13 października 2014

Aktualizacja statusu- pierwszy dzień turnusu

Mam taką potrzebę pisania, że chyba nic nie stanie mi na przeszkodzie, nawet fakt, że na komputerze zablokowała mi się jakimś cudem literka C i CH i za nic nie da się pisać. Ale jakoś sobie poradziłam i postaram się coś szybko sklecić....

A zatem.
Jak pisałam na FB, wrażeń mamy tu pod dostatkiem. Zaczęło się już wczoraj, gdy o godz. 21.30 odkryłam, totalnie zaskoczona, że Igancy ma fest gorączkę i rozpalony jest jak piecyk.... O 22.30 postanowiłam działać, bo robiło się już bardzo poważnie, tzn. 39,5 st....
Zachodzę w głowę, o co chodzi?.. Czy to emocje związane z wyjazdem, czy jakieś podle, podstępne choróbsko się czai za rogiem, zwłaszcza, że Ignaś w znakomitej formie był i przez cały dzień nie zdradzał choćby oznak choroby.....

Rankiem niestety sytuacja się nie wyklarowała wcale, gdyż temperatura nadal była nieco podwyższona, ale humor dopisywał mu wyśmienity, energii nie brakowało i prawie nie mógł się doczekać ćwiczeń! A to do niego niepodobne - więc może to jednak choroba??? ;)

Mimo temperatury nieco podwyższonej, nie chciał wprost opuścić żadnych zajęć ( poza basenem, gdzie nie miał nic do gadania- nie będę ukrywać) i nie miałam mu sumienia odmawiać tej
atrakcji. Chłopak ogólnie mówiąc, cały dzień był na nogach, w ciągłym ruchu, od 7 rano, i wcale, ale to wcale nie wyglądał na chorego.... A jednak temperatura była. Bo to i stres matki był również, bo wiadomo- jak mogę obciążać dziecko? Albo jak mu odmawiać tak szczytnych aktywności? Co wybrać? I co się z tego wykluje???

By jednak za łatwo nie było, zaszczyciło mnie również i takie zdarzenie: wracając z krótkiego wypadu po zakupy (wodę i mleko), z pobliskiego miasteczka, najechawszy na korzeń wystający z
drogi (gruntowej, rzecz jasna), matka przedziurawiła rurę z płynem chłodniczym, który prędziutko opuścił cały system i zbiornik i fantazyjnie upiekszył ośrodkowy parking, centralnie- dodam, choć może zbytecznie...
Matka w płacz, jeła cykać pospiesznie zdjęcia i dzwonić do Taty. A ten.........


Jak zwykle-
Okazał się najlepszym mężem, jakiego mogłam sobie tylko wyobrazić w młodzieńczych marzeniach.

Bo Tata, Mili Moi, zdalnie ( przez telefon) zrobił, co następuje:
- bezbłędnie, w pierwszym podejściu ustalił, co jest uszkodzone!
- mistrzowsko uspokoił moje nerwy i uciszył poczucie winy!
- zamówił odpowiednią rurkę z dostawą do ośrodka (i opłacił, bo ja gotówki to ze sobą nie mam, bo

po co?)!
- wyszukał i umówił mechaników pobliskich, którzy mają przyjechać na miejsce i naprawić, tudzież zholować auto do warsztatu!
 I szkoda tylko, że jeszcze nie przytulił i nie dał buziaka na dobranoc :(

TAKI TEN NASZ TATA ( a mój osobisty mąż) JEST WSPANIAŁY !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Już wiem w kogo wdali się moi Synowie;)!

A Ignaś- choć właśnie zasnął z lekkim stanem podgorączkowym i pewnie zaraz trzeba będzie działać, wciąż wprowadza mnie w zachwyt i prawdziwy podziw. Skąd on wziął tyle energii i entuzjazmu??? Odwagi? Siły do działania? Uczestnicząc z nim w prawie wszystkich zajęciach, jako obserwator i trochę tłumacz, mogłam przyglądać mu się z innej perspektywy, zwłaszcza na zajęciach

logopedycznych i terapii ręki (których na tym turnusie przydzielono mu sporo, bo 2 sesje dziennie). I okazało się, na własne oczy widziałam, ży wspaniale układa układanki, dopasowuje kształty, trafia do dziurki, nawet odkręcać Chłopina próbuje, a ja - głupia - powiedziałam, że nieeeeee, tego jeszcze z nim nie ćwiczyłam. Bo to prawda. Ja nie ćwiczyłam. Za to składam najserdeczniejsze podziękowania Paniom Terapeutkom z przedszkola, które od ponad 2 lat ćwiczą z Ignacym i to bezsprzecznie jest owoc ich pracy! Jestem Wam, Panie, dozgonnie wdzięczna, nie żartuję, ani tym bardziej nie przesadzam! Bez Waszej cierpliwości, pracy i wiary Ignaś nie byłby dziś dokładnie tu, gdzie dziś JUŻ jest!!!! A ja nie mogłabym dziś oczu przecierać ze zdumienia i czuć się tak bardzo z niego DUMNA!
Dziękuje!

Ktoś mógłby się spytać, jak to jest? Dlaczego się tak dziwię bezwstydnie?
Czyż nie jestem z nim 24/24 godziny? Nie znam swojego dziecka? To co ze mnie za matka?
Tak, nie znam, bo też Ignaś tak poznać mi się rzadko daje....
Spróbujcie z nim choćby ułożyć układankę, dopasować puzzle albo nanizać klocki na sztycę! Zaraz będzie bunt, złość, nerw blady i krótka tyrada o tym, że dom jest od innych spraw, mamo, a nie od znęcania się nad zmęczonym czterolatkiem! Już słyszę uszami wyobraźni, jak peroruje mi ochoczo i gniewnie, żebym się odeń po prostu odczepiła;)

No.
A teraz czekam z drżeniem serca na to, co noc przyniesie.
I co nam jutro przyniesie niebawem.
Bo dziś hojnie obdarzona zostałam.....
Nadobnie.

Śpicie dobrze, Kochani! I pomyślcie o nas ciepło przed snem, proszę. Może Wasza dobra energia przegoni psikusy z naszego Wszechświata.....
















1 komentarz:

  1. I jak tam Ignaś? Mam nadzieję, że się trzymacie.
    Ja też przyznaję się bez bicia, mało układam z Wiktorem w domu.
    Z tego samego powodu, bunt i niechęć małego do współpracy.
    Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń