26 września 2014

Wpis intymny

Jestem tak totalnie sfokusowana na osobie Ignasia, że właściwie niemal notorycznie doprowadzam się do stanu totalnego zapominania o sobie. Jako człowieku. Jako kobiecie. Że już nie wspomnę o zawodowych młodzieńczych ambicjach, które latem zeszłego roku zepchnięte zostały na tak odległy plan, że prawie nie potrafię już sobie wyobrazić siebie jako osobę aktywną zawodowo tak jak kiedyś.

Szczególnie dotkliwie poczułam to w ubiegły wtorek, gdy, załatwiając jakąś urzędową sprawę, wymagającą wypełnienia formularza, w rubryce "miejsce zatrudnienia" urzędniczka wpisała "bezrobotna". Prawie się zawstydziłam sama przed sobą...

Skoro wciąż muszę sobie przypominać, że jestem kimś więcej, niż jedynie opiekunką osoby niepełnosprawnej, w porywach do "matką trójki synów" (skądinąd i niezaprzeczalnie wspaniałych i fascynujących młodych ludzi), no i żoną oczywiście (pozdrawiam Cię, Mężu serdecznie i gorrrąco! Ty wiesz, o czym jest ten wpis:*), znaczy się- popełniam gdzieś błąd zaniedbania. Staram się go jednak systematycznie naprawiać, co owocuje okresami wzmożonej troski o swój umysł i ciało nawet, ale to wciąż powstańcze, okupione nierzadko potem, łzami i poczuciem winy zrywy;)

A jednak odkryłam ostatnio w sobie ziarno szaleństwa.
W atmosferze totalnego relaksu, gdzieś na pastelowej granicy snu i odrealnienia, w momencie kompletnie dla mnie niespodziewanym, zjawiło mi się marzenie....

Macie marzenia? Na pewno macie. Przynajmniej chcę w to mocno wierzyć.
Interesujący dla mnie jest proces odkrywania bądź poszukiwania, wypracowywania sobie marzeń... No bo jak do nich dochodzicie? Skąd wiecie, o czym marzycie? Z jakiej potrzeby te marzenia kiełkują?

Bywało już w moim osobistym życiu tak, że lokowałam jakieś zdarzenie, czy to podróż w nowe miejsce, czy to weekend w odosobnieniu w domu lub w górach, na liście pragnień i prędzej czy później udawało mi/nam się je realizować. Ale to były marzenia z rodzaju możliwych do realizacji, mieszczących się w granicach rozsądku i zasobności rodzinnego portfela.
Że nie wspomnę (choć wspomnę) o marzeniu z serii "banalne", czyli, żeby Ignaś był sprawny, tudzież wyzdrowiał, a nasza cała rodzina cieszyła się dobrą kondycją i czuła się szczęśliwie- wiecie, rozumiecie;)
A tu taki wypas mi się zamarzył, że hej!

Pewnie, gdyby nie fakt, iż w czasach odległych jak neolit, Mąż mój był tam w okolicznościach, nazwijmy to "gratisowo-zawodowych", nie wiedziałabym nawet, że takie miejsce na świecie istnieje :P
Ale jest. Exist. Wiem, bo dostałam w prezencie powrotnym piękny BUKIET białych anturium od Męża- widok imponujący w naszym skromnym, ówczesnym mieszkaniu...
Niedbale rzucony na kuchennym blacie folder reklamowy pozostawił w moim mózgu ślad. Na tyle trwały, choć kompletnie zepchnięty w "świadomą niepamięć",  że przez lata do niego nie wracałam, jakby go zupełnie we mnie nie było.
I nagle, wydobyty nie wiedzieć czemu, uderzył z taką przeraźliwą siłą w moje oczy, że aż mnie zatkało. Kosmiczny to pomysł. Dla niektórych skandaliczny nawet, ale właśnie to mi się zamarzyło...

(Klik: tylko mnie nie zlinczujcie, ani nie zabijcie śmiechem, proszę;))

No.

A teraz lecę po Ignasia do przedszkola.
Obiad jest. Pranie wstawione. Góra odkurzona. Chłopaki w szkole. A my zaraz na hipoterapię!
Pa.

23 września 2014

Świat się kończy :P

Głupio przyznać, ale najpierw zadzwoniła Babcia H, a potem Ciocia O. z zapytaniem: "I co z tym krztuścem?"

Świat się kończy...
Bliscy dowiadują się o Ignasiu z.... bloga ;P

Ale trochę tak jest, niestety. Czasem szybko coś tu napiszę, emocje opadną i potrzeba dzwonienia i skarżenia się Bliskim jakoś słabnie;) A potem, porwana wirem obowiązków, zapominam... zadzwonić.

No i był krztusiec...
Był, bo już na szczęście minął.
Zostawił na pamiątkę pojedyncze ataki kaszlu i znacząco podwyższony poziom przeciwciał IgA Bordetella pertusis, świadczący o ostrej infekcji. Ale- jak rzekła Pani Doktor- stan ten może się utrzymywać przez najbliższe 3-4 miesiące. A Ignasiowi na pamiątkę pozostanie.... odporność.

Z tą odpornością to też dziwna sprawa.
Zaniepokojona stanem zdrowia Ignasia i przestraszona widmem krztuśca, czas jakiś temu szperałam po necie. I tam dowiedziałam się m.in., że szczepienie  p/krztuścowi daje ochronę na maksymalnie 10 lat (a bywa, że na 3 jedynie). Stąd przypadki zachorowania wśród dzieci szczepionych. A to właśnie powiedziała nam Pani Doktor- że w ostatnim czasie zanotowała kilka przypadków krztuśca wśród swoich małych Pacjentów, których wcześniej SAMA OSOBIŚCIE SZCZEPIŁA!!!
A Ignaś, jako niedoszczepione dziecko (przyjął dwie dawki szczepionki z trzech) przeszedł go nadspodziewanie dobrze... Co nas cieszy ogromnie...

A skąd nam się te wredne bakterie przyczepiły? Kto go uraczył? Jak myślicie?

Ano... tata:( Sam obdarowany przez jakiegoś anonimowego dorosłego współpracownika swego:( Przynajmniej tak podejrzewamy, gdyż tata w urlop wkroczył ochoczo z dudniącymi, uciążliwymi atakami suchego kaszlu, męczącego wyjątkowo i długo, i opornego na środki przeciwkaszlowe, wlewane w niego litrami prawie:( A ja myślałam, że to "przez basen";)


Tak więc temat krztuśca uważam, Drodzy Czytelnicy Kochani, za wyjaśniony...
Śpijcie spokojnie. Temat ogarnęliśmy.
A Ignaś zaczyna mówić "Taaa, Taaa."

:)

22 września 2014

Się martwię trochę

Zaczęło się tuż po powrocie z wakacji. Jedno niefortunne wyjście na basen i w zasadzie już na drugi dzień pokasływanie. I na kolejny również i tak to się rozkręciło;(

Zadawałam sobie pytanie, jak to możliwe, że dwa tygodnie codziennych kąpieli morskich nie złamało zdrowia Ignasiowi a tu jedno wyjście i już infekcja jakaś się przypałętała? Ale od tych pytań wcale się nie polepszało: ani jemu, ani mnie;)

No i tak sobie ten kaszel narastał, narastał, gorączki nie było widać, kataru też niewiele. Ale po tygodniu ruszyliśmy do lekarza. Pani Doktor też nic nie orzekła, bo niespecyficzne objawy, ale gdy kaszel nie ustępował przez kolejny tydzień-  a nawet narastał- zdecydowała o antybiotyku. Bo inhalacje niewiele dawały.

Całe szczęście, że przez ten czas Ignaś był z nami w domu, rehabilitacja zawieszona, przedszkole utęsknione czekało, wizyty towarzyskie poprzekładane (na szczęście- jak się okazało).

Dziś mijają cztery tygodnie od momentu pierwszego pokasływania. Prawdopodobnie najgorsze już za nami, choć pozostałość w postaci dwóch, trzech ataków dziennie wciąż się go trzyma kurczowo, zwłaszcza, że odebrałam wyniki na przeciwciała krztuśca.
I nie są one niestety dobre:(

O 12:30 mam zamówioną konsultację u pediatry.
Kurcze.
Martwię się...

19 września 2014

Co mają z sobą wspólnego: Ala i klocki lego?

