22 października 2014

Pewna historia i Gliatilin

W kontraście do poprzedniej.
A było to tak:

Pani Ala, osoba zupłnie nam obca, polubiła stronę Ignasia na fb.
OK- powiecie- też mi sprawa niezwykła. I będziecie mieli rację;)
Bardzo lubimy dostawać lajki (bo kto ich nie lubi?-  tak to sprytnie ten pan Zukerberg i jego ekipa wymyślili), Więc było nam miło.

Po dwóch dniach dostałam od Pani Ali krótką wiadomość, z pytaniem, czy Ignacy wciąż przyjmuje Gliatilin? Owszem, odpisałam- podajemy mu ten lek stałe i ewentualnie służymy informacjami na ten temat. Iggi toleruje lek dobrze, od około pół roku z hakiem nauczył się nawet  rozgryzać go i połykać samodzielnie (on w ogóle jest w tej dziedzinie specjalistą- w zasadzie mogę śmiało napisać prawdę: nie mamy żadnych problemów z podawaniem mu leków, taki jest wyrozumiały i w boju zaprawiony;)). A pamiętam, jak sama szukałam w sieci informacji na temat tego leku przed wprowadzeniem go Młodemu. Nie chciałam popełnić takiej gafy, jak z Sabrilem...

Zdziwiłam się jednak sromotnie, czytając kolejną wiadomość od nowopoznanej Pani Alicji, gdyż ta żadnych info ode mnie nie chciała.
Przeciwnie- zaproponowała, że odstąpi nam bezpłatnie (a lek ten wcale do tanich nie należy) trzy opakowania, które im w domu niewykorzystane po pewnej kuracji zostały!

Wiecie, co człowiek robi z takimi wiadomościami?
Na początku nie dopuszcza do siebie możliwości, że mógłby je tak po prostu przyjąć. Potem analizuje gorączkowo w głowie, jak tu się odwdzięczyć?, czy wypada przyjąć (wszak to też rodzina z chorym maluszkiem, co ustaliłyśmy w krótkiej mailowej wymianie)?, czy wolno kręcić nosem na taką propozycję- skoro ktoś chce podarować, pomóc - widać taką podjął decyzję i ma taką potrzebę.
No. Więc szybko to w głowie przemieliłam i oczywiście się zgodziłam... Nie ponosząc żadnych kosztów.

Dlatego przynajmniej w taki sposób, na łamach Ignacówki, chcę Pani Alicji spod Poznania serdecznie podziękować. Za pomysł, za chęć, za zrozumienie sytuacji - Pani Alicja jest mamą chorego maluszka- Michałka, który zmaga się z wieloma problemami zdrowotnymi- niedowidzeniem, niedosłuchem, wcześniej cytomegalią i też wymaga stałej intensywnej rehabilitacji...
Ona sama oczywiście nic nie chce w zamian:) zrobiła to za zwykle "dziękuję".

Jeśli będziemy się kiedyś mogli odwdzięczyć, proszę "walić jak w dym" pani Alu!
I usciskać Michałka od nas serdecznie:)

To taka miła osłoda po tym sobotnim "jaccuzi" ;)


20 października 2014

Okrzepłam. Mniej boli.

A jednak.

Wrzesień 2012. Mój pierwszy turnus z Ignasiem. Trwał tydzień i ledwo go wytrzymałam. Wróciłam z zaostrzoną depresją, zwiałam prawie w bezpieczne, domowe pielesze.
Tak nagłe zderzenie, zmasowany atak świata niepełnosprawności , widoku chorych dzieci, przetoczył się po mnie, jak czołgowa gąsienica i poszatkował mój i tak wątły spokój na miazgę.
To jest TRUDNE.


I październik. 2014. Zaździerz.
Jest o niebo lepiej. Prawie dobrze. Okrzepłam, zaakceptowałem fakt i moje nowe miejsce na ziemi.
Potrafię już to, czego nie potrafiłam wtedy - prosto patrzeć w oczy, uśmiechać się, żartować, zagadywać i śmiać się z cudzych żartów, czasem wyszukanych i wysublimowanych w smaku.

Cóż. Znów nie poczytam, za to popiszę. Coś mi mówi, że muszę.

17-letnia dziewczyna po niebezpiecznym wypadku. Uczy się podporządkowywać swoje ciało swojej woli. Codziennie wieczorem ma dodatkową godzinę bo chce chodzić. Jak wszyscy.
20-latek z porażeniem mózgowym, chyba, oczy ukryte pod grubymi, czarnymi oprawami. Idzie, choć mógłby nie obijać swoich wielkich kolan i nie kaleczyć kostek, jadąc na wózku. Walczy z sobą. Codziennie.
6-letnia dziewczynka, na pozór zdrowa. Sama chodzi. Wciąż chodzi. I ma słabość do dziecięcych wózków. Nie mówi. Ale się uśmiecha. Ma ładne imię.
8- letnia dziewczynka z zespołem. Czasem rozrywa ją krzyk, czasem płacz, a czasem uśmiecha się bajecznie i tańczy do jej tylko znanej muzyki. Codziennie ćwiczy po 8 godzin, złości się, nie
rozumie, po co to wszystko, ale stara się najlepiej jak może.
6- letni chłopiec na wózku. Jeździ jak hołowczyc. Ma urzekający chłopięcy głos i wdzięcznie zagaduje rehabilitantkę, żeby odwlec nieco kolejne ćwiczenie.
Maleńka panienka, z oczkami, co błądzą, rączkami, co błądzą i buzią, której się nie chce połykać. Woli PEG-a, bo od razu do brzuszka;)

I tak dalej, i tak dalej, o tym jest ta piosenka.

