08 września 2014

Look at me, Baby!!!

Mam takie zaległości tematyczne na blogu, że spokojnie kilka osób mogłoby mnie udusić, obrazić się na mnie, albo- mijając mnie na ulicy- udawać, że mnie nie znają;)

Ale nie mogę się powstrzymać, żeby odłożyć tę fotkę i tych kilka scenek na później :)))

Dopiero pisałam o moich wątpliwościach (TUTAJ).
A już Ignaś obdarzył mnie kontrargumentami- tutaj:

***
Pewnego wieczoru Ignacy poprosił, by mógł zjeść kolację siedząc na schodkach w salonie. Sytuacja dość nietypowa- zwykle jadamy wspólnie wieczorny posiłek przy stole, tamtego jednak dnia domownicy, najwyraźniej niegłodni, rozpierzchli się po pokojach... Nie miałam więc nic przeciwko temu i sadowiąc się wygodnie obok niego, rzuciłam w przestrzeń zdanie: "coś tu tak ciemno dzisiaj"... (należę do osób organicznie nieznoszących półmroku i słabego światła, a pech chciał, że w naszym salonie brak centralnie zawieszonej lampy, za to nie brak nam  tu kinkiecików - po jednym na każdej ścianie;) i właśnie jeden z nich nie był zaświecony).
Niespodziewanie dla mnie, Ignaś wstał ze schodka i zaczął iść w kierunku jednej ze ścian...
Nim się zorientowałam, co robi, Malec podszedł do kontaktu i "pstryknął" światełko, żeby mamusia nie narzekała!!!
Przez dłuższą chwilę nie mogłam wyjść z podziwu i wykrztusić z siebie słowa...
Mój Kochany Synek....!


***
Dosłownie trzy dni później gościliśmy Babcię, z którą, siedząc przy przedpołudniowej kawce, plotkowałam beztrosko. Na ławie obok nas leżał świeżutki katalog pewnego dużego sklepu na I, który wkradł się nie wiadomo kiedy i czemu w łaski Ignasia i budzi w nim ogromny entuzjazm.
Właśnie wspomniałam niedbale w rozmowie, że wkrótce musimy pojechać do  (i tu użyłam słowa na I....), na co Ignacy wyrzucił energicznie obie rączki w górę- w geście nieopisanej radości, po czym przydreptał do ławy i z pasją zaczął walić we wspomniany katalog sklepu na I..., i migać gest "auto"...
I ponownie oniemiałam, moi Państwo...


***
Nie dalej, jak w miniony weekend gościliśmy naszą ciut dalszą rodzinkę (o czym wspominałam mimochodem na FB,a w przyszłości niedługiej planuję temat rozwinąć troszeczkę). W takich dniach, a raczej wieczorach dorośli zwlekają ze spaniem, dzieciaki harcują do upadłego (co się przytrafiło Alicji- kuzynce chłopców), a Ignaś zapada w sen twardy jak kamień w 3 sekundy od przyłożenia policzka do poduszki i dwóch zaciągnięciach się smokiem. I tym razem tak było, o czym zaświadczą obecni na tym rodzinnym zjeździe, z tą jednak uwagą, że w trakcie szykowania szykownej- nie przeczę- kolacji, na okoliczność pierwszego spotkania po latach wielu, nagle z góry dobiegło mnie ciche łkanie.... wołanie... przetykane żalem zawodzenie. Jak strzała pognałam na górę (mimo mojej drobniutkiej nadwagi i nadwyrężonej wiekiem sprawności;)) i usłyszałam wyraźnie  żałosne i śpiewne, suto oblane łzami jak grochy:   "nie mama, nie mama!!!"!!!!! . Ścisnęło mnie to "nie mama" za serce tak mocno, niczym najlepszy melodramat w decydującej scenie, a nawet bardziej.
 No tak- pomyślałam- przecież obiecałam Ignasiowi, kładąc go do łóżeczka, że będę spała obok na łóżku- po czym, odczekawszy te 3 sekundy, wymknęłam się zdradziecko z pokoju, zostawiając go samego, ja wredna.


I tak to wzruszenie mnie zalało, omamiło, zakręciło mi w głowie, że o niczym innym ostatnio nie myślałam w kontekście nowego posta na blogu, jak o tych trzech maleńkich cudach, które nas dotknęły, musnęły delikatnie, zaszeleściły wśród trywialności naszej i zapomnieć o sobie nie dają. I uwiecznić się każą uparcie.

***
"nie, mama, nie, mama"- pomyślę sobie za każdym razem, gdy zwątpię w możliwości mojego synka te przyszłe i te obecne.
Bo wygląda na to, że On, choć oficjalnie nie mówi, złożył pierwsze proste "zdanie" i adekwatnie go użył, będąc zaspanym srodze...
I coraz częściej go używa, po prawdzie, i zawsze w sytuacji, gdy czegoś bardzo nie chce, bądź pragnie uniknąć usilnie...



***
No, sami powiedzcie, czy wypadało przemilczeć te fakty?
I nie podzielić się z Wami tym przecudnym obliczem???? (poddanym drobnej korekcie, autorstwa najstarszego brata)





***
Naprawdę obiecuję, że wkrótce się zmobilizuję i wezmę za "poważne tematy".
Ale czyż te trzy wyżej opisane scenki, to nie "poważne tematy" właśnie? Tak z drugiej strony? Hę?


3 komentarze:

  1. Dla Ignasia ogromne brawa,dla mamy coś,by wierzyła,że się uda osiągnąć wiele,choć wiadomo,że różnie być może.Już p. kiedyś pisałam,że w przedostatniej swojej licealnej klasie (mam kolejną:))miałam chłopaka po dziecięcym porażeniu. Swoją drogą w ogóle się nie zorientowałam-owszem miał problemy z dykcją, miał dysleksję (ale nie robił strasznych błędów).Dopiero mi jego mama powiedziała o jego problemach zdrowotnych, gdy był w trzeciej klasie. Byłam bardzo zdziwiona, trudno mi było uwierzyć, ale fakty są faktami...A tymczasem chłopaczek zdał bardzo dobrze maturę, dostał się na psychologię do trzech dużych miast na pozycji pierwszej, trzeciej i siódmej. Mamo Ignasia wierzę,że malec będzie mówił,będzie słuchał czytanych mu książeczek ze zrozumieniem, będzie chodził i bawił się z innymi dziećmi. Trzymam za Was kciuki i życzę takiej radości,jak przeżywa mama M. i takiej dumy, jaką przeżywam ja - jego wychowawczyni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci, Taka sobie Mamo, za tę historię. Bardzo chcę, żeby i Ignasia taki miała finał. I choć- jak piszesz- różnie być może- wierzę, że jeszcze dużo uda nam się z Ignasiem osiągnąć. Tylko czasem ta wiara cichutka taka;)
      Pozdrawiam cię serdecznie. Takie komentarze podbudowują- dzięki raz jeszcze:)

      Usuń
  2. O kurcze, o kurczaczki!!!!
    Ignaś, jesteś wielki, chłopaku!!!!!
    Nic więcej chyba już nie wyduszę z siebie:)

    Ps. Zaraz pisze w sprawie zjazdu naszego. Ależ mam kaca moralnego z Waszego powodu..Nawet nie wiesz..

    OdpowiedzUsuń