O tym, czym się cieszyć należy, a co pomijać zgrabnie...

Prawie dwa tygodnie milczenia za mną. Dnie spędzane na koordynowaniu domowego przedsiębiorstwa(a było co koordynować- wierzcie), tudzież doglądaniu ogrodu na wiosnę mijają niepostrzeżenie, a czas mknie tak szaleńczo szybko, że poniedziałki zlewają mi się z wtorkami, a środy z niedzielą. Jednak z tego gąszczu terminów wszelakich wyłowić trzeba choć kilka zdarzeń, które odcisnęły się w mojej pamięci wyraźniej, niż pozostałe...


Po geście "wózek" w Ignasia słowniku zagościł nowy znak migowy- znów mimochodem, przypadkiem, nie-wiadomo-kiedy. Ba! Nawet dwa, trzy, pięć!
Od kilku dni Ignaś miga uproszczoną wersję "chłopiec", tudzież, gdy taka konieczność nastaje, używa go w kontekście "dzieci", a może i "dziewczynka"?-nie zawsze niestety udaje nam się rozszyfrować sens jego przekazu migowego, ale o tym może kiedy indziej napiszę.  Potrafi też zamigać wyraz "książka", a od czasu do czasu szlifuje ze mną znak określający "słodki" w znaczeniu "cukierek", o którego intensywnie się Jegomość potrafi upominać, będąc na zakupach w pobliskim sklepie.
Jeśli do tego dodać słowo "śpiewać", a tuż za nim dość chaotyczne, ale jednak synchroniczne machanie oburącz na podobieństwo gestu "muzyka" z Makatonu, zbiera nam się niezły urobek lingwistyczny na przestrzeni dwóch- trzech tygodni! Sporo:) Jak na chłopca z orzeczonym przed rokiem upośledzeniem umysłowym w stopniu lekkim- nie ma się czego wstydzić :D
Faktem jest zatem, że zasób słownictwa naszego najmłodszego dziecięcia rośnie dość dynamicznie i obawiam się, że wkrótce moje osobiste zapasy nowych wyrazów się wyczerpią, co zmusi nas do podjęcia bardziej sformalizowanych działań  w postaci poszukiwania możliwości nauki języka migowego. Na razie mam pewien pomysł, wśród miliona innych, które mnie obsiadają jak owocówki jabłka i opędzić się od których nie sposób;) Po zrealizowaniu nie omieszkam Wam wspomnieć o nim.


Dziś popołudniu, po otrzymaniu zapowiedzi "basen" (niewiarygodne, jakich sztuczek potrafi Ignaś użyć, by zakomunikować to wydarzenie- pokazuje np. butelkę z wodą mineralną i- widząc moje zdziwione spojrzenie, dokłada gest "mycia się"- stąd wychodzi mu skojarzenie basenu z wodą;)), rozpoczął samodzielny proces ubierania koszulki, co poszło mu o tyle skutecznie, że wciągnął ją przez głowę na ramiona!!! Z rękawami poradziliśmy sobie już wspólnie:) Sam również zakłada czapeczkę wychodząc na spacer i robi to coraz perfekcyjniej, czym mnie w osłupienie wprowadza, gdyż ja naprawdę nie wiem, kiedy on się tego wszystkiego uczy!!!!!! Ani się obejrzę, a mi chłopina na samotny spacer po okolicy się wybierze, a ja go szukać po domu będę i umierać z niepokoju po stokroć (silnik już w furze odpalić potrafi, więc wiecie, ten, tego- wszystko jest możliwe.... no, chyba, że zacznę go aktywnie ograniczać i spowalniać nabywanie nowych umiejętności celowo, w imię komfortu własnego i świętego spokoju, w co wątpię, bym się zdecydowała w najbliższej przyszłości).


Wspomnieć też wypada o chodziku-pchaczu, który dzień po maratonie stał się naszym mrocznym przedmiotem pożądania, dokładnie wtedy, gdy przed rehabilitacją wtorkową na korytarzu Centrum Bobath Ignaś zaanektował sobie owo jeździdło i oznajmił zdumionej matce, że oto już potrafi się nim posługiwać i że on plus chodzik= WNM forever od dziś! Od tego czasu, nie dość, że mamy takie jeździdło w naszym prywatnym domu (a jakże- natychmiast je zakupiliśmy z pieniędzy uzbieranych podczas sławnego spinning maratonu), każda sesja rehabilitacyjna mieć musi kwadransik przeznaczony na rejs  po ośrodku z chodzikiem w roli drugoplanowej (bo Ignaś na planie pierwszym jak zwykle).


No i ortezy....
zakładamy, zakładamy, choć otrzeć już chude nóżyny zdążyły, ale Ignacy nad wyraz szlachetnie je zaakceptował, a może raczej pogodził się z nimi w myśl przysłowia, że "jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma" i zdecydowanie matkę swą zawstydził tym samym swą oświeconą postawą wobec życia, które przynosi mu różne kwiatki, a on je po prostu zbiera wdzięcznie i niczym do wazonika wkłada, ciesząc się tym, czym się w takich chwilach można cieszyć, a smutek pomijając milczeniem.


Zupełnie tak samo, jak ja pominęłam miniony swój z ubiegłych dwóch tygodni w tym poście;)

Pa.

Ćwiczę wciąż i wciąż:) Z Panią Agą :*

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.