Jest sobota. Ignacy pluska się w jaccuzi w nagrodę za 0,5 godzinne pływanie. Pan Krzysztof pilnuje, żeby nie rozkodował panela sterującego i coś tam do niego mówi. Ignaś odpowiada po swojemu, aaaa, uuuu, mamamama, blebleble ale słucha, bo rozumie. Ja siedzę w pobliżu i dziergam ( na basenie, dziwny widok, zgodzicie się, prawda?).
Do jaccuzi wchodzi mężczyzna. Znajomy. Zagaduje terapeutę. O czymś tam rozmawiają, ale gapi się
 na Iggiego. Po chwili mówi:

- A ten to prawie normalny. Co mu jest? Nie wiesz?
Terapeuta, nieco speszony, kiwa głową, że nie wie, ale nie podtrzymuje tematu.
Ja staram się coś powiedzieć, zażartować, ale szum wody mnie zagłusza. I dobrze.
Po chwili podchodzę. Odbieram Ignasia z objęć Pana Krzysztofa.
A mężczyzna głębiej zanurza głowę w wodzie i zamyka oczy. Tuż po tym, jak na mnie spogląda i spuszcza wzrok.

I dobrze.
Czuję dziwną przyjemność. Wstydź się, dziadu- myślę z satysfakcją.

Tak, mój Panie. Normalny. Oni WSZYSCY SĄ NORMALNI!

Tylko chorzy.
Kurtyna ( jak to pisze pewna mama- blogerka).

Jesteśmy, żyjemy, walczymy

Czas na krótką relację z naszego pobytu. Odważę się nawet uprzedzić, że nader krótką.

Intensywne ćwiczenia nie pozbawiły Ignasia humoru i ogników w spojrzeniu, powoli jednak blednie jego wigor, co objawia się skrajnym zmęczeniem około godz. 19.00. Bywa, że zasypia tuż po 19.00, co w normalnym rytmie rzadko się zdarza....

Na tym turnusie największy nacisk położyliśmy na terapię ręki i kinezyterapię- czyli popularne ćwiczenia fizyczne. Codziennie zabiera mu to 3 godziny. Do tego dochodzi logopeda na przemian z SI, zajęcia na basenie (na których celem jest płynne- nomen omen- przeprowadzenie Ignacego z trybu rekreacyjnego na tryb rehabilitacyjny- planujemy wprowadzić po powrocie terapię w wodzie na stałe w nasz grafik) oraz sesje w sali doświadczania świata, która robi i na nim i na mnie ogromne wrażenie). Tak więc czasu na nudę zostaje nam niewiele:)

Przy okazji tego wyjazdu dowiedziałam się o moim synku kilku rzeczy, które mnie w osłupienie wprowadziły niemałe. Hitem nr 1. jest uwielbienie i atencja, jakimi Ignacy obdarzył w tempie ekspresowym "ciocię Iwonkę". Jak nic bywam mojemu synowi totalnie zbędna, no chyba, że przydaję się do pchania wózka z Wiktorkiem, podczas gdy Ignacy zawłaszcza sobie ciocię dla siebie i dumnie kroczy po ośrodkowych korytarzach... No, druga mamusia, jak cię mogę;) potrafi się dziecię ustawić...

Najwyraźniej też bardzo odpowiada Ignasiowi regularny rytm ośrodkowego życia, dzielony pomiędzy ćwiczenia, posiłki i krótkie chwile relaksu, bo wszystkie te aktywności wita z jednakowym entuzjazmem i po prawdzie jeszcze w życiu nie widziałam, żeby Bąbel tak się cieszył perspektywą rehabilitacji i tak się o nią upominał. Czasem już na pół godziny przed zajęciami miga mi swoją decyzję o tym, że wychodzi na zajęcia i basta. Czasem muszę go siłą w pokoju zatrzymywać....

Niespodziewanie szybko i sprytnie Ignacy odkrył też nową korzyść z komunikowania swoich potrzeb fizjologicznych. Otóż, już właściwie w pierwszy poniedziałek na pierwszych zajęciach pokojarzył fakty, że jeśli powie siusiu mama natychmiast się nastroszy i stanie na tyle niespokojna, że nawet gotowa będzie go wyrwać z objęć terapeuty. Zaczął wiec nagminnie stosować tę strategię, która okazała się nie tyle skuteczna- mama szybko się połapała w podstępie- co popularna wśród dzieci, którym chwilowo nie chce się wysilać. Tak przynajmniej twierdzą zaprawieni w boju terapeuci:)
No cwaniaczek kolorowy i słodki- nie powiem....

