11 czerwca 2014

"Hard negocjejtor" vel "business manager"

Zaledwie pięć minut temu, w przypływie dobrego humoru i swoistej desperacji obiecałam sobie, że jeśli przetrwam czerwiec we wciąż przyzwoitej kondycji psychofizycznej, to w nagrodę dożyję sędziwej starości, będę piła poranną kawkę w promieniach wschodzącego słońca przy ptasich trelach w moim ogrodzie, zaś wieczory spędzać będę otoczona gromadką uroczych wnucząt, nucąc im szlagiery mojej młodości i opowiadając historyjki utkane z mchu i paproci.
Siwe włosy mi nie straszne, gdyż mam ich całą głowę :P

Mogłabym też zacząć ten wpis w nieco innej konwencji, posiłkując się bijącym rankingi popularności odtwarzania w naszym salonie refrenem pewnego "sągu", wprost z topu trójkowej listy przebojów, który biegnie mniej więcej tak: "Już, już, już nie wytrzymuję tempa, wszystko piiip... skręca";)
Też tak macie?
To czyste szaleństwo:)


Zamiast się jednak rozwodzić nad codzienną zadymką w środku lata, przejdę do co ważniejszych konkretów....

Wczoraj (?) lub co najwyżej przedwczoraj (?) odbyło się sympatyczne spotkanie z zespołem terapeutycznym, prowadzącym Ignasia w przedszkolu, którego celem było podsumowanie pracy oraz wyników diagnozy przeprowadzanej w kwietniu przez Panie Terapeutki.
Z rozmowy tej wynikło - o ile dobrze pamiętam w tumulcie informacji przebiegających przez moje neurony, że Ignaś funkcjonuje w wielu sferach jako "mocny dwulatek". Wielokrotnie Panie podkreślały jego mocne strony, czyli: inteligencję, gotowość do współpracy, bardzo dobre rozumienie mowy, poleceń, pamięć, poczucie humoru i umiarkowane zdyscyplinowanie, które również jest przejawem jego sprytu i intelektu :) Ja zaś dorzuciłam od siebie fascynujące odkrycie, że Ignacy zdecydowanie lepiej ulega perswazji i dostosowuje się do naszych poleceń, gdy rozumie przyczyny naszych decyzji, niż dostając proste, bezdyskusyjne nakazy i zakazy. Oznacza to, że era łatwego, naiwnego sterowania jego aktywnością jest już daleko za nami. Teraz trzeba z nim ustalać, wyjaśniać, tłumaczyć nawet skomplikowane związki przyczynowo- skutkowe i tylko z rzadka można się posiłkować chwytem pn. "odwracanie uwagi". Co więcej, Ignaś doskonale pamięta o obietnicach, które zostały mu złożone jako próba zachęty/ przekupstwa, by jednak zgodził się na nasz plan co do jego osoby i liczyć na to, że będziemy mogli wycofać się rakiem z danego słowa byłoby szczytem naiwności (nie mówiąc, że też prostym oszustwem). Nie jest więc łatwo, trzeba się napocić, nagimnastykować i nade wszystko- pamiętać, co się rzekło w towarzystwie Jegomościa, gdyż on nas na pewno z danego słowa rozliczy, czy nam to się uśmiecha, czy nie ;)
Do najsłabiej rozwiniętych umiejętności u Ignasia wciąż należą te, związane z fizycznością, czyli obie motoryki. Nie dziwi jednak taki wniosek, bo przecież Ignacy wciąż jeszcze nie porusza się zgrabnie i płynnie, wciąż jego ruchy są raczej sekwencyjne, niepewne, ale idzie ku lepszemu:)

Najmilszym jednak akcentem owego spotkania była zapowiedź Pani Justyny. Otóż- prawdopodobnie od września- gdy tylko dzieciaczki powrócą do przedszkola po wakacjach- w grupie Ignasia dzieci będą się uczyły gestów języka migowego! Chociażby po jednym geście w tygodniu, grupowo, tak, by móc się z Ignasiem komunikować, tzn. rozumieć, co on ma do przekazania! Ignacy słyszy i rozumie, ale nie potrafi wyjaśnić słowami, co chce powiedzieć i to okazuje się największą barierą w jego relacjach z rówieśnikami (i większością dorosłych). Bez tłumacza w osobie kogoś z rodziny jest więc skazany na porażkę i zawód. A że gesty są w większości intuicyjne i naprawdę proste, jasna przyszłość się przed nim otwiera na najbliższe lata przedszkolnej kariery:)
Bardzo mi ten pomysł przypadł do serca, gdyż sama mam w planie przed końcem tego roku szkolnego poprosić Panią Dyrektor o zabezpieczenie Ignasiowi nauczyciela posługującego się językiem migowym, bez tego bowiem jego rozwój może się bezsensownie zatrzymać lub zwolnić. A tak- entuzjazm, z jakim Ignaś chodzi do przedszkola jest przeogromny i nie chciałabym tego zaprzepaścić prostymi - wydawałoby się- do usunięcia barierami.
Tak- to było wczoraj lub przedwczoraj....

A dziś...
wybraliśmy się z Ignasiem do wielkiego miasta Wrocławia, by pobrać krew do badania poziomu mleczanów we krwi. Podróż była długa (musieliśmy się przebić przez caaaaały Wrocław), ale badanie sprawne i krótkie. Panie w punkcie pobrań po mistrzowsku obeszły się z Ignasiem, który z kolei wykazał się godną podziwu dzielnością i wytrzymałością. Oczywiście łzy rozpaczy pojawiły się na krótko, ale perspektywa odwiedzin taty w jego pracy- jako nagroda za trudy i cierpienie, przesłoniła chwilowy dyskomfort. I muszę przyznać z pokorą, że nie ma drugiego wspanialszego miejsca dla Ignasia, niż gabinet jego Taty. Tak jakby trochę przepowiadał nam swoją przyszłość, a trochę zdradzał swoje najskrytsze marzenia. Zresztą- zobaczcie sami- mina Ignasia- bezcenna:)


Ignaś "w raju"...
Panie Szefie, co Pan powie na takiego managera?
Jako, że wyników jeszcze nie mamy- oczekujemy z ciekawością i w niepewności. 
Jutro powinno się wyjaśnić...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz