W drodze


Dziś o tym, jak można, gdy się bardzo pragnie i świadomie wybiera:)

***

Były dokładnie takie, jak sobie je wymarzyłam.

W domu panował pewien nieład, z całą determinacją utrzymywany przez "główne siły sprzątające" wbrew nakazom, zwyczajom, przymusom mentalnym wszelakim i powszechnym.
Spoglądając na wszystkie zakurzone tajemne zakamarki, o których tylko ja wiem, smugi bezwstydnie wygrzewające się na szybie w słońcu bądź też hałdy bielizny upominającej się o swe zaszczytne miejsce w szafach i szufladkach- nagminnie ignorowane, czułam, jak leniwie i błogo rozlewa mi się na twarzy bladokarminowy uśmiech.


Towarzysko- na stałe: skład rodzinny+ jeden (kto wie, co oznacza stukanie się piąstką w podbródek, ten domyśli się również, kogo gościliśmy;). Gościnnie- dwie spośród kilku ulubionych Cioć "z Przyległościami" nam towarzyszyły w beztrosce naszej świątecznej, akurat w takich proporcjach, byśmy się nasycić sobą mogli wszyscy, ale nie doszczętnie, z apetytem na więcej pozostając wieczorem.

Na świąteczne śniadanie spokojnie wystarczyło 8 kiełbasek i tyleż jajek, unurzanych w dwóch sosach do wyboru: wykwintnym i tradycyjnym.
Z ciast jeno proste, muffinkowe "sto procent powodzenia" na stół wjechało. Plus sernik. Kupiony.

W te Święta postanowiłam przede wszystkim  odpocząć, być i żyć.
I mi się udało! ;)


Ignacy- szczęśliwy.......
Jaja święcić poszedł z braćmi, ale wyprowadzon  z kościoła w połowie ceremonii na skutek zawodzenia i pokrzykiwań został i wcale się nie zasmucił.
W niedzielny poranek, nieco zdziwiony ("to niemiecki zwyczaj, mamo"- jak zauważył Średni Syn, nieco zdegustowany i skonsternowany), wędrował po ogródku w poszukiwaniu czekoladek, które natychmiast po zbiorach skonsumował beztrosko na balkonie w słońca promykach.

Wyglądało to mniej więcej tak:


To szczęście w jego oczach.....
zwalało mnie celnie z nóg jeszcze wielokrotnie podczas świątecznego weekendu...

Spędziliśmy go w sposób, który Ignacy uwielbia bezsprzecznie. Jak cała nasza rodzina zresztą.

Czyli mniej więcej tak:

wiatr we włosach
poczucie beztroski
nowe miejsca, w których nas jeszcze nigdy nie było
smaczek rywalizacji dla dzieciaków
spontan
wspólna przygoda
słońce
pot z czoła kapiący czasami
ucztowanie na trawie
bliskość przyjaciół
rower

albo - w wersji obrazkowej- tak:

Dzień pierwszy

Dzień drugi


***
I taką refleksję mam.
Dobrze... dobrze, że Ignaś jest.
Uczy swoich braci na naszym przykładzie, że można cieszyć się życiem nawet pod wiatr i pomimo przeciwności. Nawet wówczas, gdy życie łatwe nie jest, pokrętne i pod górkę wiodące. 
Zawsze można "wsiąść na rower" i bujnąć się, jak droga prowadzi, przed siebie.
I zawsze się gdzieś dotrze i coś pięknego spotka.
Byle nie zrezygnować. Nie poddać się. Zwątpieniu.




O milczeniu napiszę jutro.
Albo kiedy indziej;)
dobranoc.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.