No i ostatni wymysł Królewicza, to kategoryczne żądanie by mama nie oddalała się z pola widzenia z prawie całkowitym zakazem opuszczania sali terapeutycznej w czasie jego rehabilitacji.
Poważnie już- wcale nie traktuję tego jako fanaberię, ale raczej całkowicie go rozumiem.
Potrzeba poznania i zaaklimatyzowania się w nowym otoczeniu, oswojenia się z nowymi ludżmi, którzy go dotykają, wydają mu polecenia, spędzają z nim czas jest jak najbardziej naturalna i oczywista. To przecież czterolatek niespełna, więc w takich okolicznościach potrzeba bliskości matki jest jak najbardziej uzasadniona, nawet jeśli stoi w konflikcie z zasadami wprowadzonymi na użytek komfortu pracy terapeutów (typu: "na sali terapeutycznej może przebywać tylko dziecko i terapeuta"). Czasem pojąć nie mogę tych naszych dorosłych wymogów, bądź co bądź trochę gluchych i ślepcy na potrzeby pacjentów, zwłaszcza tych najmłodszych i najsłabszych skądinąd...
Także, tam gdzie trzeba, jesteśmy pokornie i grzeczni, a tam gdzie to konieczne- buntujemy sie i wprowadzamy nasze porządki;) wszystko po to, by trudy i żmudy rehabilitacji przemienić jak tylko to możliwe w przyjemną zabawę i przygodę.

No. To tak po  krótce.
Niebawem wracamy.
Z gorączki pozostał jeno łabędzi śpiew.
Samochód sprawny .
Stare pasje matki odgrzane i uskuteczniane. Do domu przyjadę z nowym, świeżo wydzierganym szalem- kominem;) grunt, to dobrze się przygotować i ustawić nawet w mało komfortowych warunkach... I jak Igancy ćwiczy, mama sztrikuje (jeśli domyślacie się, o co chodzi). Zadowoleni są wszyscy:)

To jest naprawdę dobry czas dla naszej dwójki.
Ten turnus....


PS. Ciekawych zdjęć odsyłam na profil Ignacówki na fb. W tych turnusowych warunkach technika nie zawsze mi sprzyja;)

13 października 2014

Aktualizacja statusu- pierwszy dzień turnusu

Mam taką potrzebę pisania, że chyba nic nie stanie mi na przeszkodzie, nawet fakt, że na komputerze zablokowała mi się jakimś cudem literka C i CH i za nic nie da się pisać. Ale jakoś sobie poradziłam i postaram się coś szybko sklecić....

A zatem.
Jak pisałam na FB, wrażeń mamy tu pod dostatkiem. Zaczęło się już wczoraj, gdy o godz. 21.30 odkryłam, totalnie zaskoczona, że Igancy ma fest gorączkę i rozpalony jest jak piecyk.... O 22.30 postanowiłam działać, bo robiło się już bardzo poważnie, tzn. 39,5 st....
Zachodzę w głowę, o co chodzi?.. Czy to emocje związane z wyjazdem, czy jakieś podle, podstępne choróbsko się czai za rogiem, zwłaszcza, że Ignaś w znakomitej formie był i przez cały dzień nie zdradzał choćby oznak choroby.....

Rankiem niestety sytuacja się nie wyklarowała wcale, gdyż temperatura nadal była nieco podwyższona, ale humor dopisywał mu wyśmienity, energii nie brakowało i prawie nie mógł się doczekać ćwiczeń! A to do niego niepodobne - więc może to jednak choroba??? ;)

Mimo temperatury nieco podwyższonej, nie chciał wprost opuścić żadnych zajęć ( poza basenem, gdzie nie miał nic do gadania- nie będę ukrywać) i nie miałam mu sumienia odmawiać tej
atrakcji. Chłopak ogólnie mówiąc, cały dzień był na nogach, w ciągłym ruchu, od 7 rano, i wcale, ale to wcale nie wyglądał na chorego.... A jednak temperatura była. Bo to i stres matki był również, bo wiadomo- jak mogę obciążać dziecko? Albo jak mu odmawiać tak szczytnych aktywności? Co wybrać? I co się z tego wykluje???

By jednak za łatwo nie było, zaszczyciło mnie również i takie zdarzenie: wracając z krótkiego wypadu po zakupy (wodę i mleko), z pobliskiego miasteczka, najechawszy na korzeń wystający z
drogi (gruntowej, rzecz jasna), matka przedziurawiła rurę z płynem chłodniczym, który prędziutko opuścił cały system i zbiornik i fantazyjnie upiekszył ośrodkowy parking, centralnie- dodam, choć może zbytecznie...
Matka w płacz, jeła cykać pospiesznie zdjęcia i dzwonić do Taty. A ten.........


Jak zwykle-
Okazał się najlepszym mężem, jakiego mogłam sobie tylko wyobrazić w młodzieńczych marzeniach.

Bo Tata, Mili Moi, zdalnie ( przez telefon) zrobił, co następuje:
- bezbłędnie, w pierwszym podejściu ustalił, co jest uszkodzone!
- mistrzowsko uspokoił moje nerwy i uciszył poczucie winy!
- zamówił odpowiednią rurkę z dostawą do ośrodka (i opłacił, bo ja gotówki to ze sobą nie mam, bo

po co?)!
- wyszukał i umówił mechaników pobliskich, którzy mają przyjechać na miejsce i naprawić, tudzież zholować auto do warsztatu!
 I szkoda tylko, że jeszcze nie przytulił i nie dał buziaka na dobranoc :(

TAKI TEN NASZ TATA ( a mój osobisty mąż) JEST WSPANIAŁY !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Już wiem w kogo wdali się moi Synowie;)!

A Ignaś- choć właśnie zasnął z lekkim stanem podgorączkowym i pewnie zaraz trzeba będzie działać, wciąż wprowadza mnie w zachwyt i prawdziwy podziw. Skąd on wziął tyle energii i entuzjazmu??? Odwagi? Siły do działania? Uczestnicząc z nim w prawie wszystkich zajęciach, jako obserwator i trochę tłumacz, mogłam przyglądać mu się z innej perspektywy, zwłaszcza na zajęciach

logopedycznych i terapii ręki (których na tym turnusie przydzielono mu sporo, bo 2 sesje dziennie). I okazało się, na własne oczy widziałam, ży wspaniale układa układanki, dopasowuje kształty, trafia do dziurki, nawet odkręcać Chłopina próbuje, a ja - głupia - powiedziałam, że nieeeeee, tego jeszcze z nim nie ćwiczyłam. Bo to prawda. Ja nie ćwiczyłam. Za to składam najserdeczniejsze podziękowania Paniom Terapeutkom z przedszkola, które od ponad 2 lat ćwiczą z Ignacym i to bezsprzecznie jest owoc ich pracy! Jestem Wam, Panie, dozgonnie wdzięczna, nie żartuję, ani tym bardziej nie przesadzam! Bez Waszej cierpliwości, pracy i wiary Ignaś nie byłby dziś dokładnie tu, gdzie dziś JUŻ jest!!!! A ja nie mogłabym dziś oczu przecierać ze zdumienia i czuć się tak bardzo z niego DUMNA!
Dziękuje!

Ktoś mógłby się spytać, jak to jest? Dlaczego się tak dziwię bezwstydnie?
Czyż nie jestem z nim 24/24 godziny? Nie znam swojego dziecka? To co ze mnie za matka?
Tak, nie znam, bo też Ignaś tak poznać mi się rzadko daje....
Spróbujcie z nim choćby ułożyć układankę, dopasować puzzle albo nanizać klocki na sztycę! Zaraz będzie bunt, złość, nerw blady i krótka tyrada o tym, że dom jest od innych spraw, mamo, a nie od znęcania się nad zmęczonym czterolatkiem! Już słyszę uszami wyobraźni, jak peroruje mi ochoczo i gniewnie, żebym się odeń po prostu odczepiła;)

No.
A teraz czekam z drżeniem serca na to, co noc przyniesie.
I co nam jutro przyniesie niebawem.
Bo dziś hojnie obdarzona zostałam.....
Nadobnie.

Śpicie dobrze, Kochani! I pomyślcie o nas ciepło przed snem, proszę. Może Wasza dobra energia przegoni psikusy z naszego Wszechświata.....
















11 października 2014

Reisefieber

No, chyba dzisiaj nie zasnę (znam kogoś, kto się z tego ucieszy;)).
Ale przeżywam! Nie sądziłam, że aż tak! No bo żeby to pierwszy raz... ale to już czwarty, więc powinnam odczuwać raczej lekki relaks, a tu co?

Spakowana jestem do połowy. Ilość rzeczy do zabrania przekroczyła moje oczekiwania;) Bo i to bym chciała wziąć, i tamto również.
Poprzednim razem wiele rzeczy było jeszcze niepotrzebnych, a teraz...
I nocnik się przyda - tak, tak- Ignacy ukończył z powodzeniem trening czystości!!! Tadam!!!
I samochodzik do zabawy...
I kijki dla mamy. I druty z włóczką. I ze dwie książki. I z 10 książeczek. I kredki. I kolorowankę. I pudełkiem klocków też nie pogardzimy...  (że nie wspomnę o komputerze, bo bez tego ani rusz!)...
I mnóstwo drobiazgów, bo przecież nie będzie nas całe dwa tygodnie!  No i zamierzamy tam normalnie żyć. Jak co dzień. Więc trzeba się przygotować skrupulatnie;)


Bardzo jestem ciekawa, jak będzie? Mam mnóstwo pozytywnej energii. Ignacy jest już taki samodzielny. Nie mogę się doczekać tych dni spędzanych wspólnie, na spacerach, na posiłkach- które w większości potrafi już sam zajadać, na zajęciach, wieczorami... pewnie będę też chwilami "ledwo zipieć", psioczyć i złorzeczyć, ale to pestka, przejdzie;)
Oby tylko nas jakaś niemoc nie dopadła, bo to jednak jesień, nieprawdaż? Na to jednak też jesteśmy przygotowani- pod postacią naszej tajnej broni: "imbir+miód+cytryna". Kto nie pił- niech koniecznie spróbuje;)

No. To trzymajcie, proszę kciuki za naszą szczęśliwą podróż. 277 km przed nami. Jutro.
Wiktoriński- gotowy????
:D

PS. A tak Ignacy szykował się do jutrzejszego wyjazdu- trzeba przecież zabezpieczyć prowiant na drogę...








































PS 2. Mam dylemat: którą trasę wybrać?... Tę przez S8?-  wcale nie najkrótsza, no i jak tu się zatrzymać na siusiu?
Tę najkrótszą? Bez dużych miast po drodze, więc i bez świateł.... Czy tę przez Kalisz?- bo tam na pewno będzie McD i fryteczki;) A bez tego przecież ani rusz... ?
Coś polecacie?

08 października 2014

Krótki film o........ chodzeniu ;)

Być może jesteście już nieco znudzeni relacjami o tym, co Ignac (Iggy-pardon) zrobił, czego się nauczył? Ja jednak, wiedziona nieco ślepo kronikarskim obowiązkiem, wrzucę dziś ten filmik. Dla siebie. I dla Iggiego. Za kilka lat. Może nie spłonie ze wstydu?...

Nauka chodzenia to w wydaniu Młodego dość żmudna sprawa. Niestety. Fascynujące jest w niej jednak to, że stale postępuje:)

Pamiętam, gdy z zazdrością śledziłam kalendarz sukcesów rozwojowych naszego zaprzyjaźnionego blogowego kolegi Frania, a tam stało jak byk, że Franio ok 22 miesiąca zaczął chodzić. Kurczę- myślałam sobie- a u nas klapa:( Totalna. Na święta Bożego Narodzenia 2012 (czyli tuż po drugich urodzinach) Ignaś zaczął, owszem- raczkować. A to i tak w wersji light- akurat ustawił się w pozycji czworaczej i się nie wywrócił! Ależ to była sensacja rodzinna! Ale prezent!

Tymczasem raczkowanie zajęło mu CAŁY ROK. Doskonalił się w tej formie przemieszczania, co i tak było dla nas zachwycające, gdyż wcześniej poruszał się pełzając, a jeszcze dawniej- odkrywając w ogóle taką możliwość- rolował się po podłodze (pamiętam- na pierwszym turnusie w Garbiczu we wrześniu 2012 właśnie szlifował swoją motoryczną metamorfozę od turlania do pełzania).

W październiku 2013 r (klik) Ignacy potrafił sam stać. To było coś! Milisekundy utrzymanej samodzielnie równowagi wznosiły mnie do raju;) Jakaż ja byłam dumna i szczęśliwa!

W grudniu 2013 r (klik) podczas turnusu w Bydgoszczy matka-wariatka pozwoliła Młodemu bawić się chodzikiem rehabilitacyjnym, oczywiście po godzinach zajęć, bez naocznych świadków, ryzykując wybite zęby, śliwkę pod okiem tudzież inne okaleczenia zapaleńca. Cóż to był  za widok, zapierający dech w piersiach! Ileż nadziei niosący.

W styczniu 2014 r (klik) stało się wreszcie to, na co czekaliśmy z utęsknieniem 2,5 roku! Ignacy zrobił trzy samodzielne kroki! Chwiejnie. Strasznie. Rachitycznie. Ale poszedł! Boże, cóż to był za cud!
Świat oszalał, zawirował, gibnął się na lewo i prawo i upadł;) A potem wstał, otrzepał się nonszalancko i zajął znów samym sobą. A my- dalszą rehabilitacją Iggiego;)

W maju 2014 r (klik)- pod wpływem chwili- nie przeczę- kupiliśmy dla niego drewniany pchacz, który miał mu pomóc poruszać się samodzielnie po domu w pozycji pionowej. Drogi to był zakup, jak na dziecięcy gadżet do chodzenia, ale nie stanowiło to dla nas problemu. Oddalibyśmy znacznie więcej, gdyby zaszła taka potrzeba, by Ignaś ruszył sam przed siebie.
Na szczęście nie zaszła;) A gadżet kurzy się od kilku miesięcy w rogu salonu, bo Ignac szybko stracił nim zainteresowanie;( (może ktoś chce odkupić?;)

Potem był basen w czerwcu 2014 r (klik),, kiedy Ignaś już całkiem nieźle się prezentował, jako istota spionizowana i przemieszczająca się samodzielnie. Dużo to jeszcze wysiłku go kosztowało, a nas nerwów. Właściwie każda taka szaleńcza próba kończyła się sromotnym upadkiem, trzeba więc było asekurować ImćPana non-stop  niemalże, by zaoszczędzić mu bolesnych spotkań z matką ziemią. Ale to już było prawdziwe coś!

A później przyszły wakacje. Dzień po dniu, godzina po godzinie Ignacy dosłownie stawał na własnych nogach. Dystanse się wydłużały, równowaga stabilizowała, skończyły się totalne upadki gdzie popadnie, a zaczęło się poszukiwanie miejsca oparcia. To był zdecydowanie najgorętszy czas prób i ćwiczeń dla Młodego. Za który jestem niewypowiedzianie wdzięczna! Że nastąpił!

I dziś, w październiku 2014 r, sprawa wygląda tak...
ja wiem, że to jeszcze mnóstwo roboty i wielka wiotkość. Wiem. Ale to bez znaczenia. Bo spójrzcie sami- postęp jest GEOMETRYCZNY!

Ignacy- JESTEŚ WIELKI! nawet jak dajesz nam popalić i doprowadzasz nas na sam skraj wielkiego RR (czyt. rodzicielskiej rozpaczy). Aż nam z uszu para bucha;) A niech tam! Warto!
Kocham cię, Synku:*



PS. W filmie towarzyszy Ignasiowi Pani Basia- fizjoterapeutka z Centrum Bobath. Spójrzcie, proszę, z jakim zaangażowaniem i pasją prowadzi z nim rozmowę! jaka bije od Niej życzliwość, troska i szacunek dla Młodego. (i zaufanie w jego możliwości- vide: telefon, który mu powierzyła;)- wolałabym nie odkupować;D ).
 Ilekroć to widzę, jestem pod ogromnym wrażeniem i pełna wdzięczności za to, że Ignaś trafił do TAKICH terapeutów. Którzy traktują go jak partnera, szanując jego wolę, upodobania, kondycję psychiczną. I stawiają Dziecko ponad plan i metodę.
Dziękujemy Pani Basiu! I pozdrawiamy).



07 października 2014

Pasażer

Z imionami dla dzieci bywa różnie. Sami pewnie pamiętacie (jeśli macie jakieś pociechy), że proces to wcale nie łatwy, okupiony niekiedy cichymi dniami, dąsem, pąsem, bezsenną nocką czy zarwanym porankiem (na małżeńskie przekomarzania się rzecz jasna;)).

Też mamy w tym zakresie trochę doświadczeń, z racji licznej dziatwy, która nas zaszczyciła swą obecnością i nadal zaszczyca, chociaż - po prawdzie przyznać muszę- nie tylko zaszczyca. Ale o tym później...

Z pierwszym synem było tak.... jak to z pierwszym synem bywa. Znaczy się- bez kompromisów, No, może z jednym. Na zasadzie "tak, ale...". Miał być Adaś. Nie poddaję tego pod ocenę, tak mi się podobało po prostu. Ale memu mężowi nie. W ogóle z tym pierworodnym to niezła heca była, lecz z racji ogólnodostępności sieci i tego bloga, nie będę zdradzać, by go nie kompromitować, bądź też na śmiechy rówieśnicze nie narażać. Dość, że na tydzień przed decydującym momentem wyjścia Syna na świat, tata jeszcze się zgadzał, choć z kwaśną, słabo maskowaną, miną na Adasia, podczas gdy tuż po porodzie, stojąc u mego łóżka i kołysząc maleńkiego w ramionach, podstępnie- dziś już to widzę- wykorzystując moje osłabienie poprosił przymilnie, czy nie możemy zmienić tego Adama na XYZ (i tu podał swoje upragnione imię dla pierwszego, upragnionego potomka swego). Pełna hormonów szczęścia, jeszcze nie w pełni mająca kontakt z całym swoim ciałem, więc nieco zaaferowana, odpowiedziałam krótko: Dobrze, niech będzie XYZ, ale pod warunkiem, że nie będziemy go zdrabniać per "xyz" tylko "zyx" - jeśli wiecie, co mam na myśli. I tak już zostało. Niby kompromis, niby nie.


Z drugim Synkiem było po prostu oczywiste, że imię wybiorę JA! Skoro imię pierwszego syna ostatecznie było sugestią Taty, drugi należał się jak nic - mnie. I tu byłam nieustępliwa, jak przysłowiowa skała, mąż zaś spolegliwy jak ........świeżo zarobione ciasto na pizzę na przykład.
I tak oto w naszych szeregach pojawił się IJK (niech będzie) i tak już został do dziś. Z wyborem imienia nie miałam najmniejszego kłopotu, zaręczam! Nie wiem skąd wiedziałam i jak wiedziałam, ale najzwyczajniej w świecie WIEDZIAŁAM, że to ma być TO imię. Nie sprawdzałam w żadnych kalendarzach, nie odszyfrowywałam żadnych znaczeń i przepowiedni. Miałam je wszystkie w głębokim poważaniu bo i tak nic nie odwiodłoby mnie od mojego zamiaru. Miał być IJK (niech będzie) i był;)

No a z Ignacym.... hmmm...
sprawa nie była już tak prosta i jednoznaczna....
po pierwsze dlatego, że wiadomość o pojawieniu się maleństwa w naszym świecie nieco nas... hmmm... zaskoczyła :) Nikt więc nie dywagował wcześniej, że jak się już pojawi to nazwiemy go - powiedzmy- Euzebiusz lub Karol. Albo jeszcze inaczej...
Zaczęło się więc wertowanie kalendarzy. Po stokroć. Kilka razy w tygodniu, a tygodni tych- jak wiecie- do rozwiązania sporo jest;) I nic mi się nie podobało. Żaden Jacek, Cyprian, Czesław (choć ten był najbliższy wyboru, ale zrezygnowaliśmy wiedzeni wizją, jak nasz Czesio budzi ogólne rozbawienie wśród kolegów z klasy, mających świeżo w pamięci przebrzydły serial "WM". Po prostu nie chcieliśmy mu tego robić).
Aż znalazłam to imię. Ignacy. Wow! Pierwsze skojarzenie? no, z kim? jak sądzicie?
Nieeee, nie z Ignacym Loyolą.
Ani z Ignacym Paderewskim, a skądże. Nie z Kraszewskim Ignacym, ani też z Ignacym Krasickim.
(na marginesie- googlując przed chwilą imię naszego Wojownika, wynalazłam aż sześciu świętych Ignacych!!!!!! (możecie sprawdzić TU). Hmmmmm..... nie wiem, ile nasz Ignaś ma z nimi wspólnego?..... chyba niewiele:D ).

