Pasażer

Z imionami dla dzieci bywa różnie. Sami pewnie pamiętacie (jeśli macie jakieś pociechy), że proces to wcale nie łatwy, okupiony niekiedy cichymi dniami, dąsem, pąsem, bezsenną nocką czy zarwanym porankiem (na małżeńskie przekomarzania się rzecz jasna;)).

Też mamy w tym zakresie trochę doświadczeń, z racji licznej dziatwy, która nas zaszczyciła swą obecnością i nadal zaszczyca, chociaż - po prawdzie przyznać muszę- nie tylko zaszczyca. Ale o tym później...

Z pierwszym synem było tak.... jak to z pierwszym synem bywa. Znaczy się- bez kompromisów, No, może z jednym. Na zasadzie "tak, ale...". Miał być Adaś. Nie poddaję tego pod ocenę, tak mi się podobało po prostu. Ale memu mężowi nie. W ogóle z tym pierworodnym to niezła heca była, lecz z racji ogólnodostępności sieci i tego bloga, nie będę zdradzać, by go nie kompromitować, bądź też na śmiechy rówieśnicze nie narażać. Dość, że na tydzień przed decydującym momentem wyjścia Syna na świat, tata jeszcze się zgadzał, choć z kwaśną, słabo maskowaną, miną na Adasia, podczas gdy tuż po porodzie, stojąc u mego łóżka i kołysząc maleńkiego w ramionach, podstępnie- dziś już to widzę- wykorzystując moje osłabienie poprosił przymilnie, czy nie możemy zmienić tego Adama na XYZ (i tu podał swoje upragnione imię dla pierwszego, upragnionego potomka swego). Pełna hormonów szczęścia, jeszcze nie w pełni mająca kontakt z całym swoim ciałem, więc nieco zaaferowana, odpowiedziałam krótko: Dobrze, niech będzie XYZ, ale pod warunkiem, że nie będziemy go zdrabniać per "xyz" tylko "zyx" - jeśli wiecie, co mam na myśli. I tak już zostało. Niby kompromis, niby nie.


Z drugim Synkiem było po prostu oczywiste, że imię wybiorę JA! Skoro imię pierwszego syna ostatecznie było sugestią Taty, drugi należał się jak nic - mnie. I tu byłam nieustępliwa, jak przysłowiowa skała, mąż zaś spolegliwy jak ........świeżo zarobione ciasto na pizzę na przykład.
I tak oto w naszych szeregach pojawił się IJK (niech będzie) i tak już został do dziś. Z wyborem imienia nie miałam najmniejszego kłopotu, zaręczam! Nie wiem skąd wiedziałam i jak wiedziałam, ale najzwyczajniej w świecie WIEDZIAŁAM, że to ma być TO imię. Nie sprawdzałam w żadnych kalendarzach, nie odszyfrowywałam żadnych znaczeń i przepowiedni. Miałam je wszystkie w głębokim poważaniu bo i tak nic nie odwiodłoby mnie od mojego zamiaru. Miał być IJK (niech będzie) i był;)

No a z Ignacym.... hmmm...
sprawa nie była już tak prosta i jednoznaczna....
po pierwsze dlatego, że wiadomość o pojawieniu się maleństwa w naszym świecie nieco nas... hmmm... zaskoczyła :) Nikt więc nie dywagował wcześniej, że jak się już pojawi to nazwiemy go - powiedzmy- Euzebiusz lub Karol. Albo jeszcze inaczej...
Zaczęło się więc wertowanie kalendarzy. Po stokroć. Kilka razy w tygodniu, a tygodni tych- jak wiecie- do rozwiązania sporo jest;) I nic mi się nie podobało. Żaden Jacek, Cyprian, Czesław (choć ten był najbliższy wyboru, ale zrezygnowaliśmy wiedzeni wizją, jak nasz Czesio budzi ogólne rozbawienie wśród kolegów z klasy, mających świeżo w pamięci przebrzydły serial "WM". Po prostu nie chcieliśmy mu tego robić).
Aż znalazłam to imię. Ignacy. Wow! Pierwsze skojarzenie? no, z kim? jak sądzicie?
Nieeee, nie z Ignacym Loyolą.
Ani z Ignacym Paderewskim, a skądże. Nie z Kraszewskim Ignacym, ani też z Ignacym Krasickim.
(na marginesie- googlując przed chwilą imię naszego Wojownika, wynalazłam aż sześciu świętych Ignacych!!!!!! (możecie sprawdzić TU). Hmmmmm..... nie wiem, ile nasz Ignaś ma z nimi wspólnego?..... chyba niewiele:D ).