Otóż- całkiem sporo, jak się okazało;)

Wspominałam niedawno (choć dawno) o odwiedzinach, jakich mieliśmy przyjemność doświadczyć. I choć trwały one krótko, były na tyle ważne i atrakcyjne dla nas i dla Ignasia, że do dziś przetaczają się echem po dziecięcym pokoju.

Ala jest przeuroczą 6-latką i zarazem kuzynką Ignasia (trochę dalszą, ale jednak). Jej wyjątkowa roztropność przy jednoczesnej odwadze i łatwości nawiązywania kontaktów sprawiły, że w okamgnieniu podbiła serce nie tylko Ignasia, ale również moje osobiste i, jak przypuszczam- reszty chłopaków również. I wydaje nam się, że takiej towarzyszki zabaw Ignasiowi koniecznie potrzeba. Nie od wielkiego dzwonu, ale jak najczęściej, na co dzień.

Spragniony towarzystwa dzieci, Ignacy był zachwycony swoją nową kuzyneczką! Podążał za nią dzielnie, niepomny (podejrzewam, że wręcz nieświadomy  nawet) na własne ograniczenia, i to w najróżniejszy sposób!
A to wdrapywał się po dość stromych schodkach na zjeżdżalnię, by potem negocjować, kto ma pierwszy z niej zjechać, a to domagał się zdjęcia bucików (jak Ala) na piaszczystym terenie placu zabaw (bądź też bezceremonialnie zabierał się do zdejmowania samodzielnego butów i skarpetek, by paradować -jak Ala - boso po piachu), Albo też siadał w skupieniu na dywanie w pokoju starszego brata i z uwagą przyglądał się zabawie w budowanie z klocków lego różnych wymyślnych konstrukcji- obserwując swoją starszą kuzynkę w akcji z dużym zainteresowaniem.

I tak oto, właśnie dzięki Ali, Ignacy wszedł na kolejny level rozwoju;)
Bo oto, od owego pamiętnego weekendu, odkryło Dziecię w sobie nowe możliwości i znów wlało porcję miodu w rodziców serca, wciskając cierpliwie i z totalną powagą kolejne kolorowe sztabki w plastykową planszę i tworząc na razie budowle płaskie i rozproszone, ale niewątpliwie - z klocków!


Jak to się dzieje, że osobiści starsi bracia nie potrafią tak skutecznie zarazić bakcylem sensownej zabawy, co drobna, radosna, mała dziewczynka, rozsiewająca wokół z wdziękiem swój dziecięcy, dobry nastrój i entuzjazm?

A najbardziej osobiście mnie w Ali urzekła jej zdolność odnajdywania się w relacjach z każdym "pokoleniem". To, jak z zaangażowaniem grała ze starszymi chłopcami w planszowe gry. To z jaką naturalnością dopytywała o Ignasia "inność" (a wcale jej to nie przeszkadzało w zabawie i nawet aż tak bardzo nie dziwiło) i hasała z nim po placu zabaw. Oraz to, z jaką premedytacją położyła "na łopatki" dwóch dorosłych graczy w pojedynku rozgrywanym na konsoli X-box, operując z niewiarygodną sprawnością miliondwustoma przyciskami padów... Widok czterech skonsternowanych facetów (dwóch dorosłych i dwóch nastoletnich wymiataczy- kuzynów) po przegranej z drobną, zawziętą Alicją - uwierzcie- BEZCENNY :P


Dodam jeszcze, że Rodzice Ali też byli nam miłymi towarzyszami, i- choć spotykamy się raz na milion lat świetlnych, to odniosłam wrażenie, jakbyśmy mieli z sobą stały, dobry, serdeczny kontakt codziennie, nie nudząc się sobą wcale i nie siląc się na bycie innymi, niż akurat jesteśmy;) A poza tym jeszcze za serca nas złapał fakt, że Tata Ali- Łukasz, tydzień przed naszym spotkaniem, oblał się hardo kubłem lodowatej wody w ramach popularnego ostatnio "sieciowego wyzwania" w "intencji"- jeśli tak rzec mogę- Ignasia właśnie! Dziękujemy Ci jeszcze raz Łukaszu za pamięć i wsparcie naszego Facecika;)