Otóż moje pierwsze skojarzenie było takie:
Iggy! Iggy Pop! Tak! Czadowy, niegrzeczny, nietuzinkowy, szalony, niebezpieczny, łatwopalny (yhy- dokładnie tak)... Będziemy na niego wołać Iggi! - i przed oczami od razu stanął mi obraz dynamicznego, seksownego, zmysłowo sączącego z ust hit wszechczasów do posłuchania TUTAJ mężczyzny, który- mimo upływu lat, wciąż prezentuje się (po odpowiednich przeróbkach w PhotoShopie- jak mniemam) apetycznie i pociągająco. A w młodości... cóż....

Zaraz potem sięgnęłam jednak do zasobów internetowych i pokusiłam się o odnalezienie znaczenia tego imienia. Pierwszym, co mi się rzuciło w oczy było "Ignis" - z łac. "ognisty"....
Taaaa- pomyślałam- najwyżej da nam popalić;) Damy radę:) Nudy nie będzie.

(gdy dziś wklepałam w Google hasło: Ignacy-znaczenie, wyskoczyło mi kilka podejrzanie nieprawdziwych wyników, w których to napisane jest, jaki to Ignacy jest spokojny (ha!), sprawiedliwy (noooo!), niewzruszony (tak, tak...), honorowy (oczywiście wie, co to znaczy) i wytrwały (tak- to do niego najbardziej pasuje;)).  Cztery lata temu nie było tych stron!!! mówię Wam! nic takiego nie pamiętam!!!
Tylko Iggy Pop:D


No.
I został nam Ignacy.
Ognisty. Nie powiem.
Domagający się ciągłej uwagi - nie przeczę.
Przystojny ??? hmmm- wróżę mu świetlaną przyszłość, sylwetkę ma nieskazitelną, ruch sceniczny też niczego sobie (pląsający- tak go nazwijmy). No i głos! GŁOS - donośny. Bardzo. Zwłaszcza, gdy wydziera się oburzony na braci, że Ci nie pozwalają mu beztrosko wywalić na środek pokoju całej zawartości szafki kuchennej/biurkowej/ z ubraniami- czytajcie, jak chcecie i co Wam na myśl przyjdzie:)
Popalić nam daje od kołyski, że się tak wyrażę, choć wpierw był raczej apatycznym niemowlęciem, cichym, spokojnym, w letargu ciągłym prawie przebywającym. Ale cóż, dawał czadu, że się tak wyrażę, inaczej, medycznie. Wciąż trzymał nas w napięciu i to jakim! Ani chwili luzu, laby czy beztroski....
No, a dziś.... cóż. Niech wypowiedzą się Ci, którzy go znają. Aniu, Agnieszko, Olu, Magdo, Elu, Ewo i wszystkie inne ciocie i wujkowie.
Tak- już słyszę, jak się zachwycają, że Ignaś jest super, wspaniały, mądry, uroczy, słodki jak cukierek- i to wszystko jest PRAWDA najprawdziwsza. Zgadzam się z tym w 100%.
Jest jednak- o czym nasi Znajomi raczej nie mają śmiałości napomknąć z czystej, ludzkiej przyzwoitości, jak mniemam, mega-absorbujący, w ciągłym ruchu, nieco tyranizujący, z lekką nutą moście Pana, co to wywali, ale posprzątać już nie chce, aliboż dyrygenta, co to paluszkiem wskazuje (czytaj: "mianuje") łaskawie następcę swego do posprzątania całej góry piktogramów wysypanych fantazyjnym zamachem górnej kończyny swej na podłogę.
I jest, że tak to ujmijmy, nieco męczący po prostu....


O czym być może kiedyś wspomnę na poważniej, niż dzisiaj, bo to temat rzeka i wcale nie łatwy dla całej naszej rodziny....


Ale przystojny ten  Pop, no sami powiedzcie? Dla chętnych klik, klik I gra z... jajem;)

05 października 2014

Rzewnie



Stoję przy garach. Dziś racuchy. Wczoraj załadowane do zamrażalki gołąbki, sztuk 7. Przede mną jeszcze kotlety, naleśniki, spagetti. To nie blog kulinarny. To przygotowania.

Za tydzień ruszę w drogę. Uwielbiam to. Nowe miejsce, nowi ludzie. Nowe. Tajemnicze. Piękne.

Cóż, gdy zostawiam moich dwóch synów i męża. A to już nie to samo. Rozdzielenie to nie jest coś o czym marzę, marzyłam i czego pragnę dla mojej rodziny. A tym razem chłopcy zostaną sami. Bez rodzinnego wsparcia, 10 i 13 latek będą musieli ogarnąć rzeczywistość. Z tatą. Od 17.30. Codziennie, z wyjątkiem weekendów. "Dyrektorski stołek" wymaga i zobowiązuje. Niepełnosprawność rządzi się swoimi prawami. Trzeba umieć podejmować decyzje, czasem trudne i wbrew sobie.

