03 czerwca 2014

Wielkie (nie)SZCZĘŚCIE

Dziś będzie tak: intymnie i poważnie...


2,5 roku temu, gdy dotykało nas cudze spojrzenie, czułam głównie niepokój i ogromne poczucie winy. Cała byłam po brzegi w lęku i bólu z powodu niewiadomej dotyczącej życia i zdrowia Ignasia. W głowie przetaczało mi się milion dwieście powodów, zaniedbań, niedociągnięć i złych decyzji, które mogłyby choć w ułamku ułamka przyczynić się do wyjaśnienia stanu zdrowia naszego Malucha.

1,5 roku temu zdarzało mi się jeszcze odczuwać wstyd, gdy śledziły nas spojrzenia przechodniów. Wstyd związany z coraz bardziej widoczną niepełnosprawnością mojego Synka. By je zakamuflować przed samą sobą zdarzało mi się wychodzić przed szereg w uprzejmym wyjaśnieniem, że Ignaś to czy tamto, gdyż "jest chory"...


Od 0,5 roku jest we mnie spokój, gdy idę ulicą trzymając za rękę chwiejącego się Malca i wszyscy widzą, że jest niepełnosprawny. Zaś w moim słowniku zadomowiło się wreszcie określenie prawdziwe i proste, bez tego cholernego pejoratywnego wydźwięku. Dziś mówię ze spokojem i wyraźnie, gdyż nie muszę już się oszukiwać ani niczego obawiać: Ignaś jest niepełnosprawny.

Tak.
To się zmienia.
Można to ujarzmić, a nawet polubić.
To taki mały przewrót wewnętrzny, którego doświadcza pewnie zdecydowana większość rodziców niepełnosprawnych dzieciaków.

I na pewno nie jest to "wielkie nieszczęście". Jak się powszechnie zwykło myśleć.




mama.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz