy na te chudziutkie nóżęta kazano, na półgodzinne sesje, niech się dziecina do szczudeł przyzwyczaja i ćwiczy.



Kurczę.
O ileż bardziej wolałabym nigdy tych ortez kupować i zakładać musieć nie musieć!
Niech to szlag trafi! Nienawidzę ich szczerze!
Nawet jeśli, albo raczej pomimo tego, że wiem, że mają one pomóc mojemu dziecku nauczyć się prawidłowo chodzić i uchronić go przed nieodwracalnymi zniekształceniami stóp na przyszłość.

Bo wciąż i nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego moje dziecko jest chore?
No.



6 komentarzy:

  1. No. Ja tez nie moge zrozumiec. Tule mocno. Podziwiam. Wspolczuje. Eh...zyzn

    OdpowiedzUsuń
  2. Czasem sobie myślę, że ten brak zrozumienia dla chorowania naszych dzieci, daje nam siłę, żeby walczyć.

    Mama. Tulę Cię. :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję Kobiety! Ja też Was ściskam mocno. mama

    OdpowiedzUsuń
  4. Doskonale rozumiem, bo codziennie czuję tę złość i żal, dlaczego akurat moje dziecko jest chore. I dałabym naprawdę wiele, żeby miało zdrowe rodzeństwo, ale na to niestety szanse zerowe. Pozdrawiam.
    Marta mama Ani
    (pod szyldem męża:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiesz Marto.... to już nawet nie chodzi o to (a po prawdzie- zupełnie nie o to), że MOJE dziecko jest chore, ale o to, że jest CHORE.

    Tak bym tu raczej akcenty rozłożyła w zgodzie z własnym sercem...

    Pozdrawiam cię ciepło.

    OdpowiedzUsuń
  6. O, gratulacje! niesamowita kwota dofinansowania ortez przez NFZ.

    OdpowiedzUsuń