19 listopada 2014

Dom pachnący kruszonką...

Już od samego powitania poczułam się tam swobodnie i swojsko. Być może to mój brak oczekiwań co do przebiegu i atmosfery spotkania. Być może to ten wyjątkowy flow, który czujemy w otoczeniu pewnych ludzi, spotykanych przez nas w życiu... Z pewnością zaś serdeczność samych Gospodarzy, ich naturalność i otwartość w połączeniu z prostą koniunkcją obu wcześniejszych składników sprawiły, że to spotkanie, choć pozornie zwyczajne, było jednak  też wyjątkowe.

Biel pomieszczeń i czysta prostota uśmiechu gospodarzy na wejściu.
Niby nie widzieliśmy się pół roku i w zasadzie naprawdę niewiele o sobie wiemy, a jednak błyskawicznie nasze trzy rodziny uległy jakiejś naturalnej dyfuzji, przemieszaniu się, wtopieniu nawzajem w siebie.

Nikogo nie dziwiło, że Franio musi się oswoić, roniąc nieme łzy jak grochy. Była na to przestrzeń...
Nikogo nie zaskoczyło, że Średni syn natychmiast otoczył go swoją uwagą i cierpliwie układał puzzle, by pomóc mu przetrwać pierwsze 30 minut spotkania. Było to naturalne...
Nikt się nie zdenerwował, gdy Ignaś w pierwszym kwadransie usmarował śnieżnobiałe kanapy czekoladowym jajkiem, czekoladowymi paluszkami i czekoladowym buziakiem...
I tylko ja byłam pełna zachwytu nad sprawnością drobnych Francikowych rączek migających z prędkością światła ku swojemu rozmówcy... :)

Z całego tego opolskiego weekendu wywiozłam jedno przemożne wrażenie: było mi dobrze, bezpiecznie, swobodnie, domowo. Nikt się na nic nie silił, co nie znaczy, że Gospodarze nie włożyli sporo wysiłku, by nas serdecznie ugościć. Nawet nie zanotowałam zbyt intensywnego hałasu, który wszakże miał prawo się pojawić przy dwunastu osobach spędzających wspólnie czas w jednym, wielkim, rodzinnym pomieszczeniu. Choć gwar i rejwach naturalnie nam towarzyszył, co było sporym wyzwaniem dla Frania "z autyzmem za pazuchą", nie większym jednak niż dla pozostałych dwóch maluszków, którzy o 19.00 z minutami, jeden po drugim, z honorami opuszczali nasze grono, udając się na zasłużony wypoczynek...

Miło nam było (jak sądzę- wszystkim), obserwować nastoletnie latorośle, z zapałem krzątające się po wieczornej kuchni i wspólnie oddane szykowaniu wyśmienitej kolacji, podczas gdy damskie i męskie tria zajęły sprzyjające relaksującym pogawędkom pozycje w dwóch przeciwległych krańcach salonu...

Tego mi chyba było brak i ów brak się właśnie zapełnił..... Swobodnymi pogawędkami w damskim gronie o wszystkim, co nam w głowach i sercach huczy (że sobie pozwolę na mały sentymentalizm). Był czas na złośliwe żarty i czas na szczere wyznania. Był też czas na zadawanie pytań i dawanie rad. Była też sposobność do podzielenia się ważnymi babskimi sprawami i podzielenia się własną historią. Właściwie był czas na wszystko:)

A poranne zmęczenie po nadwyrężonej nocy uleciało z nas w mgnieniu oka, gdy całą kuchnię wypełnił rozkoszny, głęboki i słodki zapach świeżych drożdżowych bułek z kruszonką, zrobionych dosłownie niezauważalnie przez naszą Gospodynię. Gdyby nie to, że Gospodarze szlachetnie zrezygnowali ze swoich porcji, doszłoby do bójki na tle kulinarnym między naszymi dwoma Łakomczuchami;) Sama nie odmówiłam sobie dodatkowych kęsów z niedojedzonej drożdżówki Ignasia, bo grzechem by było zmarnować tyyyyle dobrego;)

Dziękujemy Wam Agnieszko i Radku za tak miłą gościnę!!!
A Ani i Szymonowi dziękujemy za obecność, bo - nikomu nie ujmując- bez Waszej Trójki byłoby nam niezręcznie pusto i o kilka tonów mniej radośnie...

Gdyby takie spotkania przeszły do naszej towarzyskiej tradycji.. ech... dobrze by było po prostu.


Zdjęć zrobiono mnóstwo. Jednak nikt nie odczuwał skrępowania, gdyż fotograf zawsze pozostawał na uboczu, nikomu się nie narzucając. Może dlatego wyszły tak naturalne. ujęcia? Ja sama bardziej byłam pochłonięta celebrowaniem chwili, niż poszukiwaniem mojego telefonu, toteż fotkami nie mogę popisać się zbytnio. Intuicja mi podpowiadała głośno, że w tej kwestii Państwo Kossowscy po prostu nie zawiodą :) I do nich odsyłam Czytelników żądnych fotorelacji bogatej (gdyż tam wpis już jest) - klik, klik.
Ode mnie macie, co następuje (i urzeka mnie nieodmiennie i intensywnie za każdym razem):








3 komentarze:

  1. Kochani, mam/mamy taką cichą nadzieję, że te spotkania JUŻ stały się naszą wspólną tradycją. Inaczej sobie tego nie wyobrażam..
    Dziękuję, że przyjechaliście i dziękuję za ten wpis :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, tak! My zrobimy wszystko, żeby Was zmieścić w naszej rezydencji ;) Wszak tradycja nakazuje, że Frankowice na wiosnę! :D

    OdpowiedzUsuń