Co mają z sobą wspólnego: Ala i klocki lego?

Otóż- całkiem sporo, jak się okazało;)

Wspominałam niedawno (choć dawno) o odwiedzinach, jakich mieliśmy przyjemność doświadczyć. I choć trwały one krótko, były na tyle ważne i atrakcyjne dla nas i dla Ignasia, że do dziś przetaczają się echem po dziecięcym pokoju.

Ala jest przeuroczą 6-latką i zarazem kuzynką Ignasia (trochę dalszą, ale jednak). Jej wyjątkowa roztropność przy jednoczesnej odwadze i łatwości nawiązywania kontaktów sprawiły, że w okamgnieniu podbiła serce nie tylko Ignasia, ale również moje osobiste i, jak przypuszczam- reszty chłopaków również. I wydaje nam się, że takiej towarzyszki zabaw Ignasiowi koniecznie potrzeba. Nie od wielkiego dzwonu, ale jak najczęściej, na co dzień.

Spragniony towarzystwa dzieci, Ignacy był zachwycony swoją nową kuzyneczką! Podążał za nią dzielnie, niepomny (podejrzewam, że wręcz nieświadomy  nawet) na własne ograniczenia, i to w najróżniejszy sposób!
A to wdrapywał się po dość stromych schodkach na zjeżdżalnię, by potem negocjować, kto ma pierwszy z niej zjechać, a to domagał się zdjęcia bucików (jak Ala) na piaszczystym terenie placu zabaw (bądź też bezceremonialnie zabierał się do zdejmowania samodzielnego butów i skarpetek, by paradować -jak Ala - boso po piachu), Albo też siadał w skupieniu na dywanie w pokoju starszego brata i z uwagą przyglądał się zabawie w budowanie z klocków lego różnych wymyślnych konstrukcji- obserwując swoją starszą kuzynkę w akcji z dużym zainteresowaniem.

I tak oto, właśnie dzięki Ali, Ignacy wszedł na kolejny level rozwoju;)
Bo oto, od owego pamiętnego weekendu, odkryło Dziecię w sobie nowe możliwości i znów wlało porcję miodu w rodziców serca, wciskając cierpliwie i z totalną powagą kolejne kolorowe sztabki w plastykową planszę i tworząc na razie budowle płaskie i rozproszone, ale niewątpliwie - z klocków!


Jak to się dzieje, że osobiści starsi bracia nie potrafią tak skutecznie zarazić bakcylem sensownej zabawy, co drobna, radosna, mała dziewczynka, rozsiewająca wokół z wdziękiem swój dziecięcy, dobry nastrój i entuzjazm?

A najbardziej osobiście mnie w Ali urzekła jej zdolność odnajdywania się w relacjach z każdym "pokoleniem". To, jak z zaangażowaniem grała ze starszymi chłopcami w planszowe gry. To z jaką naturalnością dopytywała o Ignasia "inność" (a wcale jej to nie przeszkadzało w zabawie i nawet aż tak bardzo nie dziwiło) i hasała z nim po placu zabaw. Oraz to, z jaką premedytacją położyła "na łopatki" dwóch dorosłych graczy w pojedynku rozgrywanym na konsoli X-box, operując z niewiarygodną sprawnością miliondwustoma przyciskami padów... Widok czterech skonsternowanych facetów (dwóch dorosłych i dwóch nastoletnich wymiataczy- kuzynów) po przegranej z drobną, zawziętą Alicją - uwierzcie- BEZCENNY :P


Dodam jeszcze, że Rodzice Ali też byli nam miłymi towarzyszami, i- choć spotykamy się raz na milion lat świetlnych, to odniosłam wrażenie, jakbyśmy mieli z sobą stały, dobry, serdeczny kontakt codziennie, nie nudząc się sobą wcale i nie siląc się na bycie innymi, niż akurat jesteśmy;) A poza tym jeszcze za serca nas złapał fakt, że Tata Ali- Łukasz, tydzień przed naszym spotkaniem, oblał się hardo kubłem lodowatej wody w ramach popularnego ostatnio "sieciowego wyzwania" w "intencji"- jeśli tak rzec mogę- Ignasia właśnie! Dziękujemy Ci jeszcze raz Łukaszu za pamięć i wsparcie naszego Facecika;)

I tylko o mamie- Eli, jakoś tu mało wspominam... a przecież spędziłam z nią sporo chwil na rozmowach i nauczyłam się nowej odmiany pizzy;) i bardzo to było ożywcze dla mnie wytchnienie od zazwyczaj męskiego grona, którym opleciona jestem szczelnie... ;)

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!
No i zapomniałabym o dwóch wielkich psach, które przyjechały z naszymi gośćmi! Sędziwa Golden-Redriver'ka Yupi i nieco młodsza, czarna jak smoła Mia- Doberman'ka;)
To one właśnie (po sznaucerze olbrzymie Cioci Ewy- Beckerze) pomagają Ignasiowi oswajać paniczny lęk przed psami, którego nikt dotąd nie był w stanie odczarować. Mia i Yupi swoim bezwzględnym posłuszeństwem i spokojem sprawiły, że chwilami wszyscy zapominaliśmy o ich obecności w domu, a jeśli już pozwalały sobie (czy też pozwolono im raczej) na leżenie u stóp pod stołem, budziły w Ignasiu raczej zainteresowanie niż strach, ucząc malca tym samym, że pies "też człowiek" i wcale nie zamierza go skrzywdzić czy spłoszyć.
Tylko naszemu kotu napędziły poważnego.... kota:(


Jak widać- spotkania z ludźmi- tak liczne w naszym życiu i cenne- przynoszą same korzyści. Mam wszakże nadzieję, że na równi wszystkim ich uczestnikom, nie tylko samolubnie nam;)



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.