Otóż moje pierwsze skojarzenie było takie:
Iggy! Iggy Pop! Tak! Czadowy, niegrzeczny, nietuzinkowy, szalony, niebezpieczny, łatwopalny (yhy- dokładnie tak)... Będziemy na niego wołać Iggi! - i przed oczami od razu stanął mi obraz dynamicznego, seksownego, zmysłowo sączącego z ust hit wszechczasów do posłuchania TUTAJ mężczyzny, który- mimo upływu lat, wciąż prezentuje się (po odpowiednich przeróbkach w PhotoShopie- jak mniemam) apetycznie i pociągająco. A w młodości... cóż....

Zaraz potem sięgnęłam jednak do zasobów internetowych i pokusiłam się o odnalezienie znaczenia tego imienia. Pierwszym, co mi się rzuciło w oczy było "Ignis" - z łac. "ognisty"....
Taaaa- pomyślałam- najwyżej da nam popalić;) Damy radę:) Nudy nie będzie.

(gdy dziś wklepałam w Google hasło: Ignacy-znaczenie, wyskoczyło mi kilka podejrzanie nieprawdziwych wyników, w których to napisane jest, jaki to Ignacy jest spokojny (ha!), sprawiedliwy (noooo!), niewzruszony (tak, tak...), honorowy (oczywiście wie, co to znaczy) i wytrwały (tak- to do niego najbardziej pasuje;)).  Cztery lata temu nie było tych stron!!! mówię Wam! nic takiego nie pamiętam!!!
Tylko Iggy Pop:D


No.
I został nam Ignacy.
Ognisty. Nie powiem.
Domagający się ciągłej uwagi - nie przeczę.
Przystojny ??? hmmm- wróżę mu świetlaną przyszłość, sylwetkę ma nieskazitelną, ruch sceniczny też niczego sobie (pląsający- tak go nazwijmy). No i głos! GŁOS - donośny. Bardzo. Zwłaszcza, gdy wydziera się oburzony na braci, że Ci nie pozwalają mu beztrosko wywalić na środek pokoju całej zawartości szafki kuchennej/biurkowej/ z ubraniami- czytajcie, jak chcecie i co Wam na myśl przyjdzie:)
Popalić nam daje od kołyski, że się tak wyrażę, choć wpierw był raczej apatycznym niemowlęciem, cichym, spokojnym, w letargu ciągłym prawie przebywającym. Ale cóż, dawał czadu, że się tak wyrażę, inaczej, medycznie. Wciąż trzymał nas w napięciu i to jakim! Ani chwili luzu, laby czy beztroski....
No, a dziś.... cóż. Niech wypowiedzą się Ci, którzy go znają. Aniu, Agnieszko, Olu, Magdo, Elu, Ewo i wszystkie inne ciocie i wujkowie.
Tak- już słyszę, jak się zachwycają, że Ignaś jest super, wspaniały, mądry, uroczy, słodki jak cukierek- i to wszystko jest PRAWDA najprawdziwsza. Zgadzam się z tym w 100%.
Jest jednak- o czym nasi Znajomi raczej nie mają śmiałości napomknąć z czystej, ludzkiej przyzwoitości, jak mniemam, mega-absorbujący, w ciągłym ruchu, nieco tyranizujący, z lekką nutą moście Pana, co to wywali, ale posprzątać już nie chce, aliboż dyrygenta, co to paluszkiem wskazuje (czytaj: "mianuje") łaskawie następcę swego do posprzątania całej góry piktogramów wysypanych fantazyjnym zamachem górnej kończyny swej na podłogę.
I jest, że tak to ujmijmy, nieco męczący po prostu....


O czym być może kiedyś wspomnę na poważniej, niż dzisiaj, bo to temat rzeka i wcale nie łatwy dla całej naszej rodziny....


Ale przystojny ten  Pop, no sami powiedzcie? Dla chętnych klik, klik I gra z... jajem;)

Komentarze

  1. ha ha padłam:)
    :)
    Aniiita, uwielbiam Cię czytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Baaardzo mi miło:) To prawdziwy komplement:)

      Tak mi się dobrze piszę, gdy przyłapuję myśli na gorącym uczynku;)

      Ściskam Cię mocno!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.