I tylko o mamie- Eli, jakoś tu mało wspominam... a przecież spędziłam z nią sporo chwil na rozmowach i nauczyłam się nowej odmiany pizzy;) i bardzo to było ożywcze dla mnie wytchnienie od zazwyczaj męskiego grona, którym opleciona jestem szczelnie... ;)

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
No i zapomniałabym o dwóch wielkich psach, które przyjechały z naszymi gośćmi! Sędziwa Golden-Redriver'ka Yupi i nieco młodsza, czarna jak smoła Mia- Doberman'ka;)
To one właśnie (po sznaucerze olbrzymie Cioci Ewy- Beckerze) pomagają Ignasiowi oswajać paniczny lęk przed psami, którego nikt dotąd nie był w stanie odczarować. Mia i Yupi swoim bezwzględnym posłuszeństwem i spokojem sprawiły, że chwilami wszyscy zapominaliśmy o ich obecności w domu, a jeśli już pozwalały sobie (czy też pozwolono im raczej) na leżenie u stóp pod stołem, budziły w Ignasiu raczej zainteresowanie niż strach, ucząc malca tym samym, że pies "też człowiek" i wcale nie zamierza go skrzywdzić czy spłoszyć.
Tylko naszemu kotu napędziły poważnego.... kota:(


Jak widać- spotkania z ludźmi- tak liczne w naszym życiu i cenne- przynoszą same korzyści. Mam wszakże nadzieję, że na równi wszystkim ich uczestnikom, nie tylko samolubnie nam;)



08 września 2014

Look at me, Baby!!!

Mam takie zaległości tematyczne na blogu, że spokojnie kilka osób mogłoby mnie udusić, obrazić się na mnie, albo- mijając mnie na ulicy- udawać, że mnie nie znają;)

Ale nie mogę się powstrzymać, żeby odłożyć tę fotkę i tych kilka scenek na później :)))

Dopiero pisałam o moich wątpliwościach (TUTAJ).
A już Ignaś obdarzył mnie kontrargumentami- tutaj:

***
Pewnego wieczoru Ignacy poprosił, by mógł zjeść kolację siedząc na schodkach w salonie. Sytuacja dość nietypowa- zwykle jadamy wspólnie wieczorny posiłek przy stole, tamtego jednak dnia domownicy, najwyraźniej niegłodni, rozpierzchli się po pokojach... Nie miałam więc nic przeciwko temu i sadowiąc się wygodnie obok niego, rzuciłam w przestrzeń zdanie: "coś tu tak ciemno dzisiaj"... (należę do osób organicznie nieznoszących półmroku i słabego światła, a pech chciał, że w naszym salonie brak centralnie zawieszonej lampy, za to nie brak nam  tu kinkiecików - po jednym na każdej ścianie;) i właśnie jeden z nich nie był zaświecony).
Niespodziewanie dla mnie, Ignaś wstał ze schodka i zaczął iść w kierunku jednej ze ścian...
Nim się zorientowałam, co robi, Malec podszedł do kontaktu i "pstryknął" światełko, żeby mamusia nie narzekała!!!
Przez dłuższą chwilę nie mogłam wyjść z podziwu i wykrztusić z siebie słowa...
Mój Kochany Synek....!


***
Dosłownie trzy dni później gościliśmy Babcię, z którą, siedząc przy przedpołudniowej kawce, plotkowałam beztrosko. Na ławie obok nas leżał świeżutki katalog pewnego dużego sklepu na I, który wkradł się nie wiadomo kiedy i czemu w łaski Ignasia i budzi w nim ogromny entuzjazm.
Właśnie wspomniałam niedbale w rozmowie, że wkrótce musimy pojechać do  (i tu użyłam słowa na I....), na co Ignacy wyrzucił energicznie obie rączki w górę- w geście nieopisanej radości, po czym przydreptał do ławy i z pasją zaczął walić we wspomniany katalog sklepu na I..., i migać gest "auto"...
I ponownie oniemiałam, moi Państwo...