Nigdy nie zastanawiałam się, jak sobie poradzą, bo wiem, że dobrze. Rozsądni są, rozważni, nawet trochę zorganizowani i odpowiedzialni. No i samodzielni też muszą się stać w końcu. Jakby nie było. Pewnie zatęsknią niejeden raz. Pewnie odpoczną. Pewnie przesiąkną jakąś dziwną pustką. Bez pokrzykiwania kuśtykającego braciszka. Bez zrzędzenia matki o skarpetach rzuconych pod łóżkiem i papierkach w pościeli;)
Jak nic musimy przytaszczyć do domu mikrofalówkę- przyjaciółkę samotnych, głodnych dzieciaków, z rodzicami meldującymi się około wieczora. Może im pomoże.

I podczas, gdy Ignacy podbija świat, rozbija się po Wałbrzychu, dopieszcza w serdecznie ciepłych ramionach Babci, ja obmyślam plan, jak to wszystko poskładać i poplanować tak, by wyrzuty sumienia były jak najmniejsze...

A tymczasem przyszła jesień.




03 października 2014

Zbliża się turnus...

Na tydzień przed naszym wyjazdem na turnus rehabilitacyjny (tak, tak- to już październik) obsiadają mnie szaro-bure wątpliwości.

Zapisując Ignaca na turnus w marcu br. miałam mętne pojęcie o tym, jak będzie funkcjonował za pół roku. Z drugiej strony, pomna na swoją ostrożność w kwestii przeciążania go ćwiczeniami kosztem zwyczajnego życia i dzieciństwa, zaplanowałam, że ten rok będzie szczególny pod względem turnusów- damy z siebie tak wiele, jak będzie trzeba, żeby wreszcie postawić go na własnych nogach. Miało więc być ostro, ale nie za ostro. I tego, jak widać, się trzymamy.

Jak by nie patrzeć, Ignacy nie jest już tym samym chłopcem, co 6 miesięcy temu. Nie odważę się nawet podsumować wszystkich bardziej lub mniej spektakularnych i olśniewających zmian, jakie dokonały się w jego funkcjonowaniu, dość, jeśli napiszę, że obecnie śmiało mogę wybrać się z nim na spacer bez.... wózka. I jakoś oboje dajemy radę:) (tak właśnie się stało podczas naszego ostatniego wyjazdu na weekend do Babci H.- nie wiedzieć czemu i jak to się stało, ale zapomniałam spakować wózek! To jakiś symboliczny dla mnie lapsus. Zwiastun Nowego).
Kurs rysowania u Babci H.
Już wiemy, kto pomalował ścianę Cioci Ewie;)

Codzienność Ignasia też wypełniona jest dość intensywną i wielokierunkową rehabilitacją. Dbamy o to, by nie było tego zbyt dużo, wychodząc wciąż z założenia, że najlepszą salą ćwiczeniową jest świat, który nas otacza i codzienne życie, przed którym staramy się go nie chronić ani trochę. Tak więc prócz 10 godzin różnych terapii w tygodniu, Ignacy uczestniczy w naszym codziennym krzątaniu się jak każdy inny 4-latek (oczywiście na miarę swoich możliwości): sprząta, gotuje, maluje, ogląda filmiki i słucha muzyki, jeździ na rowerku i kłóci się z braćmi jak prawdziwy wyjadacz. Ostatnio obu braci tak ugryzł w złości i geście rozpaczy, że musiał dostać naprawdę surową reprymendę. Ale czy do niego dotarła?- nie jestem pewna...
Trening czystości wre. Zaangażowałam w akcję Panie w przedszkolu, które starają się mnie wspierać na wszelkie sposoby w pracy z Ignasiem i ufam, że przed zimą "się wyrobimy";)
Z komunikacją też nam idzie "jako-tako", choć mam niekiedy wrażenie, że ograniczoność gestów zamyka nam drogę do jeszcze lepszego rozumienia siebie (zwłaszcza w kierunku "odIgnacowym" do nas). Ignaś staje na wysokości zadania i potrafi niekiedy zlepić takie zdanie (wykorzystując te marne 60-70 gestów, którymi się posługuje), że oczy wychodzą mi z orbit ze zdumienia. Jestem przekonana, że kiedy tylko ruszy u niego mowa, chłopak wystrzeli w rozwoju jak rakieta. Ma w sobie ogromny potencjał- czuję to podskórnie i nie potrzeba mi w tej kwestii żadnych opinii specjalistów;) Po prostu to wiem.

Po co więc nam wyjazd na kolejny turnus? Codzienne 5 godzin ćwiczeń? przed dwa tygodnie?
Czy to nie za duży wysiłek dla niego? Czy go nie zamęczymy?- takie mi łażą po głowie pytania.

Podobne wątpliwości przeżywam przed każdym turnusem chyba, dlaczegóż by teraz miało być inaczej?

Hmm.
Pojedziemy.
I postaram się solennie, by był to wyjazd rehabilitacyjno-rekreacyjny. Tylko we dwoje. Małe spa przetykane rozrywką edukacyjną. W dobrym towarzystwie (tym "marcowym"). W piękne okolice .
Będzie fajnie.
Będzie radośnie.
Poznamy nowy kawałek Świata. Może nowych Ludzi poznamy?
Tak.
I coś tak czuję, że to może być nasz ostatni turnus rehabilitacyjny w życiu...
Bo więcej nie będzie potrzeba...
Oby:)