O koniach, co poszły w odstawkę

Napotkaliśmy na opór. Tak silny i gwałtowny (choć narastał, przyznać muszę od jakiegoś czasu, domagając się konkretnego rozstrzygnięcia, a pomijany był milczeniem), że wymusił na nas zmianę rehabilitacyjną.

Ignacy odmówił stanowczo jazdy konnej.
Dziwne, bo był czas, gdy sprawiała mu ona prawie przyjemność. To raczej upinanie w kombinezon Dunag należało do przykrych fragmentów godziny, spędzanej w Ośrodku hipoterapii...

W ubiegły piątek tak rozdzierająco oznajmił nam swój sprzeciw, tak zanosił się płaczem i z taką mocą wczepiał się w moje ramiona, że wyrywać go z nich byłoby zbrodnią. Czy to lęk czy inna emocja (np. obrzydzenie?) nim kierowały- trudno jednoznacznie rozstrzygnąć. Dość, że od przeszło miesiąca czy dwóch Ignaś kojarzył hipoterapię z przykrym zapachem, który jest konsekwencją ... no, wiecie, czego;) I migał z uporem, że "nie"+ "konik"+ "qupa"+"śmierdzi".

Cóż się dziwić? Jazda konna do lekkich zajęć nie należy, a gdy ją jeszcze zestawić z zapachem drażniącym, można nawet dziecinę zrozumieć.

Wobec powyższego od tego tygodnia miast zajęć łączonych, Ignacy ćwiczy godzinę z Panią Agą. I - choć nie budzi to jego wielkiego entuzjazmu- znosi to o niebo lepiej, niż koniki...

W skrytości ducha liczę na to, że za czas jakiś zapragnie wrócić na ciepły, włochaty grzbiet Wirka lub Wicherka, bo bezsprzecznie potrzebuje nadal takiej stymulacji. Nie wyobrażam sobie jednocześnie by zmuszanie go do jakiejkolwiek formy ćwiczeń było już nie tylko niekorzystne w ogólnym rozrachunku, co po prostu niemoralne i nieludzkie po prostu.

Tymczasem- przymierzamy się do wprowadzenia nowej formy terapii. Szczegóły wkrótce ;) (mam nadzieję;)).

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.