***
Nie dalej, jak w miniony weekend gościliśmy naszą ciut dalszą rodzinkę (o czym wspominałam mimochodem na FB,a w przyszłości niedługiej planuję temat rozwinąć troszeczkę). W takich dniach, a raczej wieczorach dorośli zwlekają ze spaniem, dzieciaki harcują do upadłego (co się przytrafiło Alicji- kuzynce chłopców), a Ignaś zapada w sen twardy jak kamień w 3 sekundy od przyłożenia policzka do poduszki i dwóch zaciągnięciach się smokiem. I tym razem tak było, o czym zaświadczą obecni na tym rodzinnym zjeździe, z tą jednak uwagą, że w trakcie szykowania szykownej- nie przeczę- kolacji, na okoliczność pierwszego spotkania po latach wielu, nagle z góry dobiegło mnie ciche łkanie.... wołanie... przetykane żalem zawodzenie. Jak strzała pognałam na górę (mimo mojej drobniutkiej nadwagi i nadwyrężonej wiekiem sprawności;)) i usłyszałam wyraźnie  żałosne i śpiewne, suto oblane łzami jak grochy:   "nie mama, nie mama!!!"!!!!! . Ścisnęło mnie to "nie mama" za serce tak mocno, niczym najlepszy melodramat w decydującej scenie, a nawet bardziej.
 No tak- pomyślałam- przecież obiecałam Ignasiowi, kładąc go do łóżeczka, że będę spała obok na łóżku- po czym, odczekawszy te 3 sekundy, wymknęłam się zdradziecko z pokoju, zostawiając go samego, ja wredna.


I tak to wzruszenie mnie zalało, omamiło, zakręciło mi w głowie, że o niczym innym ostatnio nie myślałam w kontekście nowego posta na blogu, jak o tych trzech maleńkich cudach, które nas dotknęły, musnęły delikatnie, zaszeleściły wśród trywialności naszej i zapomnieć o sobie nie dają. I uwiecznić się każą uparcie.

***
"nie, mama, nie, mama"- pomyślę sobie za każdym razem, gdy zwątpię w możliwości mojego synka te przyszłe i te obecne.
Bo wygląda na to, że On, choć oficjalnie nie mówi, złożył pierwsze proste "zdanie" i adekwatnie go użył, będąc zaspanym srodze...
I coraz częściej go używa, po prawdzie, i zawsze w sytuacji, gdy czegoś bardzo nie chce, bądź pragnie uniknąć usilnie...



***
No, sami powiedzcie, czy wypadało przemilczeć te fakty?
I nie podzielić się z Wami tym przecudnym obliczem???? (poddanym drobnej korekcie, autorstwa najstarszego brata)





***
Naprawdę obiecuję, że wkrótce się zmobilizuję i wezmę za "poważne tematy".
Ale czyż te trzy wyżej opisane scenki, to nie "poważne tematy" właśnie? Tak z drugiej strony? Hę?


03 września 2014

Historia pewnej karty...

Miejsce akcji: biblioteka.

Ignacy świetnie rozpoznaje jej budynek w naszym mieście. Uwielbia tam ze mną chodzić i buszować po dziecięcym dziale, zwłaszcza przy stanowiskach komputerowych;) Domek, ustawiony pod ścianą z wielkimi oknami, też przyciąga go i kusi, by uchylić plastykowe drzwiczki i zniknąć matce na chwilkę przynajmniej z pola widzenia, gdy ta załatwia biblioteczne formalności. A i książeczki dzielnie taszczy w rączkach, choć jeszcze ich samodzielnie nie wybiera (zdając się na gust mamy).

Z dzisiejszej wyprawy przynieśliśmy TO. Ignacy stał się pełnoprawnym członkiem czytelniczego grona. Takim- wiecie- z prawdziwą kartą i historią wypożyczonych książek...



A było to tak:

Książeczki zaczęły interesować Ignasia dość późno. Może pół roku temu? Może nieco wcześniej? Rzadko więc kupowałam mu nowe, bo w domu (naprawdę nie wiem dlaczego!) zgromadziliśmy ich niezły stosik, który najczęściej pokryty był kurzem, albo z hukiem rozsypywał się na podłodze pod domową biblioteczką, potrącony niezdarnością ruchów Ignasia, zapuszczającego się z rzadka w tamte rejony pokoju.
Ignacy odziedziczył po braciach (zwłaszcza najstarszym) całą antologię wierszyków Jana Brzechwy i innych autorów. Ale specjalnie go nie  pociągały. Aż do tamtego momentu, gdy odkryliśmy wspólnie przez przypadek, że zaczyna się koncentrować na ilustracjach, przedstawiających postaci ludzkie i z uwagą słucha moich komentarzy.
Zaczęłam więc odwiedzać z nim bibliotekę. Dość regularnie, ale bez przesady;)

Przy drugich czy trzecich odwiedzinach, gdy kolejny raz wypożyczałam bajeczkę "na konto" jednego ze starszych braci, Pani bibliotekarka zaproponowała, żeby założyć mu własne konto biblioteczne...

