Okrzepłam. Mniej boli.

A jednak.

Wrzesień 2012. Mój pierwszy turnus z Ignasiem. Trwał tydzień i ledwo go wytrzymałam. Wróciłam z zaostrzoną depresją, zwiałam prawie w bezpieczne, domowe pielesze.
Tak nagłe zderzenie, zmasowany atak świata niepełnosprawności , widoku chorych dzieci, przetoczył się po mnie, jak czołgowa gąsienica i poszatkował mój i tak wątły spokój na miazgę.
To jest TRUDNE.


I październik. 2014. Zaździerz.
Jest o niebo lepiej. Prawie dobrze. Okrzepłam, zaakceptowałem fakt i moje nowe miejsce na ziemi.
Potrafię już to, czego nie potrafiłam wtedy - prosto patrzeć w oczy, uśmiechać się, żartować, zagadywać i śmiać się z cudzych żartów, czasem wyszukanych i wysublimowanych w smaku.

Cóż. Znów nie poczytam, za to popiszę. Coś mi mówi, że muszę.

17-letnia dziewczyna po niebezpiecznym wypadku. Uczy się podporządkowywać swoje ciało swojej woli. Codziennie wieczorem ma dodatkową godzinę bo chce chodzić. Jak wszyscy.
20-latek z porażeniem mózgowym, chyba, oczy ukryte pod grubymi, czarnymi oprawami. Idzie, choć mógłby nie obijać swoich wielkich kolan i nie kaleczyć kostek, jadąc na wózku. Walczy z sobą. Codziennie.
6-letnia dziewczynka, na pozór zdrowa. Sama chodzi. Wciąż chodzi. I ma słabość do dziecięcych wózków. Nie mówi. Ale się uśmiecha. Ma ładne imię.
8- letnia dziewczynka z zespołem. Czasem rozrywa ją krzyk, czasem płacz, a czasem uśmiecha się bajecznie i tańczy do jej tylko znanej muzyki. Codziennie ćwiczy po 8 godzin, złości się, nie
rozumie, po co to wszystko, ale stara się najlepiej jak może.
6- letni chłopiec na wózku. Jeździ jak hołowczyc. Ma urzekający chłopięcy głos i wdzięcznie zagaduje rehabilitantkę, żeby odwlec nieco kolejne ćwiczenie.
Maleńka panienka, z oczkami, co błądzą, rączkami, co błądzą i buzią, której się nie chce połykać. Woli PEG-a, bo od razu do brzuszka;)

I tak dalej, i tak dalej, o tym jest ta piosenka.

Jest sobota. Ignacy pluska się w jaccuzi w nagrodę za 0,5 godzinne pływanie. Pan Krzysztof pilnuje, żeby nie rozkodował panela sterującego i coś tam do niego mówi. Ignaś odpowiada po swojemu, aaaa, uuuu, mamamama, blebleble ale słucha, bo rozumie. Ja siedzę w pobliżu i dziergam ( na basenie, dziwny widok, zgodzicie się, prawda?).
Do jaccuzi wchodzi mężczyzna. Znajomy. Zagaduje terapeutę. O czymś tam rozmawiają, ale gapi się
 na Iggiego. Po chwili mówi:

- A ten to prawie normalny. Co mu jest? Nie wiesz?
Terapeuta, nieco speszony, kiwa głową, że nie wie, ale nie podtrzymuje tematu.
Ja staram się coś powiedzieć, zażartować, ale szum wody mnie zagłusza. I dobrze.
Po chwili podchodzę. Odbieram Ignasia z objęć Pana Krzysztofa.
A mężczyzna głębiej zanurza głowę w wodzie i zamyka oczy. Tuż po tym, jak na mnie spogląda i spuszcza wzrok.

I dobrze.
Czuję dziwną przyjemność. Wstydź się, dziadu- myślę z satysfakcją.

Tak, mój Panie. Normalny. Oni WSZYSCY SĄ NORMALNI!

Tylko chorzy.
Kurtyna ( jak to pisze pewna mama- blogerka).

Komentarze

  1. taaa...

    Nic innego do głowy mi nie przychodzi...

    OdpowiedzUsuń
  2. o raju....dziadu to mało dobitnie ;-)
    pozdrawiam zza miedzy
    ivonesca

    OdpowiedzUsuń
  3. buehehehehe - no dziad do potęgi entej... taki wręcz... nienormalny ;)
    uściski dla Was!

    OdpowiedzUsuń
  4. Normalny...
    A ten Pan to chyba do normalnych nie należy.
    Mój Wiktor jest w dobrym stanie, gada, chodzi, rozwija się w swoim tempie.
    Też słyszałam od niektórych, co ja tu robię z tym zdrowym dzieckiem.
    NIC, na wakacje przyjechałam...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.