Ortezy- część III.

Historia wciąż się toczy. Jak dotąd starałam się Wam oszczędzić szczegółów, ale właściwie, dlaczego?

Sprawa Ignacowych ortez wciąż jest w toku. Niewiele takich turbulencji dane nam było przeżyć ostatnio, jak właśnie te na okoliczność starania się o refundację sprzętu rehabilitacyjnego z NFZ. Nasz Super Dzielny Tata postanowił wziąć na swe bary wszystkie formalności urzędowe, wierząc w głębi ducha, że jego bogate doświadczenie korporacyjno-dyplomatyczne będzie mu wsparciem (na podorędziu miał również swój urok osobisty, elokwencję i zazwyczaj pogodne usposobienie, ale to na naprawdę totalny wszelki wypadek, którego wcale nie brał pod uwagę). Etap przygotowawczy zabezpieczałam osobiście ja w postaci superszybkiego umówienia się na konsultację lekarską w celu zdobycia oraz wypełnienia wniosków o refundację oraz oczywiście wcześniejszej (okupionej drobnym stresem motoryzacyjnymwizyty w zakładzie zaopatrzenia ortopedycznego, gdzie zdjęto miarę z ignasiowych nóżek i ogólnie potraktowano nas bardzo życzliwie.

Ale kiedy to było?- właśnie sprawdziłam- w lutym!!!

Zatem, Tata z wnioskami udał się do NFZ, gdyż po drodze do pracy ma. Pełen nadziei i ufny w fakt, iż jest dobrze przygotowany, więc cała procedura mignie tak szybko, jak w przypadku butów (rok temu), przekroczył próg urzędniczego gabinetu.
Jakież było jego zdumienie, gdy Pani urzędniczka, rzuciwszy okiem na wnioski skonstatowała, że nie podbije pieczęcią urzędową, gdyż w papierach podano zły kod choroby i może on równie dobrze dotyczyć..... konieczności zaopatrzenia Iggiego w sztuczną szczękę bądź gorset. Cóż....należy być chyba osobiście lekarzem, by wiedzieć, jak trudnym jest odnaleźć prawidłowy kod pod jednostkę chorobową Ignasia, zwłaszcza, iż wciąż nie ma on postawionej jednoznacznej diagnozy i funkcjonuje w oparciu o "podejrzenie choroby metabolicznej" czy rozpoznania opisujące jego nieprawidłowy rozwój.... Sytuacja wydała się nam więc wprawdzie niekomfortowa, acz zrozumiała....

Wobec powyższego, Tata powściągnął emocje,uśmiechnął się gładko i postanowił pokojowo się wycofać. Wszak procedura rozpoczęta, będzie musiał wrócić do urzędu, więc lepiej dymu za sobą nie pozostawiać i zgliszczy...

Jako, że ja z Ignasiem przebywałam naówczas w Bydgoszczy, Tata musiał dalsze działania podejmować samodzielnie. Umówił się więc prędziutko u uprzejmej i wyrozumiałej Pani Doktor od rehabilitacji, co wnioski wypełniała poprzednio. Poszedł na wizytę, wspólnie z Panią doktor szukał w wykazach, rejestrach kodów i osobiście potwierdził, że trudne to jest, i owszem i całe pół godziny na to zmarnowali wspólnie. Wnioski jednak otrzymał, odwiedziny w NFZ zaplanował na poranek kolejnego dnia.

Pojechał.
jakież było jego zdumienie, gdy Pan urzędnik tym razem spostrzegł, że na wnioskach znów jest błąd, drobny by się wydawało, do korekcji natychmiastowej, ale litera prawa twarda jest i nie da się nic z tym błędem zrobić. Trzeba pojechać po.... nowe wnioski.
Tym razem nerwy Taty jakby nieco już nadwerężone zostały, postanowił jednak łatwo się nie poddawać, prosił, tłumaczył, przekonywał, do sumień ludzkich i empatii się odwoływał. Nawet przytoczył sakramentalny argument, że podatki płaci.... i zapewniał, że jego syn ma dwie lewe nóżki. Byleby tylko podbić......
na nic.
Nie powiem Wam, jak skończyła się ta wizyta. Dość, że burzliwie.

Cóż. Tata znów powtórzył swą wizytę u Pani Doktor od rehabilitacji. Nie chciałam wyobrażać sobie jej miny. A Tata mi nie opisywał szczegółów. Ale wizyta ponoć przebiegła miło, choć w lekkim napięciu.

Przed ponownym wyjazdem do NFZ Tata zażył "nerwosol" czy jakiś inny specyfik. Żeby go nie poniosło.
Tym razem jednak trafił do innego pokoju w tym samym budynku NFZ. Z przerażeniem, przekraczając próg gabinetu urzędniczego, skonstatował, iż nie ma przy sobie dowodu osobistego, pozostawionego w roztargnieniu na okiennym parapecie 35km stąd. Niepewność odebrała mu płynność oddechu... jak się okazało- zupełnie zbędnie. Pani urzędnik uśmiechnęła się życzliwie, przystawiła pieczęcie i podpisy złożyła w odpowiednich rubryczkach i miło się pożegnała.
Tata do końca dnia chodził odurzony szczęściem.
Wnioski są!

Kolejnym krokiem było wysłanie ich listem poleconym Poczty Polskiej na wskazany adres zakładu wykonującego sprzęt ortopedyczny, w tym ortezy dla Ignaca, gdzie gotowe odlewy czekały i przytupywały, nie mogąc się doczekać przeobrażenia w eleganckie (tak myślę, bom jeszcze ich nie widziała na oczy) ortezki dynamiczne do funkcji chodu;)



Wczoraj odebrałam telefon z zakładu. Radośnie powitałam wiadomość, iż ortezy czekają na przymiarkę. Ustaliłyśmy termin wizyty na wtorek, 8 kwietnia. Po czym Pani wyrzekła te słowa:
-"I bardzo proszę przywieźć dokumenty (w domyśle: wnioski) do refundacji, gdyż jeszcze do nas NIE DOTARŁY"!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


Blady strach na mnie padł.
Nie mam siły nic więcej opisywać.
Jak się story skończy- dam Wam na pewno znać.

Komentarze

  1. Ale przeżycia :O
    Trzymam kciuki, żeby wszystko dobrze się skończyło.

    OdpowiedzUsuń
  2. Urzędnicze potyczki.
    Trzeba mieć stalowe nerwy, żeby przez to wszystko przejść.
    Życzę powodzenia w dalszych zmaganiach!!!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.