-Nie trzeba - odpowiedziałam zmieszana i zaskoczona- zawsze możemy się podłączyć pod starszych chłopców- szukałam jakiegoś logicznego i przekonującego mnie samą powodu tej raptownej odmowy. A w głowie dudniła mi jedna, wredna myśl, którą starałam się odpędzić, jak natrętną, irytującą muchę: "On jest niepełnosprawny. Długo jeszcze nie będzie potrzebował takiego konta. O ile kiedykolwiek..."

Straszne, co?
Sama nie wiem, skąd się we mnie takie myśli biorą.
Jak ja je produkuję?
Dlaczego?
Ja?
Matka?

I dziś nagle zmieniłam zdanie.
Bez wielkich refleksji, po prostu poprosiłam o założenie mu konta. Własnego. Z wpisanym w miejsce wykropkowane rubryki: miejsce pracy - "przedszkolak".
Co z tego, że niepełnosprawny.
Ale przecież pełnowartościowy.
A czytać na pewno się nauczy. Z czasem.
I moim zadaniem jest mu w tym pomóc.
Howk.

02 września 2014

Nowe cacko i luksus bycia niepełnosprawnym

Któż o nim nie marzył?
Piękny, zgrabny, luksusowy, bezawaryjny, renomowanej marki... niemieckiej, rzecz jasna, bo takie są właśnie i ponoć niezawodne...

Jak poczuli się nasi starsi Synowie, gdy Ignac przesiadł się ze spacerówki w to cudo??? Oni mogli właśnie tylko pomarzyć o takiej strzale... Tak, byliśmy innymi rodzicami dla nich, zanim pojawił się Ignaś. Na inne sprawy zwracaliśmy uwagę bardziej, na inne- mniej. Byliśmy zdecydowanie bardziej surowi dla nas samych- tak wewnętrznie- wiecie, jak i dla naszych chłopców. Prędzej kupiliśmy im rower, niż rozpieszczającego automata... Mieliśmy inne oczekiwania, łatwiej pozostawaliśmy konsekwentni i nie dawaliśmy się wodzić za nos... Mieliśmy inne priorytety.
Ignacy to wszystko trochę jakby uprościł;)

On nie tylko sam się zmienia, ale zmienia też świat wokół siebie. Pootwierał nam nowe drzwi, pozamykał niepotrzebne przyzwyczajenia, złagodził tam gdzie tego potrzebowaliśmy, a wzmocnił tam, gdzie okazało się to niezbędne i przydatne.

I właśnie dlatego zdecydowaliśmy się go nabyć. Cóż, że z tzw. rynku wtórnego- i tak robi piorunujące wrażenie;) A ile radości sprawia wszystkim chłopakom! Bo można nim się bawić wspólnie: młodszy przyspiesza, starsi sterują i wszyscy są zadowoleni.

Oto nowe cacko Ignasia. Dopasowany idealnie do wymagającego kierowcy....




I jedno jest pewne jak nic. Gdyby Ignaś był zdrowy, w życiu byśmy go tak nie rozpieścili;)......
Przy nim łatwiej nam być nieidealnymi. I w sumie dużo łatwiej nam dzięki temu żyć;)
Zaskakujące, prawda?

01 września 2014

Tak jak pogoda

- nie rozpieszczam Czytelników bloga ostatnio...

Cóż. Taką już mam naturę;)

Cóż, gdy od tygodnia ponad Ignacy zmaga się, a my razem z nim, z jakimś wrednym przeziębieniem, co go od przedszkola i innych przyjemności oderwało.

Cóż, gdy za oknem leje, a w kalendarzu pojawił się nieoczekiwany wcale przez nas wrzesień, kończąc beztroskie leżenie pod chmurką i włóczenie się po świecie....

Powinnam jednak wyjaśnić parę kwestii, a już z pewnością tę jedną, która poważnie namieszała nam w głowach (i Wam pewnie trochę również).

