03 września 2014

Historia pewnej karty...

Miejsce akcji: biblioteka.

Ignacy świetnie rozpoznaje jej budynek w naszym mieście. Uwielbia tam ze mną chodzić i buszować po dziecięcym dziale, zwłaszcza przy stanowiskach komputerowych;) Domek, ustawiony pod ścianą z wielkimi oknami, też przyciąga go i kusi, by uchylić plastykowe drzwiczki i zniknąć matce na chwilkę przynajmniej z pola widzenia, gdy ta załatwia biblioteczne formalności. A i książeczki dzielnie taszczy w rączkach, choć jeszcze ich samodzielnie nie wybiera (zdając się na gust mamy).

Z dzisiejszej wyprawy przynieśliśmy TO. Ignacy stał się pełnoprawnym członkiem czytelniczego grona. Takim- wiecie- z prawdziwą kartą i historią wypożyczonych książek...



A było to tak:

Książeczki zaczęły interesować Ignasia dość późno. Może pół roku temu? Może nieco wcześniej? Rzadko więc kupowałam mu nowe, bo w domu (naprawdę nie wiem dlaczego!) zgromadziliśmy ich niezły stosik, który najczęściej pokryty był kurzem, albo z hukiem rozsypywał się na podłodze pod domową biblioteczką, potrącony niezdarnością ruchów Ignasia, zapuszczającego się z rzadka w tamte rejony pokoju.
Ignacy odziedziczył po braciach (zwłaszcza najstarszym) całą antologię wierszyków Jana Brzechwy i innych autorów. Ale specjalnie go nie  pociągały. Aż do tamtego momentu, gdy odkryliśmy wspólnie przez przypadek, że zaczyna się koncentrować na ilustracjach, przedstawiających postaci ludzkie i z uwagą słucha moich komentarzy.
Zaczęłam więc odwiedzać z nim bibliotekę. Dość regularnie, ale bez przesady;)

Przy drugich czy trzecich odwiedzinach, gdy kolejny raz wypożyczałam bajeczkę "na konto" jednego ze starszych braci, Pani bibliotekarka zaproponowała, żeby założyć mu własne konto biblioteczne...

-Nie trzeba - odpowiedziałam zmieszana i zaskoczona- zawsze możemy się podłączyć pod starszych chłopców- szukałam jakiegoś logicznego i przekonującego mnie samą powodu tej raptownej odmowy. A w głowie dudniła mi jedna, wredna myśl, którą starałam się odpędzić, jak natrętną, irytującą muchę: "On jest niepełnosprawny. Długo jeszcze nie będzie potrzebował takiego konta. O ile kiedykolwiek..."

Straszne, co?
Sama nie wiem, skąd się we mnie takie myśli biorą.
Jak ja je produkuję?
Dlaczego?
Ja?
Matka?

I dziś nagle zmieniłam zdanie.
Bez wielkich refleksji, po prostu poprosiłam o założenie mu konta. Własnego. Z wpisanym w miejsce wykropkowane rubryki: miejsce pracy - "przedszkolak".
Co z tego, że niepełnosprawny.
Ale przecież pełnowartościowy.
A czytać na pewno się nauczy. Z czasem.
I moim zadaniem jest mu w tym pomóc.
Howk.

2 komentarze:

  1. Gratulacje dla posiadacza nowej karty bibliotecznej.
    Adaś ma taką kartę od dawna. Nawet przez myśl nam nie przeszło, żeby się zastanawiać nad tą propozycją. Otóż - książeczki Adasia od jakiegoś czasu zapełniały niemal w całości limit na karcie taty ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Super, że się zdecydowałaś!
    Nie znam dziecka, któremu imienna karta biblioteczna nie sprawiłaby radości, a przy okazji nie zachęciła do czytania, by częściej odwiedzać bibliotekę.

    OdpowiedzUsuń