Otóż- dlaczego, choć powinniśmy- zgodnie z moją zapowiedzią- nie pojechaliśmy na turnus do dr Vela?
Bo summa summarum odwołaliśmy go niemal w ostatniej chwili, czego dobrze wychowani i odpowiedzialni ludzie czynić nie powinni?
Ano- z przyczyny prozaicznej. Ponieważ... nie dawała nam spokoju ta szybka diagnoza (o której wspominałam TUTAJ). Owszem- wlała w nas morze nadziei i jeszcze więcej euforii, ale jak to zwykle z euforią bywa- gdy ta ucichła, pojawiły się wątpliwości. Kolejność aż nadto typowa i przewidywalna.
I gdy emocje opadły, postanowiliśmy odwlec w czasie uczestnictwo w turnusie, poświęcając uwagę potwierdzeniu diagnozy i kolejnym konsultacjom.
Na pierwszy plan poszła konsultacja u niemieckiego osteopaty (tu znów ukłon w stronę Cioci Ewy, która wszystko sprawnie zorganizowała, umówiła nas, ugościła i jeszcze tłumaczyła konsekutywnie, gdy zaszła taka potrzeba. A przy okazji naprzeżywała się razem z nami najróżniejszych emocji, od nadziei po niepewność, a przecież wcale nie musiała).
Osteopata ów (nazywany powszechnie "bogiem osteopatii" Szlezwik- Holsztyn) nie potwierdził słów ani teorii Pana Doktora, czym wprawił nas- nie powiem- w stan lekkiego zawodu. Ale zapewne potrzebowaliśmy takiego hamulca w naszych śmiałych marzeniach i nierealnych oczekiwaniach o cudownym uzdrowieniu Iggiego... Bo zapędziliśmy się nawet w tak odległe od rzeczywistości fantazje. Ale który z Rodziców niepełnosprawnych Maluszków im nie ulega czasami?....

Szybko się jednak ze zwątpienia otrząsnęliśmy i postanowiliśmy dalej realizować swój plan potwierdzania diagnozy przesuniętych kręgów, bo poddawać się zbyt szybko nie zamierzamy. W najbliższym więc czasie czeka Ignasia jednak zdjęcie RTG odcinka szyjnego kręgosłupa i jeszcze przynajmniej dwie osteopatyczne konsultacje. Najważniejsze bowiem, to zebrać wiele informacji i móc je z sobą porównać. Proces się więc toczy. Choć chwilowo zwolnił z powodu owego wrednego przeziębienia.

W międzyczasie jednakże udało mi się dotrzeć do Pana prof. M. Sąsiadek, opisującego w grudniu 2011 r wynik rezonansu mózgu Ignasia. Pan profesor okazał się tak życzliwy, że przyjął nas- poza zwyczajowymi procedurami, w swoim gabinecie w szpitalu klinicznym we Wrocławiu, najpierw wysłuchując długich i skomplikowanych wyjaśnień, o co mi chodzi i dlaczego tak bardzo mi zależy, by obejrzał nie tylko sam zapis badania, ale również naszego Ignasia na żywo i w pełnej krasie. Pacjent bowiem z obrazem klinicznym, który reprezentuje sobą, nijak się ma do spustoszenia w mózgu, jaki widać na zdjęciach MR. I warto by się zastanowić, dlaczego:)? O to również prosiła nas Pani profesor z IPCZD w poradni metabolicznej. Tak więc jedno ważne spotkanie już za nami. Teraz pozostaje mi oczekiwać na kontakt ze strony Pana profesora, gdy już reinterpretacja badania będzie gotowa... Bardzo jej jestem ciekawa.

I właściwie to tyle.
Żadnych rarytasów dziś nie mam dla Was.
Żadnych rewelacji.

Szara rzeczywistość z gilami z nosa i dudniącym, mokrym kaszlem w tle...
Wspominając wakacje (poniżej)- czekamy na słońce.
I na powrót formy. Zdecydowanie.


PS. Ciocia Ewa chyba się nie pogniewa;)

To był piękny czas!
W traktorze i na wesołym miasteczku....
Z braćmi i kuzynostwem: Matyldą i Janem...
 i rzecz jasna Jedyną w swoim rodzaju Ciocią Ewą:) :*